Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
źródło: facebook.com/pg/mettefrederiksen.dk
źródło: facebook.com/pg/mettefrederiksen.dk
Wiadomo już, że od przyjętej przez władze każdego z państw strategii w walce z pandemią zależy zdrowie, a może i życie ludzi. Rządy większości krajów skandynawskich stosują się do zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia i wprowadziły odpowiednie restrykcje, które według nich są konieczne, aby zatrzymać koronawirusa.

Zdecydowanie najszybciej, zaraz po Polsce, wprowadziła je w życie Dania. Powstały w czerwcu socjaldemokratyczny rząd premier Mette Frederiksen, dwa dni po tym jak WHO ogłosiła stan pandemii, zamknął granice i przy poparciu opozycji, przyjął tzw. pakiet ustaw nadzwyczajnych. Oprócz ograniczeń dotyczących zgromadzeń do 10 osób oraz funkcjonowania handlu zamknięto również placówki kultury.

Duńska premier, choć stworzyła gabinet przy parlamentarnym wsparciu ugrupowań lewicowych, działa szybko i zdecydowanie, bez typowej dla lewicy światopoglądowej narracji. Wydaje się również, że Frederiksen nie jest, tak jak socjaldemokraci w sąsiedniej Szwecji, podatna na wpływy neoliberałów i postanowiła twardo bronić praw wszystkich obywateli do ochrony przed pandemią oraz prawa do opieki zdrowotnej.

Podczas codziennych konferencji prasowych Frederiksen czyta z kartek, pomimo tego jej wypowiedzi wydają się za każdym razem, być szczere. Co najważniejsze przekaz duńskiej premier pozbawiony jest jakichkolwiek ataków w stronę opozycji, choć ta krytykuje ją za zbyt autorytarny styl podejmowania decyzji, choćby wobec kierownictwa Urzędu Zdrowia Publicznego. Frederiksen uważa, że władze sanitarne były zbyt ostrożne i spóźnione w swoich prognozach na temat zagrożenia koronawirusem.

Duńska premier nie zamiata pod dywan spraw dla jej rządu niewygodnych. Kiedy media ujawniły, że na krótko przed wybuchem pandemii, władze nie skorzystały z możliwości zakupu od Korei Południowej tysięcy testów na obecność patogenu, przepraszać publicznie w obecności Frederiksen, musiał sam minister zdrowia.

Nie bez znaczenia, są podejmowane przez duński rząd działania na rzecz utrzymania miejsc pracy. Państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za wypłatę dużej części wynagrodzenia pracownikom najbardziej zagrożonych zwolnieniami.

Można parafrazować klasyka i powiedzieć, że biorąc pod uwagę obecne uwarunkowania, to wcale dobrze dzieje się w państwie duńskim, a premier Frederiksen ma szanse stać się Żelazną Mette i być wzorem do naśladowania dla polityków bankrutującej dziś zachodniej socjaldemokracji.
Szpitalny Oddział Ratunkowy w Malmö, fot. Przemysław Gołyński - Radio Szczecin
Szpitalny Oddział Ratunkowy w Malmö, fot. Przemysław Gołyński - Radio Szczecin
Skandynawia tak jak praktycznie cały świat, zmaga się dziś z niebezpiecznym dla życia, koronawirusem. Jest jednak kraj, który robi to na swój własny sposób, to - Szwecja.

Większość tamtejszego społeczeństwa, od wielu dekad nauczona jest bezkrytycznej wiary w instytucje państwa. To właśnie państwo, choć pobierało od swoich obywateli znaczną daninę w postaci podatków, gwarantowało bezpieczeństwo socjalne, pomoc słabszym oraz opiekę medyczną na bardzo wysokim poziomie.

Każdemu bez wyjątku, stwarzało możliwość samorealizacji. Dzięki tym dobrodziejstwom, Szwedzi nie wiedzą dziś czym jest instynkt samozachowawczy. Powtarzana przez lata narracja o tym, że nie ma na świecie bardziej utalentowanego, pomysłowego i postępowego narodu niż Szwedzi, utwierdzała społeczeństwo w przekonaniu, że w Szwecji nic złego, nikomu nie może się przytrafić. Dziś jest zgoła inaczej. Państwo pobiera rzecz jasna podatki, ale w zamian daje niewiele. Mocarstwu Humanitarnemu, jak lubi się samo określać, grozi katastrofa.

