Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
W ubiegłym tygodniu sąd w Tallinie rozpoczął rozpatrywanie wniosku uratowanych i ofiar katastrofy o wznowienie przez estoński rząd dochodzenia w tej sprawie. źródło: SVT
W ubiegłym tygodniu sąd w Tallinie rozpoczął rozpatrywanie wniosku uratowanych i ofiar katastrofy o wznowienie przez estoński rząd dochodzenia w tej sprawie. źródło: SVT
Po 25 latach od zatonięcia promu Estonia część osób, które przeżyły katastrofę oraz rodziny ofiar domagają się wszczęcia ponownego dochodzenia w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy.

Wieczorem 27 września 1994 roku estoński prom z prawie 1000 osób na pokładzie wyruszył w regularny rejs z Tallina do Sztokholmu. Pogoda nie była najlepsza, na Bałtyku mocno wiało. Około północy sztorm osiągnął siłę 8 stopni w skali Beauforta. O godzinie 0:55 pasażerowie m/s Estonii odczuli mocne uderzenie w burtę promu.

Kilkanaście minut później usłyszeli zgrzyt metalu, po którym, jak później ustalono, od kadłuba statku oderwała się furta. Wtedy przestały pracować silniki Estonii. Nadano sygnał MAYDAY. Siedem minut później prom zniknął pola widzenia radarów.

Po 3 w nocy rozpoczęto akcję ratowniczą, dzięki której udało się uratować 137 osób. Wśród 852 ofiar katastrofy 501 osób to Szwedzi. Początkowo władze Szwecji deklarowały chęć wydobycia wraku statku i ciał ofiar tragedii. Jednak po trzech miesiącach szwedzki rząd podjął przeciwną decyzję.

Rok po katastrofie dziennik Svenska Dagbladet informuje o pojawiających się w estońskiej i rosyjskiej prasie pogłoskach o tajemniczych ładunkach, które jakoby miały się znajdować na pokładzie m/s Estonia. Mowa jest m.in. o radioaktywnych materiałach, narkotykach, a nawet o ukrytych w kontenerach uchodźcach.

Informacje o tym, że na promie przemycano tajną technologię wojskową, pojawiają się również w raporcie grupy eksperckiej, którą powołuje niemiecka stocznia Meyer, która w latach 80. budowała statek. Szwedzki rząd milczy w tej sprawie.

W 2004 dziennikarze szwedzkiej publicznej telewizji przedstawiają reportaż, w którym jeden wysokich urzędników służb celnych, opowiedział o nietypowym służbowym poleceniu, jakie otrzymał od przełożonych na kilkanaście dni od przed katastrofą. Lennart Henriksson miał bez kontroli przepuścić z promu Estonia pewien osobowy samochód. Kilka dni później otrzymał podobne polecenia. Tym razem chodziło o poważniejszy ładunek.

Po publikacji reportażu ówczesny premier Szwecji, Göran Persson, powołał specjalną komisję, która miała zbadać, czy prom Estonia służył do przemytu tajnej rosyjskiej technologii wojskowej wykorzystywanej w wyposażeniu atomowych łodzi podwodnych. Komisja w swoim - zaledwie 7-miostronicowym raporcie nie potwierdza rewelacji dziennikarzy.

W sprawie zatonięcie promu wciąż pojawiają się nowe wątki. W ubiegłym tygodniu na antenie fińskiej państwowej telewizji YLE opublikowano program w którym Raivo Martinson, kierownik sklepu wolnocłowego na Estonii, po raz pierwszy opowiedział publicznie, że na liście osób, które przeżyły katastrofę znajdywały się nazwiska jego współpracownicy oraz kapitana promu, Estończyka Avo Pihta. Martinsson jest przekonany również o tym, że w telewizyjnych relacjach z akcji ratowniczej wśród uratowanych widział Pihta.

Rząd Estonii w latach 2004-2009 roku przeprowadził własne dochodzenie w tej sprawie i podważył ustalenia międzynarodowej komisji badającej przyczyny zatonięcie statku, według której do katastrofy doszło wskutek wadliwej konstrukcji furty dziobowej jednostki. Raport komisji nie zawierał zeznań jednego z naocznych świadków, Ain-Alar Juhansons , który twierdzi, że furta wcale nie uległa zniszczeniu.

W ubiegłym tygodniu sąd w Tallinie rozpoczął rozpatrywanie wniosku uratowanych i ofiar katastrofy o wznowienie przez estoński rząd dochodzenia w tej sprawie.
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
źródło: sormlandsmuseum.se
We wrześniu 1939 roku trzy polskie okręty podwodne "Sęp", ”Ryś" i ”Żbik”, które brały udział w obronie polskiego wybrzeża, częściowo uszkodzone w wyniku niemieckiego ostrzału trafiły na wody terytorialne neutralnej Szwecji. Tam zostały internowane przez władze tego kraju. Jednym ze 169 internowanych wtedy polskich marynarzy był Włodzimierz Słoma.

