Radio Szczecin » Spór w kinie

"Dzień niepodległości: Odrodzenie"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
Roland Emmerich, hollywoodzki reżyser niemieckiego pochodzenia, zasłynął podczas studiów w Szkole Telewizyjnej i Filmowej w Monachium realizacją najdroższego filmu studenckiego wyprodukowanego kiedykolwiek w Niemczech. Był to obraz fantastyczno-naukowy "Zasada arki Noego" opowiadający o dwóch astronautach pracujących w przyszłościowym kosmicznym laboratorium. Film pokazano w roku 1984 w sekcji konkursowej berlińskiego Festiwalu Filmowego, potem sprzedano do ponad 20 krajów i tak zaczęła się wielka kariera Emmericha. Gatunkowi science fiction pozostał wierny do dziś i większość jego realizacji, także później, po emigracji do Stanów Zjednoczonych, to obrazy tego właśnie gatunku. Zwykle z elementami apokaliptycznymi, zagładą Ziemi, a to wskutek zmian klimatycznych, a to w wyniku monstrualnych klęsk żywiołowych, a to inwazji kosmitów. Spod jego ręki wyszły takie przeboje współczesnego kina, jak "Uniwersalny żołnierz" z Jean-Claude Van Dammem i Dolphem Lundgrenem, "Gwiezdne wrota", nowa wersja słynnej "Godzilli", "Pojutrze" czy "2012". Opowieścią z zupełnie innej bajki był wśród tych produkcji film "Patriota" powracający do początków Stanów Zjednoczonych Ameryki. Cóż, wyjątek potwierdza regułę...

Najbardziej kasowym filmem Rolanda Emmericha i zarazem najczęściej krytykowanym za scenariuszowe i naukowe bzdury i nonsensy był nakręcony równo 20 lat temu wysokobudżetowy "Dzień niepodległości", ukazujący inwazję kosmitów na Ziemię i nierówną walkę z nimi zakończoną zwycięstwem ludzkości, w zasadzie ograniczonej do hurrapatriotycznych obywateli USA pod wodzą prezydenta osobiście pilotującego jeden z myśliwców szturmowych. Zwycięstwo nastąpiło dzięki wpuszczeniu do systemu informatycznego obcych wirusa komputerowego, z którym pomimo całej techniki i dzielącego ich od Ziemian naukowego dystansu nie poradzili sobie - podobnie jak Marsjanie z "Wojny światów" Herberta George'a Wellsa ulegli ziemskim bakteriom chorobotwórczym... Kto chce niech wierzy w prawdopodobieństwo takiego rozstrzygnięcia międzygwiezdnego konfliktu. Milionom widzów na całym świecie takie nonsensy nie przeszkodziły w dobrym odbiorze filmu wyróżniającego się widowiskowością i świetnymi - na owe czasy - efektami specjalnymi.

20 lat później nadeszła pora na kontynuację wielkiego kinowego hitu z domieszką kitu. Kosmici wracają na Ziemię, pałają żądzą zemsty, a Ziemianie bronią się jak mogą pod wodzą - zgodnie z duchem czasu - amerykańskiej Pani Prezydent. I znowu, jak przed laty, mniej ważne jest prawdopodobieństwo całej opowieści, zgodność z regułami naukowymi i zdrowym rozsądkiem. Liczy się widowisko, efekty specjalne i walory rozrywkowe. A te są na wysokim poziomie. Zanim zwycięstwo ponownie będzie po jedynie słusznej stronie, obejrzymy stolice świata obracane widowiskowo w ruinę, zobaczymy obrazy zagłady mające wstrząsnąć naszą wyobraźnią. Potem przyjdzie chwila ekranowego triumfu, któremu kibicujemy z natrętnie powracającą myślą, że nie jest to chyba ostateczna porażka kosmitów - Roland Emmerich nie zarżnie przecież kury znoszącej złote jaja. Na pewno będzie "Dzień niepodległości 3". Jedyne czego nie wiemy, to kiedy pojawi się na ekranach kin...

"Piknik z niedźwiedziami"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
Bill Bryson to znany amerykański pisarz pochodzenia angielskiego (został nawet odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego) specjalizujący się w literaturze faktu, głównie o tematyce podróżniczej. Pisze barwnie, ze swadą urodzonego gawędziarza i ma w Stanach Zjednoczonych zaprzysięgłe grono zwolenników. W Polsce znane są jego książki "Krótka historia prawie wszystkiego" oraz "Piknik z niedźwiedziami". Ta ostatnia powstała kiedy pisarz zorientował się, że niemal u progu jego domu przebiega Szlak Appalachów. Ten szlak to jedna z najdłuższych na świecie, biegnących nieprzerwanie, tras pieszych wędrówek. Biegnie on wzdłuż pasma górskiego Appalachów, na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, od położonego na południu stanu Georgia do małego stanu Maine na północy USA. Jego długość to blisko 3,5 tysiąca kilometrów wśród dzikiej jeszcze po części przyrody, ze wspaniałymi widokami i możliwością przeżycia niezwykłej przygody. Trasa nie należy do spacerowych, ale tego nie brał pod uwagę pisarz, kiedy podjął decyzję o wędrówce tym szlakiem. Bill Bryson, mężczyzna w słusznym wieku, okularnik z brzuszkiem, żaden heros czy człowiek wprawiony w górskich wędrówkach, zabrał ze sobą, na wyprawę życia, dawnego przyjaciela - Stephena Katza (nomen omen - niepijącego alkoholika), też wyróżniającego się pokaźnym brzuszkiem i nieznajomością realiów, czyli trudów zaplanowanej kilkutygodniowej wędrówki. Obaj panowie zaopatrzyli się w kosztowny sprzęt trekkingowy (bo było ich na to stać), którego możliwości nie znali dobrze i ruszyli w drogę tak, jakby wybierali się na sentymentalną wycieczkę do lasku znanego im z młodości. Konfrontacja z rzeczywistością okazała się nieco bolesna, ale w ten sposób powstała bestsellerowa książka Brysona - "Piknik z niedźwiedziami". Sporo w niej opisów technik wędrowania po górach, sporo opisów przyrody, sporo historii amerykańskich szlaków turystycznych i dziejów parków narodowych. Ale przede wszystkim jest to opowieść obyczajowa, w której pozornie mało się dzieje, ale jest klimat niezwykłych rozmów o dawnych czasach, życiu, przyjaźni, miłości do świata fascynującej przyrody.