Szwedzki Urząd Zdrowia Publicznego niezwykle powściągliwie reagował na rekomendacje Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące koronawirusa. Kiedy 30 stycznia WHO uznała, że COVID-19 może stanowić zagrożenie dla zdrowia całej ludzkości, władze z nieukrywaną pychą, dały do zrozumienia, że Szwecja gotowa jest wesprzeć kraje posiadające słabo rozwinięte systemy opieki zdrowotnej. Tego samego dnia potwierdzono w Szwecji pierwszą osobę zarażoną koronawirusem.

Władze sanitarne dopiero 3 marca zaleciły, aby osoby powracające z krajów gdzie występuje epidemia, które mają objawy ostrego przeziębienia, były poddawane testom na obecność koronawirusa. Wtedy do kraju zdążyło powrócić tysiące osób, które spędzały ferie zimowe we Włoszech i Iranie.

W ostatnich dniach już nie rejestruje się potwierdzonych przypadków infekcji patogenem, a strategia jest taka, aby izolować chorych na COVID-19 od tej części społeczeństwa, która ma szanse na pokonanie choroby własnymi siłami. Raptem eksperci uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest selekcja naturalna. Rządzący Szwecją nie protestują, przecież decyzje podejmują naukowe autorytety.

Rząd chcąc za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności, podejmowanie kluczowych dla zdrowia obywateli decyzji, spycha na samorządy. A te, możliwości mają ograniczone. W Szwecji na tysiąc mieszkańców przypada zaledwie nieco ponad dwa łóżka szpitalne i zaledwie 5 miejsc na intensywnej terapii na sto tysięcy mieszkańców. To liczby, które sytuują Szwecję pod koniec europejskiej stawki.

Szwedzi często, chętnie kpią z innych nacji, kiedy te zachowują się zgoła inaczej od nich. Przyjęte przez kraje sąsiednie restrykcje wobec zagrożenia koronawirusem, część szwedzkiego establishmentu, po prostu wyśmiała.

Podobnie reagowała część Szwedów. na widok obwieszonych papierem toaletowym Polaków. Taki obrazek, obok tego przedstawiającego chłopa na furmance, często gościł w szwedzkim przekazie medialnym w latach 80.

Obecnie to właśnie papier toaletowy, jest obecnie dla wielu mieszkańców Szwecji, papierem najbardziej wartościowym i pożądanym.
"Szwecja musi zginąć" foto:facebook.com/Malmölistan
"Szwecja musi zginąć" foto:facebook.com/Malmölistan
8 marca zawsze będzie mi się kojarzył ze sztuczną adoracją kobiet przez sztywnych panów uzbrojonych w okolicznościowy goździk. Utrwalony obrazek tego dziwnego święta z okresu PRL przechowuję do dziś w pamięci.

Na początku XX wieku, kiedy kobiety faktycznie nie posiadały równych z mężczyznami praw, ustanowienie tego święta przez socjalistyczną międzynarodówkę było całkiem uzasadnione. Ponad sto lat później sprawy mają się zgoła inaczej, ale nie przeszkadza to tzw. nowoczesnej lewicy wykorzystywać ten dzień do ich ulubionej walki. Walki klas.

W Szwecji - kraju, który chwali się najwyższym na świecie poziomem równouprawnienia oraz feministycznym rządem demonstracje w Dniu Kobiet wydają się czymś absurdalnym. Jednak w ostatnią niedzielę przypominające nieco pierwszomajowe robotniczo-chłopskie spędy, pochody odbyły się w większości dużych szwedzkich miast.

Ich organizatorzy, czyli liczne polityczne formacje lewicowe - a uwierzcie: jest w Szwecji sporo - zachęcały w mediach społecznościowych do wzięcia w nich udziału. Oto niektóre wybrane hasła przewodnie demonstracji: "Nie dla seksualnego wyzysku kobiet", "Bój o przetrwanie - to walka o prawa kobiet, walka o klimat", "Siostrzany bój przeciwko budżetowym cięciom".

Buńczuczne hasła rodem ze stalinowskich masówek organizowanych dla nieświadomych klasowo robotników hut i fabryk, robią na młodzieży wrażenie i rzecz jasna - przyciągają. Ta retoryka używana w czasach słusznie już minionych to miód na uszy szwedzkich kobiet, dla których komunistyczne zbrodnie na podbitych przez Armię Czerwoną narodów, są tylko wymysłem ksenofobicznych nacjonalistów.