Kilka dni po wybuchu wojny Niemcom udało się namierzyć okręt. Atakowali bombami głębinowymi. 78-metrowy "Ryś" został uszkodzony. Dowódca i 54-osobowa załoga chciała nadal bić się z Niemcami i postanowiła dotrzeć do Anglii. Niestety, okazało się to niemożliwe z powodu braku paliwa i uszkodzeń okrętu. Postanowili więc wypłynąć na powierzchnię u wybrzeży Sztokholmu. Z polską banderą na kiosku okrętu ”Ryś” został dostrzeżony przez zdumionych pasażerów jednego z promów kursujących pomiędzy wyspami sztokholmskiego archipelagu.

Polski telegrafista powiadomił o położeniu okrętu radiostację w Stavsnäs prosząc o możliwość wpłynięcia do portu w celu naprawy jednostki. Załoga miała nadzieję, że po tym uda im się wypłynąć na Bałtyk i dostać do Anglii. Niestety, uszkodzenia były zbyt poważne. "Ryś" - tak jak trzy inne polskie okręty podwodne oraz Dar Pomorza - zostały wraz z załogami internowani.

- Pierwsze dni i noce mogliśmy spędzić na swoich okrętach - opowiadał w wydanej w Szwecji książce maszynista, Włodzimierz Słoma. - Później zostaliśmy zmuszeni do ich opuszczenia.

Rozbrojona załoga zamieszkała w koszarach morskiej fortecy Vaxholm. Budynek, w którym przebywali polscy marynarze został ogrodzony wysokim na trzy metry drutem kolczastym i był strzeżony 24 godziny na dobę przez 25 uzbrojonych żołnierzy szwedzkiej marynarki wojennej. Polacy nie mogli zrozumieć, dlaczego zostali uwięzieni. Po kilku tygodniach i interwencjach delegatury polskiego rządu w Sztokholmie otrzymywali kilkugodzinne przepustki. Pomimo tego przez pół roku czuli się tam jak przestępcy.

Po ataku Niemiec na Norwegię i Danię - w kwietniu 1940 roku - Szwedzi bali się, że spotka ich taki sam los jak sąsiadów. Pozwoli Polakom wrócić do Sztokholmu i naprawić swoje okręty. Mogli się im przecież przydać w razie niemieckiego ataku.

Początkowo zakwaterowano ich na Darze Pomorza, ale już latem wraz z okrętami przetransportowano ich do położonej nad jeziorem Mälaren miejscowości Mariefred, gdzie utworzono dla nich obóz. Musieli zamieszkać na starych promach pasażerskich. Warunki sanitarne, zwłaszcza zimą, były tam tak złe, że kilku z marynarzy zmarło na zapalenie płuc.

Obóz mieścił się przy stacji kolejowej. Polscy marynarze mogli obserwować pociągi z niemieckim żołnierzami zmierzające do Norwegii. Mieli satysfakcję robić to z pokładów swoich okrętów, na których zawsze powiewała polska bandera. Drażniło to komendanta obozu, który sympatyzował z nazistami, a Polakom otwarcie okazywał niechęć. Lubił ich zastraszać strzelając w wodę, kiedy zbyt daleko wypływali łódką z obszaru obozu.

Na początku 1943 roku Polacy otrzymali od Szwedów drewniane prefabrykaty, by zbudowali sobie baraki mieszkalne. Kiedy mogli w nich zamieszkać okazało się, że ściany są pełne pluskiew.

Kiedy było już wiadomo, że Niemcy wojnę przegrają marynarze otrzymali pozwolenia na zarobkową pracę w lesie lub na budowach w okolicy Mariefred. Pozwoliło to na poznanie - przyjaznych im - mieszkańców miasteczka. Wadek, bo tak Szwedzi nazywali młodego Polaka poznał wtedy swoją przyszłą żonę Evę, z którą miał później dwójkę dzieci.

Polacy zostali zwolnieni przez szwedzkie władze z internowania dopiero w sierpniu 1945 roku. Większość załogi nigdy nie powróciła do Polski. Po tym, jak do Szwecji przyjechała delegacja złożona z - posługujących się językiem rosyjskim - oficerów polskiej Marynarki Wojennej zorientowali się, że muszą na wiele lat pożegnać się ze swoją ojczyzną. Koszty ich utrzymania podczas internowania były pokrywane z konta w Handelsbanken, w którym, polski rząd przed wojną, zdeponował pieniądze na przyszły zakup dział od firmy Bofors.

Włodzimierz Słoma zmarł w Szwecji w 2008 roku.
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Na początku września rozpoczął się proces wygaszania jednego z czterech reaktorów atomowych - należącej do koncernu Vattenfall - elektrowni w Ringhals. Drugi z nich zostanie wyłączony z użytku w przyszłym roku.

Pozostałe dwa będę produkować prąd tylko do 2040 roku. Oficjalny powód to rosnące koszty produkcji energii. Z tych samych powodów, w przeciągu kilku najbliższych lat zostanie zamknięty także drugi reaktor elektrowni atomowej w Oskarshamn. Według wielu specjalistów największym obciążeniem dla producentów energii atomowej są podatki, które mają decydujący wpływ na ostateczną cenę prądu.