Popularna książka zainteresowała Roberta Redforda, który szybko nabył prawa do realizacji opartego na niej filmu. Chciał, by było to jeszcze jedno ekranowe spotkanie jego - jako pisarza Billa Brysona i Paula Newmana - jako Stephena Katza, emerytowanego łowcy przygód i kobiet. Chciał, by na ekrany powrócił niezapomniany duet aktorski, znany choćby z filmu "Butch Cassidy i Sundance Kid". Realizacja filmu odwlekała się jednak. Przymierzani byli różni reżyserzy, wśród nich był Chris Columbus, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Potem czasu na realizację filmu nie miał - w związku z innymi zobowiązaniami - Robert Redford, a jeszcze później zabrakło Paula Newmana, którego pokonał złośliwy nowotwór. Minęły lata i film jednak powstał, a w roli zarezerwowanej niegdyś dla Newmana pojawił się na ekranie Nick Nolte...

"Piknik z niedźwiedziami" to udany film drogi. Niby banalny, bo dwóch wędrujących górami mężczyzn podziwia pięknie fotografowaną przyrodę wygłaszając mało oryginalne prawdy życiowe, czy po prostu gawędząc ze sobą, ale... Jest w tej prostej opowieści i klimat i dobre aktorstwo powodujące to, że czas spędzony przed ekranem mija szybko i przyjemnie. To kino stworzone z błyskotliwych drobiazgów, drobnych radości, miłości do świata i pokory wobec jego piękna i potęgi.

"Idol z ulicy"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
Filmy z krajów arabskich rzadko goszczą na ekranach polskich kin. Warto więc odnotować premierę filmu "Idol z ulicy", tym bardziej, że to dzieło znanego i cenionego reżysera - Hany Abu-Assada. Jego filmy gościły już na wielu liczących się festiwalach filmowych, przyjmowane życzliwie, nagradzane. Jego "Paradise Now" uznany został za najlepszy film europejski na Berlinale w 2005 roku, zaś "Omar" - opowieść o miłości dwojga młodych ludzi przedzielonych murem odgraniczającym Żydów i Palestyńczyków - zdobył Nagrodę Specjalną Jury na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w roku 2013. Oba te filmy były też kandydatami do Oscara w kategorii wyróżniającej najlepszy film nieanglojęzyczny. Najnowszy film reżysera - właśnie "Idol z ulicy" - pokazywany był z sukcesem na Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie zyskał uznanie publiczności i zdobył Nagrodę Jury Ekumenicznego.

Hany Abu-Assad poznał na własnej skórze trudne życiowe losy Palestyńczyków zamieszkujących strefę Gazy i szukających lepszego jutra na emigracji. Sam wyemigrował jako nastoletni chłopak trafiając do Holandii. Tu zaczynał od sprzątania mieszkań i lokali gastronomicznych, ale wrodzone ambicje spowodowały, że na tym nie poprzestał. Ukończył studia techniczne, po których pracował jako inżynier lotniczy. Skończyło się tym, że kiedy wyszło na jaw, iż posługiwał się paszportem izraelskim będąc w rzeczywistości Arabem, został zwolniony z pracy. To, przykład holenderskiej nietolerancji i obaw przed imigrantami o arabskim pochodzeniu. Assad, zafascynowany od młodych lat kinem europejskim (ceni wysoko polskie filmy - Polańskiego, Wajdy i Kieślowskiego), założył wtedy ze swoim przyjacielem firmę produkującą filmy i wkrótce sam został reżyserem wykorzystującym w swoich produkcjach znajomość realiów i problemów narodu palestyńskiego. Udowodnił, że dla zrozumienia dążeń niepodległościowych Palestyńczyków można wiele zrobić dzięki sile oddziaływania filmowych opowieści.

"Idol z ulicy" opowiada historię prawdziwą. W 2013 roku w telewizyjnym show "Arabski Idol" w finale wygrał nieoczekiwanie młody Mohammed Assaf, który na niezwykle popularny w krajach arabskich program przyjechał ze strefy Gazy przekraczając nielegalnie granicę z Izraelem. Śpiewał popularną wśród Palestyńczyków piosenkę "Ali Al Keffiyeh" wzbudzając szał radości wśród swoich rodaków. Ten sukces umacniał ich dumę z przynależności do narodu walczącego o swoją niepodległość, napawał otuchą, dawał nadzieję. Był promieniem rozświetlającym szare codzienne dni, pełne problemów, borykania się z kłopotami, ubóstwem, brakiem perspektyw. A do tego dochodził wspaniały głos Mohammeda, który udziałem w programie "Idol" zaczął swoją wielką karierę piosenkarską na Bliskim Wschodzie. Film Hany Abu-Assada opowiada o tym sukcesie grając umiejętnie na emocjach widzów, przemycając niejako przy okazji prawdę o losach i dniu dzisiejszym narodu palestyńskiego. Pokazuje, jak dla pogrążonych w konflikcie politycznym mieszkańców strefy Gazy, dążący do osobistego sukcesu Mohammed staje się zalążkiem nadziei i zjednoczenia. Prosta opowieść o życiowym sukcesie chłopaka pochodzącego z ulicy przypomina swoją wymową i siłą emocji inny lubiany przez widzów film ukazujący też młodego chłopaka wygrywającego popularny teleturniej, wbrew wszystkim i wszystkiemu - "Slumdog. Milioner z ulicy". Tam mieliśmy współczesne Indie z ich społecznymi problemami i rozwarstwieniami, tu Palestynę - ale obie opowieści są podobne. Obie to dobre, wartościowe kino poruszające w popularnej formie ważkie problemy współczesnego świata. Warte obejrzenia.

"Dziewczyna, która została królem"

Źródło: www.filmweb.pl
Źródło: www.filmweb.pl
Bohaterką tej opowieści filmowej jest Krystyna Wazówna, królowa Szwecji, ostatnia z dynastii Wazów. Następczynią tronu została w wieku sześciu lat, po śmierci jej ojca - króla Gustawa Adolfa - na polu bitwy. Królową została po osiągnięciu pełnoletniości. Odbiegała od norm przyjętych na surowym, konserwatywnym dworze luterańskim. Nosiła się po męsku, umiejętności szermiercze przedkładała nad kobiece rozrywki. Ceniła książki, otaczała się naukowcami, była mecenasem sztuki i nauki. Ta jej cecha przyczyniła się do śmierci Kartezjusza, którego zaprosiła, by prowadził wykłady z filozofii i zorganizował szwedzką akademię nauk. Surowy szwedzki klimat i wykłady prowadzone we wczesnych godzinach rannych doprowadziły uczonego do przeziębienia, które zakończyło się jego śmiercią...