Szwedzka młodzież żądna jest uczestniczenia w buncie, pod warunkiem, że nie grożą im za to konsekwencje, wtedy gdy łamane jest prawo. Przecież najwyżej to rodzice zapłacą niewielkie grzywny, ale tzw. fejm wśród znajomych na Facebooku czy Instagramie, będzie wielki. Dlatego tak popularne są nie tylko wiece czy demonstracje feministek ale i akcje wspieranego przez Gretą Thunberg ruchu Extinction Rebellion, którego działalność również w Polsce zaczyna być zauważalna.

Oprócz praw kobiet w rządzonym przez feministki kraju walczy się o klimat, podczas gdy Szwecja jest jednym z krajów emitujących najmniej dwutlenku węgla do atmosfery.

Gdy większość z nas wznosiła w niedzielę toast za zdrowie pań, w Szwecji trwała walka o równość płci. Tymczasem to mężczyźni są w szwedzkim społeczeństwie często na przegranych pozycjach. Zwłaszcza w instytucjach państwa. Okazuje się bowiem, że np. wśród 71 osób zatrudnionych w tamtejszym Urzędzie ds. Równego Traktowania, większość stanowią kobiety, a ośmioosobowy zarząd tej podległej rządowi instytucji, złożony jest wyłącznie ... z kobiet.

Sytuacja jest tak absurdalna, że wcale mnie nie zdziwił jeden z transparentów, który odważnie dzierżył w rękach uczestnik demonstracji 8 marca w Malmö. Widniał na nim napis - "Szwecja musi umrzeć".
Dziennik Aftonbladet
Dziennik Aftonbladet
"Faszyści budują strefy wolne od LGBT" - krzyczy nagłówek wstępniaka w jednym z największych szwedzkich dzienników, lewicowym tabloidzie Aftonbladet.

Autorka artykułu cytuje wypowiedź Dawida i Jakuba z Polski dla jednego ze szwedzkich portali gejowskich. Będący w związku małżeńskim panowie "boją się, że w Polsce będzie wkrótce tak, jak w czasach panowania nazizmu”.

U szwedzkiego czytelnika w tym momencie zapala się lampka kontrolna przypominająca mu o losie milionów Żydów zamordowanych przez nazistów w Polsce - w Auschwitz. To jedyny obóz zagłady, który istnieje w świadomości większości Szwedów. Coraz rzadziej słyszą o tym, że organizatorami i sprawcami tego ludobójstwa byli Niemcy. Szwedzkie media powtarzają, że Żydów mordowali naziści. W obozie w Polsce wtedy, gdy władzę sprawowali naziści.

Czytelnik ma świadomość, że naziści oprócz Żydów mordowali też homoseksualistów.

Według Aftonbladet w dzisiejszej Polsce faszystowska władza knebluje usta wolnym mediom. Krok po kroku przejmuje kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości oraz ogranicza swobodę wypowiedzi. Aftonbladet wmawia swoim czytelnikom, że za mówienie o tym, że Polacy są współodpowiedzialni za Zagładę Żydów, grozi u nas kara trzech lat więzienia.

Autorka artykułu przekonuje, że samorządy przyjmują deklaracje dyskryminujące osoby LGBT i chcą tym sposobem wykluczyć ze społeczności ludzi tylko z tego powodu, że chcą sami decydować o tym, kogo chcą kochać lub o tym, z kim iść do łóżka. Ani słowa o tym, czym jest Karta Praw Rodziny.

Organizacje LGBT działające wewnątrz szwedzkich partii domagają się od swoich liderów, aby Ci zażądali wstrzymania wypłaty Polsce unijnych środków pomocowych. Jedna z deputowanych Riksdagu złożyła kilka dni temu - w tym samym tonie - interpelację. Pyta w niej, co rząd zamierza zrobić w związku z prześladowaniem osób LGBT w Polsce?

Wyobrażacie sobie Państwo podobną absurdalną sytuację, w której polski poseł pyta rząd premiera Morawickiego kiedy wreszcie przedstawi stanowisko w sprawie braku potraw z mięsa w szkolnych szwedzkich stołówkach, bo przecież korzystają z niej również dzieci - nie-weganie?

Nie dość, że skutecznie przyczepiono nam łatkę antysemitów, to dzięki części naszych europosłów, nie tylko w Szwecji, będziemy uchodzić za faszystowskich homofobów.

Od niedawna mamy w Sztokholmie wreszcie ambasadora. Dziwię się, że tego typu publikacje, które coraz częściej pojawiają się w szwedzkiej prasie, nie wywołują jeszcze stanowczej reakcji pani ambasador.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
W Polsce często mylimy islam z islamizmem, czyli z ideologią polityczną opartą na religijnym fundamentalizmie. Tym samym krzywdzimy część muzułmanów, którzy z tą ideologią się nie identyfikują i traktują swoją religię jako coś bardzo osobistego.