Królowa Krystyna wstępując na tron szwedzki złożyła obietnicę poślubienia ciotecznego brata - Gustawa Adolfa. Nie wywiązała się z niej, odmawiała innym adoratorom, ale - jak sugeruje filmowa opowieść - zainteresowała się jedną z dam dworu. Jej otoczenie spiskowało widząc w tym związku możliwość sterowania postępowaniem ekscentrycznej jak na swoje czasy władczyni. Film fińskiego reżysera - Miki Kaurismäki (twórcy filmu "Helsinki - Neapol"), zrealizowany jako współprodukcja kinematografii Finlandii, Francji, Szwecji, Kanady i Niemiec, pragnie ukazać królową Krystynę jako buntowniczkę, władczynię wyprzedzającą swoje czasy. Pragnie ukazać i opozycję: nauka - religia, i opozycję: własne ambicje a racje stanu. Chce ukazać namiętności i uczucia władające młodą władczynią, dworskie intrygi, wielką politykę i codzienność dworu spętanego tradycyjnymi konwenansami. Chce powiedzieć zbyt wiele i nie mówi wiele. Upraszcza postać mądrej ponad ówczesną normę królowej i traci z pola widzenia charyzmę bohaterki tej historii. A może po prostu brakło tej charyzmy i talentu młodej odtwórczyni głównej roli, którą jest Malin Buska. Skonfrontowana z innymi odtwórczyniami roli królowej Krystyny - słynnymi Gretą Garbo (jej rola w filmie z 1933 roku to dziś klasyka kina) i Ullmann - przegrywa. A i reżyser filmu nie wykorzystał potencjału tkwiącego w opowieści o silnej kobiecie, która urodziła się dziesiątki lat za wcześnie, grzęznąc w szablonach i schematach, jakie po części narzucił fakt, iż film jest adaptacją francuskiej sztuki teatralnej. Brakło rozmachu i szerszej perspektywy - tej dosłownej, wynikającej ze scenografii i możliwości realizacyjnych, i tej przenośnej, wypływającej z dramaturgii historycznych konfliktów, barwnych życiorysów - z historii, którą napisało życie...

"Zakładnik z Wall Street"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
"Zakładnik z Wall Street" to pozornie tylko kolejny film sensacyjny, jakich wiele w kinowym repertuarze. Opowieść ta przynosi bowiem niebanalne refleksje dotyczące współczesnego świata mediów i finansów zgrabnie opakowane w kostium kina akcji.

Oglądamy na ekranie George'a Clooneya w roli Lee Gatesa prowadzącego wielkie cotygodniowe telewizyjne show "Money Monster". Mówi w nim o tajnikach giełdy, Wall Street, mechanizmach operacji finansowych. Przede wszystkim jednak doradza w jaki sposób zainwestować swoje oszczędności, by te przyniosły jak największe zyski. Telewidzowie traktują go niemal jak wyrocznię. Jest dla nich przewodnikiem po tajemniczym świecie wielkich finansów, ich sprzymierzeńcem, nauczycielem. Ufają mu, bo chcą wierzyć, że dzięki jego radom wzbogacą się, wejdą do innego, lepszego, dostatniego świata. Cynizm prowadzącego wielkie show zderza się z niemniej wielkimi nadziejami. Wszystko funkcjonuje dobrze, ludzie inwestują, oglądalność programu rośnie. Do czasu aż w studiu telewizyjnym, podczas prowadzonego na żywo programu, pojawi się Kyle Budwell (w tej roli Jack O'Connell), który też posłuchał dobrych rad Gatesa. Zainwestował i - jak to bywa - stracił wszystkie oszczędności. Do studia przychodzi z bronią, terroryzuje ekipę telewizyjną, bierze Gatesa za zakładnika, grozi śmiercią. Stawia żądania i pytania: dlaczego stracił swoje oszczędności, kto zawinił? Jedynym sprzymierzeńcem, na którego zresztą nie liczył, jest producentka programu Patty Fenn (Julia Roberts), współczująca człowiekowi nabranemu przez telewizyjne widowisko, którego kulisy i wartość sama najlepiej zna. Sytuacja jest dramatyczna, ale to to co lubi telewizja - jeszcze większe show, jeszcze większa oglądalność. Jej wskaźniki szybują w górę, jak giełda podczas niewiarygodnej hossy, a my, śledząc bieg wydarzeń możemy równocześnie pogrążyć się w rozważaniach o sile oddziaływania współczesnej telewizji i jej poziomie wyznaczanym przez fetysz oglądalności i związane z tym wpływy z reklam. O tym jak dawne zasady etyczne, wartości dobrego dziennikarstwa będącego służbą społeczną schodzą na dalszy plan wypierane przez widowiska coraz mniej wartościowe. Ważne, że powszechnie oglądane... I jeszcze jedno: oddajemy się rozważaniom o świecie finansów, w którym tak jak w przypadku wielkich telewizyjnych show nie liczą się zasady etyczne, społeczna służba, tylko zysk, dochód, wykorzystanie drobnych ciułaczy. Ta warstwa filmu "Zakładnik z Wall Street" nadaje mu większe znaczenie niż to, które wynika z jego sensacyjnej intrygi. Powoduje, że czas spędzony w kinie nie jest wypełniony tylko przez kolejne odmóżdżone kino akcji, ale pobudza nas do refleksji. Co prawda tylko przy okazji śledzenia ekranowych sensacji, ale w tym gatunku nie jest to ostatnio często spotykane.