Islamiści na Zachodzie chodzą w dobrze skrojonych garniturach, chętnie występują w mediach i żywo angażują się w spory polityczne.

Obok wyznawców feminizmu i genderyzmu są najbardziej aktywni w szwedzkiej debacie publicznej, kreują się na obrońców uciśnionych - dlatego są tak licznie reprezentowani w tamtejszych lewicowych i liberalnych partiach.

Wydawać się może, że jednych z drugimi nie wiele może łączyć. Nic bardziej mylnego. Zarówno islamiści jak i krzykliwe feministki czy sekta genderystów nie znoszą sprzeciwu. Nie potrafią rozmawiać z kimś, kto głosi inne poglądy od im bliskich. W swoich oponentów rzucają wyzwiskami, które skazują ich na medialny niebyt.

Poza tym wszystkie te grupy żądają przywilejów. Od prawa do noszenia przez muzułmanki okrycia głowy w miejscach publicznych, pokoju odpoczynku dla miesiączkujących kobiet w każdym miejscu pracy czy transseksualnych edukatorów w przedszkolach.

Ponadto łączy ich niechęć wobec zastałego porządku i pogarda dla wartości chrześcijańskich. Coś, co możemy zaobserwować również na własnym podwórku. Zwłaszcza wśród części naszego społeczeństwa uważającej się za postępowa, która od tej identyfikującej się z własną historią i tradycjami najchętniej by się odcięła.

Szwedzcy islamiści chcieliby, aby prawa szariatu obowiązywały nie tylko muzułmanów, ale i innych mieszkańców Szwecji. Dlatego domagają się m.in., aby na wszystkich kąpieliskach w kraju obowiązywała segregacja płciowa. Chcą, aby kobiety korzystały z nich tylko w określonej porze dnia tak, aby nie mogły być obiektem pożądania obcych mężczyzn.

Większość Szwedów jest temu przeciwna. Pytają o równość płci, zakaz wykluczania kogokolwiek z dostępu do obiektów użyteczności publicznej et cetera. Nagle w spor włącza się nieoczekiwany sojusznik; znana publicystka i jedna z czołowych szwedzkich feministek - Cissi Wallin, która na łamach dziennika Expressen pisze, że gminne kąpieliska musza być wolne od mężczyzn.

Dziennikarka opisuje katorgę, jaką bylo dla niej przebywanie na basenie pełnym facetów w średnim wieku obżerających się czipsami lub oglądających na laptopie mecze piłkarskie. Z niesmakiem musiała patrzeć na biorącego prysznic pana z brzuszkiem w obcisłych kąpielówkach. Szwedka komentowała to z klasowym narcyzmem, podobnym do tego, prezentowanego parę lat temu przez jedna z polskich celebrytek, która opisywała widok tzw. Polski "B" bawiącej się na plaży.

Szwedzka publicystka, stwierdziła na końcu swojego wywodu, że segregacja płciowa na basenach wcale nie godzi w prawa jednostki, a jest czymś wręcz pożądanym bowiem może zapobiec atakom wyzwolonych kobiet na ohydnych starszych mężczyzn w kąpielówkach.

Uważajmy na te prądy morskie z północy Bałtyku.

Obok Greków jesteśmy chyba jednym z najbardziej marudzących narodów w Europie. Narzekamy na wszystkich i wszystko. Obrywa się politykom, księżom i naszym sportowcom, kiedy nie odnoszą sukcesów.

Najczęściej jednak skarżymy się na naszą służbę zdrowia. Często słyszę, że mamy najgorszą na świecie. Nie, wcale nie twierdzę, że możemy być z niej dumni, ale na pewno nie znajdujemy się w gorszej sytuacji od Szwedów, przynajmniej jeśli chodzi o pomoc medyczną pierwszego kontaktu.

Od kilku lat jakość opieki medycznej w Szwecji pogarsza się z roku na rok. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, gdy rozpoczęto proces deregulacji rynku usług medycznych. Zapoczątkował je centroprawicowy rząd premiera Reinfeldta. Zlikwidowano setki placówek ochrony zdrowia. Znikały zarówno oddziały szpitalne jak i całe szpitale. Zamykano gminne przychodnie lekarskie na rzecz zdalnej opieki medycznej. Obok państwowej sieci aptek pojawiły się prywatne.

Receptą na rosnące wydatki budżetu państwa na ochronę zdrowia miał być wolny rynek. W tym czasie słyszeliśmy to samo od rządzących wtedy Polską polityków. Wróćmy jednak do Szwecji. Kiedy w 2014 roku - po ośmioletniej przerwie - do władzy powrócili socjaldemokraci, postanowili kontynuować reformy swoich poprzedników.

Efektem 14 lat wspólnej, nieodpowiedzialnej i w Szwecji często określanej jako głupiej polityki, jest nie tylko ograniczenie dostępności Szwedów do opieki zdrowotnej, ale nawet zagrożenie dla życia pacjentów. Przykładem może być trwający od trzech lat strajk okupacyjny oddziału położniczego w mieście Sollefteå na północy kraju.

Prowadzą go non-stop, w trybie zmiennym jego niestrudzeni mieszkańcy. Twierdzą, że niektóre ciężarne kobiety z regionu, aby urodzić dziecko muszą pokonać nawet do 250 kilometrów. Władze nie bardzo się tym przejmują, poza tym, że uruchomiono bezpłatne kursy rodzenia w samochodzie.

Cięcia wydatków na ochronę zdrowia powodują stopniowe wykluczanie części społeczeństwa z przysługujących im praw do opieki medycznej. Drastyczne spadła ilość miejsc szpitalnych. Dziś według danych Eurostatu w Szwecji przypada tylko 215 łóżek szpitalnych na 100 tysięcy mieszkańców - to najmniej w Unii Europejskiej.

W Polsce jest ich dwukrotnie więcej. U naszych północnych sąsiadów działa obecnie zaledwie 77 szpitali i klinik, które zarządzane są przez władze samorządowe.

Malejąca ilość łóżek szpitalnych, chroniczny brak personelu medycznego z powodu niskich zarobków, powodują nie tylko niezadowolenie samych pacjentów, ale i niepokoje wśród tych, którzy się nimi powinni opiekować.

W regionie Sztokholmu trwa obecnie protest 19 tysięcy zatrudnionych w służbie zdrowia. W opublikowanym w mediach społecznościowych filmie opowiadają, o warunkach swojej pracy i o tym, że są bezradni wobec ograniczeń w świadczeniu pacjentom odpowiedniej opieki.

- Sytuacja jest tak poważna, że codziennie narażamy bezpieczeństwo naszych pacjentów - mówi w filmie jeden z lekarzy.

- Na SOR-ach musimy prowadzić selekcję, kogo skierować do lekarza specjalisty, a komu pozwolić za kilka godzin lub jutro umrzeć w oczekiwaniu na pomoc - dodaje pielęgniarka.

Samorządy rozkładają ręce i szukają dosłownie wszędzie oszczędności. Czasami ocierając się granic absurdu. Tak jak w przypadku władz regionu Östersund, które posunęły się nawet do tego, aby personelowi szpitala zabronić ... używania automatycznych drzwi, co ma się przyczynić do mniejszych rachunków za prąd.



Mieszkańcy Europy Zachodniej zdążyli się przyzwyczaić do myślenia, że winnymi rozpętania II Wojny Światowej nie byli wcale Niemcy, ale naziści.

Teraz przyszedł czas na to, by wyrugować ze świadomości Skandynawów, że istnieje coś, co wyróżnia Szwedów, Norwegów i Duńczyków spośród innych narodowości.

Przekonują o tym Skandynawskie Linie Lotnicze SAS w opublikowanym wczoraj filmie reklamowym. Dowiadujemy się z niego, że smörrebröd - tradycyjne duńskie kanapki, szwedzkie święto Midsommar, mięsne pulpety, czyli köttbullar są zapożyczone od innych kultur.

Na pytanie, czy istnieje coś w pełni skandynawskiego, kobiecy głos w filmie stanowczo odpowiada: - Nie ma absolutnie niczego takiego!

Kilka lat temu usłyszałem gdzieś, że jedyne, co można powiązać ze szwedzką kulturą jest to, że takowa nie istnieje. W tym duchu zrealizowany jest spot, którego reżyserem jest Szwed.

Film jest częścią kampanii reklamowej SAS. Jej celem jest podkreślenie wartości podróżowania. Skandynawski przewoźnik - całkiem słusznie - próbuje uświadomić odbiorców, że podróżowanie nas wzbogaca i inspiruje do tworzenia nowych rzeczy.