Reżyserką filmu jest Jodie Foster - znana aktorka, która przed kamerą stanęła po raz pierwszy w wieku dwóch lat, kiedy jej matka, szukając dodatkowego źródła dochodów, wpadła na pomysł, by córeczka zagrała w telewizyjnej reklamówce. Jodie spodobała się i regularnie pojawiała się w reklamie i filmach - telewizyjnych i kinowych. Początek wielkiej karierze dała jej rola w "Taksówkarzu", gdzie w wieku 13 lat zagrała u boku Roberta De Niro rolę nastoletniej prostytutki. A potem było wiele ról pozostających w pamięci widzów na całym świecie. "Milczenie owiec", "Oskarżeni", "Sommersby", "Maverick", "Kontakt", "Azyl" - to tylko niektóre filmy, w których z sukcesem wystąpiła. W 1991 roku wyreżyserowała kinowy film "Tate - mały geniusz" i od tej pory systematycznie staje po drugiej stronie kamery. Także reżyserując odcinki seriali telewizyjnych (wśród nich były odcinki serialu "House of Cards"). I choć jej sukcesy w tej roli nie dorównują dawnym osiągnięciom aktorskim, radzi sobie niezgorzej. "Zakładnik z Wall Street" dowodzi jej reżyserskich ambicji, które wykraczają poza ramy sensacyjnych produkcji. O reżyserowaniu filmów Jodie Foster powiedziała w jednym z wywiadów: "Uwielbiam być przywódcą! Doskonale się czuję w tej roli, gdy do mnie należy ostatnie słowo. To o wiele przyjemniejsze niż to, gdy jako aktorka jestem zmuszona dopasować się do czyjejś wizji i próbuję zaspokoić czyjeś oczekiwania. Oczywiście uwielbiam ten zawód, ale od czasu do czasu naprawdę lubię trochę porządzić". Czuć to, gdy oglądamy udanego "Zakładnika z Wall Street" w jej reżyserii.

"Z podniesionym czołem"

Źródło: www.filmweb.pl
Źródło: www.filmweb.pl
Północno-wschodnia Francja, w pobliżu granicy belgijskiej, to rejon o najwyższej w tym kraju stopie bezrobocia. Potężny niegdyś przemysł upadł przed laty i brak pracy staje się powoli brzemieniem przenoszonym z pokolenia na pokolenie. Młodzi ludzie, pozbawieni życiowych perspektyw, często pochodzący z rozbitych rodzin, wkraczają w swój wiek młodzieńczy obarczeni całym bagażem negatywnych doświadczeń życiowych. Agresja, przemoc, drobna przestępczość to ich codzienność, ich miejsce w życiu. Nie są im obce sale sądów rodzinnych, pobyty w poprawczaku. Takim nastolatkiem jest bohater francuskiego filmu "Z podniesionym czołem" - Malony w wieku 6 lat trafił do domu dziecka oddany tam przez własną matkę. Sprawia stale kłopoty wychowawcze, jest krnąbrny, skonfliktowany z prawem, trafiający co rusz przed oblicze sądu dla nieletnich, a wreszcie do domu poprawczego. Sprowadzić go na lepszą ścieżkę życia próbuje sędzia sądu dla nieletnich, zajmująca się od lat takimi, wydaje się beznadziejnymi przypadkami - Florence, grana przez Catherine Deneuve, wielką damę francuskiego kina (początkowo przymierzano do tej roli innego świetnego aktora - Gerarda Depardieu). Deneuve, która starannie wybiera role, zagrała w tym filmie na miarę swego wielkiego talentu. Jest poruszająca, przekonywująca w swej roli, a nawet zbyt dobra, bo utwierdza nas w przekonaniu, że państwo francuskie radzi sobie dobrze z takimi problemami społecznymi, zaś służby opiekuńcze, edukacyjne i penitencjarne spełniają bez zarzutu swoją społeczną rolę. Nie w pełni odpowiada to rzeczywistości, ale charyzma Deneuve przekonuje do takiego postrzegania ukazanych w filmie problemów. Film zresztą skupia się bardziej na jej relacji z podopiecznym niż na ukazaniu szerszego tła społecznych problemów nękających współczesną Francję. Oglądamy wycinek rzeczywistości, jeden z wielu przypadków, a nie próbę diagnozy, jakie są źródła tych problemów i jakie możliwości ich poprawy.

To że Catherine Deneuve gra świetnie nie jest zaskoczeniem. Jest nim zaś zestawienie wybitnej aktorki z "naturszczykiem" - odtwórcą roli Malony'ego, ryzykowne, ale w filmie sprawdzające się doskonale. W roli wykluczonego społecznie nastolatka reżyserka filmu obsadziła niemającego żadnych doświadczeń aktorskich Roda Paradota. Odnalazła go w szkole zawodowej przygotowującej go do zawodu cieśli. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Paradot wcielił się w powierzoną mu rolę tak sugestywnie, że w ubiegłym roku, na festiwalu w Cannes, gdzie film miał swoją światową premierę, uznano młodego chłopaka za sensację festiwalu. Znalazło to także potwierdzenie w przyznanej mu francuskiej nagrodzie filmowej - otrzymał Cezara za najlepszy aktorski debiut roku.

Reżyserka filmu - Emmanuelle Bercot tworząc ten film inspirowała się rodzinnymi wspomnieniami. Postać głównego bohatera to przetworzone w scenariuszu losy wujka Bercot, który jako nastolatek trafił do centrum rehabilitacji dla młodych osób mających konflikt z prawem w Brittany. Bercot korzystała również z innych swoich doświadczeń. Poznała wcześniej sportretowane w filmie "Z podniesionym czołem" środowisko, pisząc scenariusz do filmu "Polisse", w którym przedstawiała pracę Departamentu Ochrony Dzieci francuskiej policji. W rezultacie powstał film o systemie edukacji i sądownictwa zdolnym do skutecznej pomocy młodym ludziom, którzy wskutek społecznych różnic, wykluczającego ze społeczności bezrobocia i zaniedbań wychowawczych stoczyli się na tego społeczeństwa margines. Film nawiązujący do najlepszych tradycji zaangażowanego społecznie kina francuskiego, choćby tego, które przed laty realizował François Truffaut.

"#WszystkoGra"

Źródło: www.filmweb.pl
Źródło: www.filmweb.pl
Tytuł nowego polskiego filmu zapisany został oryginalnie i współcześnie zarazem - hasztagiem, jak z wpisu na Twitterze: "#WszystkoGra". A i sam film jest oryginalny, gdyż bardzo rzadko na polskich ekranach gości rodzima produkcja będąca musicalem. Nic więc dziwnego, że w reklamach filmu użyto określenia "superpremiera". Trochę na wyrost, z właściwą reklamie przesadą, ale - trzeba przyznać - coś jest na rzeczy.

Film jest opowieścią, w której bohaterowie co rusz zaczynają śpiewać i tańczyć, wyrażając tym swoje emocje, podsumowując bieg wydarzeń, komentując wzajemne relacje. Wybrano wielkie polskie przeboje, piosenki powstałe od lat siedemdziesiątych po dzień dzisiejszy, popularne, wykonywane do dziś, często w pełni zasługujące na nadużywane często miano: kultowych. Hity, które wszyscy znamy i lubimy zabrzmiały w tym filmie inaczej - nie tylko za sprawą innej, nowoczesnej aranżacji, ale i dlatego, że w konkretnych sytuacjach związanych z akcją filmu ich słowa - znane, ale często nie wysłuchiwane dokładnie - nabierają nowego znaczenia, istotnych podtekstów, czasem zupełnie innej wymowy. To właśnie piosenki stanowią główną warstwę filmu, gdyż sama intryga jest raczej pretekstowa. Mamy dom na warszawskim Mokotowie, od 1939 roku znajdujący się w posiadaniu jednej rodziny. Dziś żyją tu trzy kobiety, z trzech pokoleń: babcia (świetna Stanisława Celińska), matka (niemniej doskonała Kinga Preis) i córka (Eliza Rycembel) - sfrustrowana i zbuntowana studentka, malująca nocą, wraz z koleżankami, prowokacyjne graffiti na warszawskich murach. Trzy kobiety żyją razem, ale jakby osobno. Łączą je codzienne domowe rytuały, ale nie wiedzą o sobie wszystkiego, są sobie niemal obce. Zostało to świetnie oddane w najlepszej chyba scenie filmu, kiedy w swoim mieszkaniu zaczynają śpiewać, każda z nich kolejną zwrotkę: "naprawdę jaka jesteś nie wie nikt". Przejmująca scena, w której znany utwór nabiera nowego znaczenia, stając się mądrą życiową refleksją, budząc u bohaterek chęć zmiany dotychczasowych relacji. W tej scenie widać jak dobry dobór piosenek połączony ze świetnym aktorstwem może podnieść rozrywkowy musical do znacznie wyższej ligi.

Jak stwierdziłem intryga filmu jest raczej pretekstowa. Tym co łączy bohaterki staje się konieczność zmierzenia się ze złym businessmanem, który chce wyeksmitować je z domu, którego akt własności zaginął w czasie wojny. A i ta historia staje się jeszcze inną opowieścią, gdy zaczynają się mieszać plany czasowe, gdy poznajemy prawdziwe okoliczności zdobycia przed laty prawa własności domu, a negatywny bohater staje się postacią z zupełnie innej bajki (mamy tu wręcz aluzję do prozy Bułhakowa). Samo zakończenie, tak jak i tytuł filmu, są mrugnięciem oka skierowanym do młodej widowni - pokolenia internetu i gier komputerowych. Przy wszystkich swych słabościach film ogląda się jednak świetnie, ale głównie za sprawą jego musicalowej konstrukcji. To udany debiut kinowy Agnieszki Glińskiej - absolwentki dwóch wydziałów: aktorskiego i reżyserskiego PWST w Warszawie, cenionej reżyserki teatralnej i telewizyjnej (Paszport Polityki w dziedzinie teatru w roku 1999), mającej dotąd skromne doświadczenia filmowe (reżyserowała kilka odcinków telewizyjnych seriali "Miodowe lata" i "Bez tajemnic").

"#WszystkoGra" to film, który polubią widzowie akceptujący musicalową formułę, bez względu na swój wiek. Bo oprócz wszystkich innych zalet, obraz ma jeszcze jedną: przekonuje, że rozbrzmiewające w nim piosenki to utwory ponadczasowe, akceptowane, słuchane i przeżywane przez ludzi w każdym wieku. Piosenka i film łączą pokolenia...

"Niewygodna prawda"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
Ten film oparty został na faktach, które w USA są do dziś pamiętane i stanowią przykład upadku wielkiej kariery dziennikarskiej. Bohaterami opowieści są Dan Rather (grany przez Roberta Redforda) i Mary Mapes (w tej roli Cate Blanchett). Oboje byli ikonicznymi postaciami amerykańskiego dziennikarstwa, podporami wielkiej sieci telewizyjnej CBS. Dan Rather zaczynał swoją karierę w Teksasie, gdzie w 1953 roku ukończył studia dziennikarskie. Pracę w zawodzie zaczął jednak wcześniej, bo w 1950 roku jako reporter agencji Associated Press. Był potem reporterem radiowym i telewizyjnym. W telewizji zasłynął z prowadzonych na żywo relacji z uderzenia potężnego huraganu Carla. To wtedy zyskał sobie przydomek "Hurricane Dan" i został zwerbowany do pracy w CBS. Relacjonował w niej wielkie wydarzenia - zabójstwo prezydenta Kennedy'ego, aferę Watergate. W 1981 roku zastąpił legendarnego Waltera Cronkite'a jako prezenter wieczornych wiadomości. Ze słabnącej przed naporem konkurencji sieci CBS odszedł w 2005 roku wskutek niejasności dotyczących rzetelności przygotowywanych przez niego i jego dziennikarską partnerkę od teksańskich czasów - Mary Mapes, relacji dotyczących przekłamań związanych z dawną służbą wojskową prezydenta George'a Busha ubiegającego się właśnie o reelekcję. Dziennikarze zarzucili mu, że dzięki rodzinnym koneksjom uchylił się od służby wojskowej w Wietnamie znajdując schronienie od niej w Gwardii Narodowej. Fakty te Bush miał przeinaczyć, zatajając przed opinią publiczną prawdziwy przebieg wydarzeń. Szkopuł w tym, że wśród dokumentów, na których opierali się dziennikarze znalazły się takie, co do których pojawiły się zarzuty, iż zostały sfałszowane. Kto to zrobił, w jakim celu? Może chciano w ten sposób pogrążyć niewygodnych dziennikarzy, którzy pewni swych racji nie sprawdzili dokładnie wszystkiego, z czego korzystali... Przy okazji wyciągnięto i to, że Dan Rather był skłócony z rodziną Bushów od czasu, kiedy zbierał materiały dotyczące afery Iran-Contras. W rezultacie sprawa faktów zatajonych przez Busha zeszła na drugi plan, a nawet przestała się liczyć. Całe zainteresowanie mediów skupiło się na dwójce dziennikarzy, których przypadek posłużył do rozważań o dziennikarskiej etyce i nadużyciach tzw. czwartej władzy. Po odejściu z CBS Mary Mapes opisała te wydarzenia w książce "Truth and Duty: The Press, the President, and the Privilege of Power", na podstawie której oparto dziesięć lat później film "Niewygodna prawda". Fakty poznajemy więc w filmie głównie na podstawie jej relacji, subiektywnej i być może jednostronnej, wybielającej dziennikarskich bohaterów afery...