Duńska firma reklamowa, która zrealizowała spot twierdzi, że to podróże przyczyniły się do rozwoju społeczeństw. Podkreśla też, że gdyby Skandynawowie nie byli ciekawi świata, to Skandynawia nie wyglądałaby dziś tak, jak wygląda. Nietrudno się z tym nie zgodzić.

Jednak twierdzenie, że typowe dla kultur krajów skandynawskich zwyczaje, tradycje, czy narodowe dania są zapożyczone od innych, jest próbą tworzenia rzeczywistości alternatywnej i wykorzenienia z ludzkiej świadomości wszystkiego, co może odwoływać się do prawdy obiektywnej.

Kultura rozumiana według angielskiego antropologa i socjologa Edwarda Taylora, jako złożona całość obejmująca wiedzę, wierzenia, sztukę, prawo, moralność, obyczaje nabyte przez członka danej społeczności, jest dla postmodernistów niewygodna.

Dzisiaj w globalnym świecie istnieje popyt na uniwersalne przekazy, które mają projektować idealny świat, którego obywateli łączy wspólne dziedzictwo kulturowe i troska o przyszłość planety.

Okazuje się jednak, że nie jest tak łatwo wymazać prawdę ze świadomości ludzi. Po fali krytyki, jaka rozlała się w mediach społecznościowych SAS usunął film z sieci. Nie odniósł się do negatywnych opinii na jego temat tak, jak gdyby spotu nigdy nie było.

Tworzenie alternatywnej rzeczywistości ma to do siebie, że jest wyłącznie alternatywą, czyli substytutem, który jak wyrób czekoladopodobny - nigdy nie będzie pełnowartościowy.
Uroczystość wręczania nagrody w teatrze w Varberg. Foto: facebook.com/leninpriset/
Uroczystość wręczania nagrody w teatrze w Varberg. Foto: facebook.com/leninpriset/
Ustanowienie przez wynalazcę dynamitu Alfreda Nobla nagrody jego imienia uważa się, całkiem słusznie, za przejaw wielkiego humanizmu szwedzkiego inżyniera. Choć ostatnie skandale obyczajowe, które dotknęły Akademię Szwedzką poważnie nadszarpnęły prestiż tej nagrody, to wciąż jest przez świat nauki, polityki i kultury uważana za jedną z najważniejszych na świecie.

Piękna oprawa podniosłych uroczystości wręczania laureatom medali i dyplomów przez szwedzkiego króla zawsze podkreśla wyjątkowość i majestat tego wyróżnienia. Nic więc dziwnego, że Nagroda Nobla jest nieprzerwanie, od 120 lat kojarzona ze Szwecją.

Od 2009 roku jest też inna nagroda przyznawana w zgoła innym anturażu.

Zaliczana jest do jednej z najważniejszych szwedzkich wyróżnień literackich, a mianowicie - Nagroda Lenina. Została ufundowana przez Stowarzyszenie im. Jana Myrdala. Jego członkowie to grupa lewackich intelektualistów skupionych wokół maoisty Jana Myrdala - szwedzkiego pisarza i ideologa. Znanego m.in. z fascynacji reżimem Pol-Pota.

Wydawać by się mogło, że w kraju Alfreda Nobla przyznawanie nagrody imienia twórcy czerwonego terroru i dyktatora odpowiedzialnego m.in. za głodową śmierć milionów niewinnych ukraińskich chłopów to jakaś tragifarsa. Niestety rzeczywistość okazuje się być bardziej brutalna.

Wyróżnienie czasami jest krytykowane na łamach szwedzkiej prasy. Niekiedy ktoś z publicystów zdobędzie się na celny komentarz i rzuci coś w telewizji o zbrodniach patrona Nagrody. Członek Akademii Szwedzkiej Peter Englund napisał kiedyś, że nazwa wyróżnienia jest niefortunna. W świadomości większości Szwedów postać Lenina kojarzy się jednak pozytywnie.

Nic wielce dziwnego, bowiem towarzysz Lenin, tak jak szwedzcy socjaldemokraci, przewodził ruchowi robotniczemu walczącemu o równość klas. Ktoś taki nie może być w Szwecji uważany za ludobójcę. Lenin, obok Marksa i Engelsa, kojarzony jest z ideologią, dzięki której Szwedzi stworzyli swój własny model państwa, kiedyś nazywany "Trzecią Drogą".

Od 10 lat kapituła Nagrody Lenina wyróżnia autorów lub artystów, „których działania lub twórczość wpisują się w tradycje lewicowej rewolucyjnej krytyki społecznej". Otrzymują czek na 100 tysięcy koron, czyli około 40 tysięcy złotych i wiele miejsca w mediach.