"Niewygodna prawda" ma w oryginale prostszy tytuł. Jest w nim tylko jedno słowo: prawda, ale użyte w nieco ironicznym sensie. Jaka jest bowiem prawda, ta obiektywna, niepodważalna, nie dowiemy się do końca. Film niczego nie przesądza, nie rozstrzyga jednoznacznie. To nie jest bowiem opowieść w stylu "Wszyscy ludzie prezydenta" czy "Spotlight" - o sile dziennikarskiego śledztwa prowadzonego przez ludzi bez skazy, etycznie niemal doskonałych, bezinteresownie starających się, by prawda wyszła na jaw. Bohaterowie "Niewygodnej prawdy" bez skrępowania przypominają o swoich nagrodach i zasługach, a niezachwiane przekonanie o własnej racji sprzyja pośpiechowi, brakowi należytej dociekliwości i staranności. Jak pierwsi naiwni dziwią się, gdy ich przeciwnicy wykorzystują każdą lukę w dowodach, każdą wątpliwość. Nie dostrzegają, że stawką w tej grze stają się nie tylko ich kariery, ale i wiarygodność mediów. Film nie jest więc kolejną relacją z dziennikarskiego śledztwa, jakich wiele już było na ekranach, ale staje się punktem wyjścia do rozważań o dziennikarskiej etyce, o tym, czy cel uświęca środki i o tym jak rozwój internetu i toczonych tam dyskusji, tabloidyzacja środków przekazu zmieniają dziś dziennikarstwo. Byłby z tego znakomity film, gdyby reżyserował go bardziej utalentowany twórca. Debiutujący w tej roli reżyser tego obrazu - James Vanderbilt, dał się dotąd poznać jako scenarzysta świetnego "Zodiaka" Davida Finchera, ale także biegunowo innego filmu, sensacyjnego przeciętniaka "Świat w płomieniach" Rolanda Emmericha. Ambitny film przerósł chyba możliwości początkującego reżysera. Nachalność w prezentowaniu jedynie słusznych racji bohaterów filmu, natrętny dydaktyzm, deklaratywność dialogów osłabiają wydźwięk opowiadanej historii - jakby reżyser nie wierzył w domyślność widzów i chciał im wszystko wyłożyć jak "kawę na ławę". Na szczęście broni się sama historia i związane z nią dylematy etyczne, a świetna gra odtwórców głównych ról: Cate Blanchett i rzadziej ostatnio oglądanego w kinie Roberta Redforda, z nadwyżką rekompensuje wszystkie niedociągnięcia filmu. To oni sprawiają, że ta opowieść nie pozostawia nas obojętnymi i skłania do przemyśleń o kondycji współczesnego dziennikarstwa i jego powiązaniach ze światem wielkiej polityki. Żal tylko, że podobny film nie powstał w polskich realiach...

"Letnie przesilenie"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
Michał Rogalski, współreżyser popularnych seriali telewizyjnych "Czas honoru", "O mnie się nie martw" czy "Przepis na życie" zdobył w 2008 roku Nagrodę Główną za najlepszy scenariusz w prestiżowym konkursie scenariuszowym Hartley-Merrill. Było to właśnie "Letnie przesilenie", które w 2014 roku zostało nakręcone we współprodukcji polsko-niemieckiej. W Niemczech film miał już wcześniej swoją premierę - w październiku ubiegłego roku i spotkał się z dobrym przyjęciem. W Polsce pokazywany był na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie zdobył nagrody za najlepszą kobiecą rolę drugoplanową (dla Marii Semotiuk) oraz za najlepsze zdjęcia (ich autorem jest Jerzy Zieliński). Do tej listy nagród dla "Letniego przesilenia" dodajmy jeszcze nagrodę za scenariusz przyznaną na festiwalu w Montrealu.

W wyreżyserowanym przez siebie filmie Michał Rogalski powraca do czasów wojny, jednakże ukazanych z innej perspektywy niż w świetnym telewizyjnym "Czasie honoru". Tamten film był zdaniem Rogalskiego "rodzajem komiksu, dobrze opowiedzianym, ale jednowymiarowym". "Letnie przesilenie" to opowieść o tym, że "wojna demoralizuje wszystkich demokratycznie". W filmie jest czwarty rok II Wojny Światowej. Gdzieś na polskiej prowincji, w roku 1943, spotykają się dwaj siedemnastolatkowie. Romek szkoli się na maszynistę, jego rówieśnik Guido służy w stacjonującym we wsi oddziale niemieckich żandarmów. Został powołany do służby wcześniej niż jego rówieśnicy. To kara za słuchanie jazzu - zdaniem hitlerowców "muzyki zdegenerowanej". Wrażliwy chłopak próbuje sobie stworzyć swoisty azyl chroniący przed brutalnością wojny, namiastkę zwykłego życia, takiego jakim żyją pod każdą szerokością geograficzną i w każdych czasach wkraczający w dorosłość nastolatkowie. Losy obu chłopców przetną się, a pozornie odległa od wsi wojna narzuci im swoje reguły. Złudna sielanka zmieni się w dramat.

Kameralny, delikatnie naszkicowany film ukazuje nie bohaterów, którym później stawia się pomniki, ale zwykłych ludzi. Nie kreśli obrazu heroicznych czynów, ale ukazuje postawy ludzi zagubionych w przerastającej ich rzeczywistości, pokazuje oportunizm, naiwność, wymieszane ze sobą dobro i zło. W tym filmie wojna jest przeżyciem bardzo osobistym, a nie doświadczeniem zbiorowym. Młodzi ludzie nie są też początkowo świadomi jej wymiaru. Tragedia dzieje się gdzieś daleko, a jej odpryski nie są początkowo dostrzegane przez nastoletnich bohaterów opowieści. Ważniejsze są pierwsze uczucia, czy drobne przyjemności, jak słuchanie muzyki z płyt na starym gramofonie podebranym niemieckim żandarmom, którzy zabrali go wraz z rzeczami odebranymi Żydom wywożonym gdzieś daleko, do obozów zagłady... Ale istoty tragicznych wydarzeń lepiej nie roztrząsać, nie dopuszczać do siebie. Do czasu, gdy wojna nie upomni się i o tych, którzy byli na jej obrzeżu...