Laureatami Nagrody Lenina, są m.in. twórca kryminałów o agencie Carlu Hamiltonie, pisarz i dziennikarz, były agent KGB - Jan Guillou, popularny aktor, członek szwedzkiej partii komunistycznej, Sven Wolter czy znana w Polsce pisarka Maj Sjövall, która uważana jest za "matkę" nowoczesnego kryminału. Nagrodę Lenina otrzymała w 2013 roku. Po tym, jak jej przyjęcia odmówiła, do tej pory jedyna, fińsko-szwedzka autorka Susanna Alakoski.

W tym roku Nagrodę Lenina otrzymała buńczuczna młoda pisarka i była felietonistka dziennika Dagens Nyheter, feministka Kajsa Ekman. W Szwecji znana z krytyki kapitalizmu, polityki migracyjnej Izraela oraz hinduskich kobiet, które godzą się za pieniądze rodzić innym dzieci.

Laureatka po ogłoszeniu werdyktu kapituły powiedziała gazecie "Proletariusz", że "nagrodę sobie wyśniła, a pieniądze przeznaczy na meble i zęby". Wołodia Lenin chyba w mauzoleum się przewraca! Na zęby! Widać świadomość socjalistyczna jeszcze nie wyrobiona.
"Dlaczego kwestionuje się nowe badania nad Holokaustem" Forum För Levande Historia
"Dlaczego kwestionuje się nowe badania nad Holokaustem" Forum För Levande Historia
Jeżeli Polacy nie przyznają się, że podczas niemieckiej okupacji, pomagali Niemcom w eksterminacji Żydów i robili zbyt mało, aby ratować swoich żydowskich współobywateli to nie zasługują mienić się obywatelami Unii Europejskiej.

Taka konkluzja nasuwa mi się po wysłuchaniu wystąpienia historyka prof. Jana Grabowskiego, który wczoraj na zaproszenie szwedzkiej instytucji rządowej uczestniczył w seminarium na temat badań nad Holokaustem.

Przez kilkadziesiąt minut historyk z wielką pewnością siebie opowiadał o swoich badaniach na temat zachowań ludności polskiej zamieszkałej na wschodnich rubieżach Generalnej Guberni.

Starał się udowodnić, że przeprowadzane przez niemieckiego okupanta akcje likwidujące getta odbywały się nie tylko na oczach Polaków, ale także z ich aprobatą lub nawet czynnym udziałem. Mówił o tysiącach Żydów, którzy uciekali z getta i wpadali prosto w ręce denuncjatorów.

Profesor Grabowski powoływał się na wystawione przez polskich sołtysów rachunki za czyszczenie zbroczonych krwią ulic. Przywoływał wyroki stalinowskich sądów na rzekomych polskich kolaborantach i świadectwa ocalałych.

Na temat rzetelności metodologii prac naukowych przeprowadzonych przez profesora Grabowskiego trwa spór i nie jestem uprawniony do ich oceny. Niemniej jednak uderzył mnie sposób przedstawiania w Sztokholmie swoich racji przez profesora Grabowskiego.

Przy całej złożoności tematu Zagłady Żydów na okupowanych ziemiach Polski, historyk ani razu nie wspomniał o tym, że nie istniały wtedy oficjalne struktury polskiej administracji. Nie usłyszałem z ust profesora Grabowskiego ani słowa o niemieckim terrorze wobec ludności polskiej.

Naukowiec nie raczył też wspomnieć o karze, jaka czekała Polaków za udzielanie Żydom jakiejkolwiek pomocy. Jan Grabowski przemilczał również działania podejmowane przez Armię Krajową niosącą pomoc Żydom. Zapomniał o Żegocie, wyrokach śmierci na szmalcownikach czy wreszcie o polskich emisariuszach, Janie Karskim czy rotmistrzu Witoldzie Pileckim, którzy jako pierwsi informowali świat o Zagładzie i błagali aliantów o natychmiastową interwencję.

Zamiast tego usłyszałem, że nasze tak pięknie zapisane karty historii są li tylko wypuszczoną przez nacjonalistyczny rząd zasłoną dymną, która ma pieścić nasze wybujałe ego i tłumić poczucie winy. Profesor Grabowski jest zdania, że z tego powodu nie mamy moralnego prawa nadawać ulicom i skwerom nazwisk Polaków ratujących Żydom życie.

Wreszcie - nie usłyszałem od pana Grabowskiego, że hipokryzją jest chełpienie się przez Szwedów Raulem Wallenbergiem, Białymi Autobusami czy kilkoma szwedzkimi przedsiębiorcami współpracującymi z polskim państwem podziemnym, gdy podczas wojny prowadzili interesy w okupowanej Warszawie.

Jan Grabowski nie zająknął się na temat szwedzkiej polityki neutralności w czasie Holokaustu, która przyniosła Szwecji wiele korzyści materialnych.

Kiedyś ś.p. Margaret Thatcher powiedziała, że gdyby podobną politykę prowadziło więcej krajów europejskich, hitlerowskie Niemcy nigdy nie zostałyby pokonane.
Siedziba szwedzkiego rządu (fot. Przemysław Gołyński / Radio Szczecin)
Siedziba szwedzkiego rządu (fot. Przemysław Gołyński / Radio Szczecin)
Równość, równouprawnienie, sprawiedliwe traktowanie... - wszystkie te wartości to kamienie węgielne otwartego społeczeństwa, którym niegdyś szczyciła się Szwecja. Problem w tym, że od co najmniej dwóch dekad te piękne pojęcia stały się pustymi hasłami, na które rząd Socjaldemokratów i Zielonych, próbuje nabierać wyborców.

Wygląda na to, że u naszych północnych sąsiadów, tak jak w Polsce pięć lat temu, ludzie zaczynają widzieć rzeczy takimi, jakie są w rzeczywistości. Szwedzi zauważyli, że Partia Socjaldemokratów już dawno przestała reprezentować interesy przysłowiowych zjadaczy chleba. Za kolejne cztery lata u władzy niedawna partia robotników zgodziła się na likwidację podatku dla najbogatszych, ograniczenie prawa pracy oraz wydłużenie wieku emerytalnego.

Druga kadencja rządu Löfvena dla przeciętnego Svenssona oznacza utrzymanie imigracji na stałym poziomie, przemoc na ulicach, dłuższe kolejki na zabieg w szpitalach, dalszy spadek wartości korony oraz coraz mniejsze szanse na spokojne i dostatnie życie na emeryturze.

Szwedzi zdają już sobie sprawę, że kontrakt państwa z obywatelami, dzięki którym udało się zbudować silne państwo opiekuńcze został przez rządzących zerwany.

Pokazują to wyraźnie ostatnie sondaże. Okazuje się, że już tylko 11 procent wyborców partii Socjaldemokratycznej dobrze ocenia obecny rząd. Większość członków związków zawodowych deklaruje poparcie dla największej w tej chwili siły politycznej, czyli prawicowej partii Szwedzkich Demokratów.

Odnoszę wrażenie, że coraz więcej Szwedów dostrzega hipokryzję tego rządu - zwłaszcza wtedy, gdy z nieukrywaną pychą krytykuje politykę wewnętrzną innych krajów.

Kiedy Węgry zapowiedziały pakiet specjalnych ulg dla rodzin wielodzietnych szwedzka minister spraw socjalnych, Annika Strandhall porównała go z polityką prorodzinną III Rzeszy. Również polski program 500+ uznaje się za nacjonalistyczny. Tymczasem od wielu lat każda rodzina w Szwecji otrzymuje od państwa co miesiąc zasiłek na każde dziecko, a w przypadku rodzin wielodzietnych wypłacane jest dodatkowe świadczenie.

Rząd premiera Lofvena podziela stanowisko Komisji Europejskiej w sporze z Polską w sprawie reformy sądownictwa. Tymczasem ten sam rząd, wbrew przepisom prawa i wydanym przez szwedzki sąd pozwoleniu na rozbudowę rafinerii Preem w Lysekil, wstrzymał inwestycję. Opozycja uważa, że Löfven tym samym złamał prawo i domaga się, aby premier i minister środowiska Isabela Lövin, stanęli przed parlamentarną komisją konstytucyjną.

Ponadto szef szwedzkiego rządu doskonale wie, że nadzór nad sądami w Szwecji, sprawuje zarówno parlament - w postaci Rzecznika Praw Obywatelskich - jak i władza wykonawcza w osobie Kanclerza Sprawiedliwości, zaś rekomendowanych przez podległą ministerstwu sprawiedliwości Radę Sądownictwa kandydatów na sędziów zatwierdza rząd, tak jak szefa Krajowej Administracji Sądowej.

Ostatnio dziennikarka poczytnego dziennika Goteborgs Posten napisała, że gdyby istniały mistrzostwa świata w hipokryzji, to rząd Szwecji zdobyłyby złoty medal. Trudno się z nią nie zgodzić.
123456