Po pokazach filmu na festiwalu w Gdyni Rogalski mówił, że źródłem inspiracji do scenariusza była stara rodzinna fotografia. "Fotografia dziadków, spacerujących ze znajomymi w rzece. Sielankowy widok, niczym ze spokojnych wakacji. Na odwrocie widniała jednak data: maj 1943. To mnie zmroziło. Wojna zawsze łączyła się w mojej głowie z obrazami krwi, zniszczenia, Holocaustu. Ale przecież ludzie chcieli żyć, kochać, myśleć o przyszłości, nawet w tych mrocznych czasach. To była ta iskra, która podpaliła lont. Potem pojawiły się kolejne inspiracje". W ten sposób zrodził się scenariusz, a później film, który powinien być dobrze odebrany przez współczesnych, młodych widzów kinowych. Mówi o ich rówieśnikach żyjących w trudnych czasach, ale bez zbędnego patosu. Podsuwając myśl, jak sami znaleźlibyśmy się w takiej sytuacji, jak kinowi bohaterzy: Niemcy, Polacy, Żydzi - po prostu młodzi ludzie.

"Fan"

Źródło: http://www.filmweb.pl
Źródło: http://www.filmweb.pl
Przed laty przeżyliśmy w Polsce krótką fascynację filmami z Bollywood, czyli produkcjami hinduskiej kinematografii. Kinematografii, która szczyci się tym, że co roku dostarcza widzom ponad tysiąc nowych filmów, na które sprzedaje się rocznie dwa miliardy biletów. Prawdziwa potęga, która mogłaby pobić amerykański Hollywood, gdyby nie specyfika hinduskich filmów dostosowanych do gustów i kulturalnych upodobań rodzimych widzów. W Indiach, w filmach z Bollywood, nikogo nie dziwi to, że bohaterowie zaczynają nagle śpiewać i tańczyć wyrażając tym swoje opinie, komentując przebieg akcji filmu czy wyjaśniając widzom swoje intencje. Poetyka tych opowieści sprawia, że obrazy te - niezwykle popularne w Indiach czy w krajach tego regionu świata - gdzie indziej nie znajdują drogi do serc i umysłów widzów. Ale jako że Indie to wielki kraj popularność na rynku krajowym wystarczy, by stały się wielkim sukcesem przynoszącym olbrzymie wpływy. Grający w tych filmach aktorzy są w Indiach megacelebrytami, ich popularność bywa niekiedy zrównywana z kultem niemal religijnym, a na hinduskiej prowincji zdarzają się ołtarzyki ku czci aktorów obdarzanych boską czcią.

Jednym z najpopularniejszych obecnie aktorów hinduskiego kina jest Shah Rukh Khan, zwany "King Khan". 51-letni dziś aktor, wnuk zasłużonego hinduskiego generała armii, zaczynał od ról w serialach telewizyjnych. Tak ruszyła jego kariera, która zaprowadziła go na szczyty Bollywoodu. W 1999 roku założył firmę produkującą i rozpowszechniającą w kinach filmy, zwykle z jego udziałem. Zyskał szaloną popularność i wielkie pieniądze. Kiedy w polskich kinach, a potem na kasetach VHS, na początku tego stulecia, pojawiło się kilka filmów z Bollywood był wśród nich także najbardziej znany na świecie film hinduskiej kinematografii - "Czasem słońce, czasem deszcz" z 2001 roku, w którym główną rolę zagrał właśnie Shah Rukh Khan. Po latach powraca na polskie ekrany w najnowszej hinduskiej produkcji. To film "Fan" - opowieść o niezwykłej relacji, balansującej na granicy miłości i psychopatycznej obsesji, która połączyła wielkiego gwiazdora filmowego i jego fana. Ten ostatni, dwudziestolatek, jest z wyglądu niemal kopią swojego idola. Chce wykorzystać to podobieństwo, by osobiście złożyć uwielbianemu aktorowi życzenia urodzinowe. Jak to już nieraz było pokazywane w kinie, uwielbienie zmienia się w niebezpieczną dla obu stron obsesję, a biegnące coraz szybciej wydarzenia odsłaniają prawdziwe oblicze zarówno jednego jak i drugiego. Takie historie oglądaliśmy w kinie już niejednokrotnie. Przykładem może być film o tym samym tytule - "Fan", ale produkcji amerykańskiej, z udziałem Roberta De Niro. Opowieści takie są bowiem odzwierciedleniem tego, co dzieje się w rzeczywistości. Chorobliwe uwielbienie dla swojego idola pchające do czynów balansujących na granicy prawa i przemocy są szeroko opisywane przez kolorową prasę ukazującą mroczne strony systemu promującego zarówno prawdziwe gwiazdy jak i celebrytów znanych tylko z tego, że są znani...

Hinduski "Fan" nie wnosi do takich opowieści wiele nowego, poza jednym - rozgrywa się w egzotycznym i mało nam znanym świecie hinduskiego kina, w legendarnym Bollywoodzie. Spośród wielu przeciętnych pozycji wyróżnia ten film właśnie to oraz udział Shaha Rukh Khana w podwójnej roli - gwiazdora i jego fana. Jeśli jednak liczymy na to, iż oglądając ten film poznamy typową produkcję spod znaku Bollywoodu - zawiedziemy się. Akcji opowieści nie będą przerywały co chwila taniec i śpiew, a piosenka w tym filmie jest bodaj tylko jedna, za to wykonana w kilku hinduskich dialektach. "Fan" to film bliższy zachodniemu stylowi niż temu co stanowi kwintesencję Bollywoodu.
1234567

FOTOGALERIA

Kino Konesera w kinach Helios
Kino Konesera w kinach Helios
Wybrane premiery w kinach
Wydarzenia
Wybrane premiery w kinach
Kino Konesera w kinach Helios
Kino Konesera w kinach Helios
Wydarzenia
Wybrane premiery w kinach
Kino Konesera w kinach Helios
© Polskie Radio Szczecin SA. Wszystkie prawa zastrzeżone.Regulamin korzystania z portaluPolityka prywatnościBiuletyn Informacji Publicznej

Szanowny Użytkowniku.

Poniżej zebraliśmy informacje dotyczące zasad przetwarzania Twoich danych osobowych wynikających z Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (zwanym dalej RODO). Prosimy o ich przeczytanie – nie powinno to zająć zbyt wiele czasu. Z niniejszego opracowania dowiesz się jakie obowiązki ma Administrator, jakie przysługują Ci prawa oraz w jaki sposób z tych praw korzystać. W razie jakichkolwiek wątpliwości skontaktuj się z nami.

Przechodząc do serwisu lub klikając w prawym górnym rogu tej informacji, zgadzasz się na przetwarzanie Twoich danych osobowych oraz na wskazane poniżej działania.

Wykorzystujemy pliki cookies oraz inne technologie

W naszych serwisach wykorzystujemy pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) i inne pokrewne technologie, mające na celu:

Zakres wykorzystywania plików cookies możesz zdefiniować w ustawieniach wykorzystywanej przez Ciebie przeglądarki. Bez wprowadzenia zmian ustawień, informacje w plikach cookies mogą być zapisywane w pamięci Twojego urządzenia. Więcej szczegółów znajdziesz w Polityce prywatności .

Co to są dane osobowe?

Dane osobowe to informacje o zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osobie fizycznej. Mogą to być m.in. imię i nazwisko, adres e-mail czy numer telefonu. W zakresie korzystania z takich jak nasz serwisów internetowych wyróżnia się również dane osobowe takie jak jak adres IP użytkownika, informacja o dotychczasowej aktywności użytkownika, informacja zbierana za pośrednictwem tzw. plików cookies, a także podobnych technologii. Jeśli dany plik cookie nie zawiera danych osobowych, ale możliwe jest zestawienie informacji z tego pliku z inną informacją pozyskaną od Ciebie, tzn. jeśli jest możliwość zidentyfikowania Twojej osoby – takie pliki cookies są również objęte ochroną wynikającą z przepisów dotyczących bezpieczeństwa danych osobowych.

Pliki cookies, potocznie zwane "ciasteczkami” są plikami, w których podczas przeglądania strony internetowej, zapisują się pewne informacje trafiające ostatecznie do urządzenia końcowego (np. komputera lub smartfona). Pliki cookies mają wiele funkcji – od umożliwiających prawidłowe funkcjonowanie naszego serwisu internetowego, po pozwalające na zachowywanie preferencji użytkownika, jak również personalizowanie stron internetowych w zakresie wyświetlanych treści oraz dostarczanych reklam.

Co powinieneś wiedzieć w zakresie bezpieczeństwa Twoich danych osobowych w związku z RODO

  1. Administratorem Twoich danych osobowych jest Polskie Radio Szczecin S.A. z siedzibą przy al. Wojska Polskiego 73, 70-481 Szczecin (zwane dalej „Rozgłośnią”).
  2. Na mocy art. 37 ust. 1 lit. a) RODO został powołany Inspektor Ochrony Danych (IOD), który nadzoruje sferę przetwarzania danych osobowych w Rozgłośni. Z IOD możesz skontaktować się pisząc na adres podany powyżej lub na adres mail iod@radioszczecin.pl . Inspektor chętnie pomoże we wszystkich kwestiach związanych z ochroną danych osobowych, w szczególności udzieli odpowiedzi na pytania dotyczące przetwarzania Twoich danych osobowych.
  3. Twoje dane osobowe przetwarzane będą w celu :
  4. Rozgłośnia przetwarza Twoje dane osobowe w ściśle określonym, minimalnym zakresie niezbędnym do osiągnięcia celach, o których mowa powyżej.
  5. Twoje dane osobowe mogą zostać udostępnione innym podmiotom. Podstawą ww. działania mogą być przepisy prawa (np. ZUS, administracja skarbowa, wymiar sprawiedliwości) lub właściwie skonstruowane, zapewniające bezpieczeństwo danym osobowym, umowy powierzenia danych do przetwarzania podmiotom trzecim, z którymi współpracuje Rozgłośnia (np. z podmioty sektora teleinformatycznego i telekomunikacyjnego, usług analitycznych i marketingowych).
  6. Twoje dane osobowe mogą być przekazywane do państwa trzeciego lub organizacji międzynarodowej wyłącznie za Twoją jednoznaczną zgodą uzyskaną po uprzednim przestawieniu zasad i potencjalnych skutków takiego przekazania oraz spełnieniu szeregu wymogów określonych zapisami RODO.
  7. W przypadku wskazanym w pkt 5 i 6 Twoje dane będą zabezpieczone w sposób zapewniający im poufność z wykorzystaniem właściwych rozwiązań technicznych i technologicznych zgodnych z dobrymi praktykami stosowanymi w procesie bezpiecznego przetwarzania danych osobowych.
  8. Twoje dane osobowe będą przechowywane przez okres niezbędny do realizacji celu dla jakiego zostały zebrane, zgodnie z terminami archiwizacji określonymi przez ustawy szczególne oraz ustawę z dnia 14 lipca 1983 r. o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach (Dz.U. z 2018 r., poz. 217), a w przypadku gdy były przetwarzane na podstawie wyrażonej przez Ciebie zgody – do momentu jej wycofania.
  9. W związku z przetwarzaniem Twoich danych osobowych przysługuje Ci prawo do:
  10. Z powyższych uprawnień można skorzystać bezpośrednio w siedzibie Polskiego Radia Szczecin S.A., kierując korespondencję na adres siedziby Administratora lub na adres poczty elektronicznej Inspektora Ochrony Danych.
  11. Jeżeli uznasz, iż przetwarzanie dotyczących Twoich danych osobowych narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO) przysługuje Ci prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego na adres: Urząd Ochrony Danych Osobowych, ul. Stawki 2, 00-193 Warszawa
  12. Podanie danych osobowych jest dobrowolne ale w zależności od sytuacji może być wymogiem ustawowym lub umownym. W szczególnych przypadkach niepodanie danych może warunkować realizację działań których jesteś Podmiotem (w tym zawarcie umowy).
  13. Twoje dane będą mogą podlegać zautomatyzowanemu przetwarzaniu polegającemu na profilowaniu. Personalizujemy treści i reklamy a także poddajemy analizie aktywność na stronie i w Internecie. Jednym ze sposobów przetwarzania przez nas danych osobowych jest tzw. profilowanie, które polega na tym, że możemy w oparciu o Twoje dane tworzyć dla Ciebie profile preferencji i następnie dostosowywać treści wyświetlanych reklam tak, aby odpowiadały Twoim potrzebom i zainteresowaniom. Jednocześnie informujemy, że nie dokonujemy zautomatyzowanego podejmowania decyzji, w tym w oparciu o profilowanie.