Od czerwca 1966 roku wybudowano w Szwecji łącznie 19 atomowych reaktorów, które miały możliwość produkcji energii elektrycznej przez co najmniej 50 lat. Po fali protestów ekologów w latach 70. w 1980 roku odbyło się w Szwecji w tej sprawie referendum. Większość głosujących opowiedziała się wtedy za etapową likwidacją elektrowni atomowych.

Kiedy Szwecja ratyfikowała protokół z Kioto, który zakładał zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery o co najmniej 5 procent, ponownie rozgorzała dyskusja na temat energii atomowej. Parlament nawet zgodził się w 2010 roku na budowę nowych reaktorów, które miały w przyszłości zastąpić te, które stracą swoją żywotność. Jednak podjęta w tej sprawie ustawa została w ciągu kolejnej kadencji zamrożona na wyraźne życzenie partii Zielonych, która znalazła się w rządowej koalicji.

Według szwedzkiej opozycji rezygnacja z energii atomowej może dla Szwecji oznaczać gospodarczą katastrofę. Atomowe elektrownie wytwarzają obecnie 40 procent energii w Szwecji. Przewiduje się, że popyt na prąd w związku z tzw. zieloną transformacją zwiększy się do 2030 roku o 20 procent. Natomiast założenia przyjęte przez rząd są takie, że do 2040 roku 100 procent produkowanej energii elektrycznej ma pochodzić z odnawialnych źródeł energii.

Już dzisiaj wiadomo, że jest to plan niemożliwy do zrealizowania bowiem dzisiejsze elektrownie wodne i wiatrowe nie będą w stanie wypełnić luki, jaka powstanie po tym, kiedy przestaną działać atomowe reaktory. Ratunkiem może być import energii produkowanej przez nowe fińskie elektrownie atomowe. W tym wypadku Szwedzi muszą się liczyć z podwyżką cen prądu sięgającą nawet 20 procent.

Wizja zapaści energetycznej lub wzrostu cen prądu odstrasza przedsiębiorców. Niektórzy z nich odkładają inwestycję na lepszy czas lub decydują się na przeniesienie ich za granicę.

Największym optymistą pozostaje jednak minister energetyki Anders Ygeman, który rozwiązanie problemu widzi... na Księżycu. Pan minister wierzy, że japońskim naukowcom uda się w niedalekiej przyszłości wybudować na równiku księżyca pas paneli słonecznych, z których energia będzie mogła być przekazywana na Ziemię.

No i problem rozwiązany.
Szwedzka delegacja rządowa podczas wizyty w Teheranie. źródło: https://twitter.com/HillelNeuer/status/830798952761016320
Szwedzka delegacja rządowa podczas wizyty w Teheranie. źródło: https://twitter.com/HillelNeuer/status/830798952761016320
Kiedy w 2014 roku powstał gabinet Stefana Löfvena, premier obwieścił w Riksdagu, ze jego rząd - jako pierwszy na świecie - będzie prowadził politykę feministyczną.

Tym samym Löfven dał światu sygnał, że ambicją Szwecji nie jest już tylko utrzymanie marki ”mocarstwa humanitarnego”, ale i wzmocnienie jej o promowanie nowoczesnego feminizmu, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata. Ale nie tylko.

Rola kobiet w szwedzkim społeczeństwie miała również rosnąć bowiem trzeba było dawać przykład innym. Wzbudziło to oczywisty zachwyt rodzimego establishmentu. Temat natychmiast podchwyciły media, które zwietrzyły w tym interes i rozpętały nagonkę na samców alfa w biznesie, polityce i kulturze, co między innymi doprowadziło do skandalu w samej Akademii Szwedzkiej.

Najważniejszymi założeniami ministerstwa spraw zagranicznych pod kierunkiem Margot Wallström - w tym kontekście - było zwiększenie środków pomocowych dla pozarządowych organizacji działających na rzecz równouprawnienia kobiet, popularyzacji genderyzmu, propagowaniu środków antykoncepcyjnych oraz prawa do aborcji.

Platformą tych działań była Komisja Europejska oraz ONZ, czyli miejsca, gdzie Wallström piastowała wcześniej wysokie stanowiska i zdobyła znaczące wpływy.

Prawo kobiet do decydowania o sobie było dla szwedzkiej feministycznej polityki zagranicznej leitmotivem medialnie nośnym, co pozwalało, aby bez większego rozgłosu realizować konkretne cele, jaki każdy rząd stawia sobie za najważniejsze w polityce międzynarodowej: wzmocnienie swoich wpływów za granicą i zwiększenie eksportu.

Już jesienią 2014 roku Wallström uznała Państwo Palestyńskie, co wywołało trwający do dziś kryzys w stosunkach Szwecji z Izraelem.

Kilka miesięcy później Szwecja zerwała z Arabią Saudyjską - podpisane w 2005 roku - porozumienie o współpracy handlowej i technologicznej, dzięki któremu Szwedzi budowali tam zaawansowaną technicznie fabrykę broni.

Oficjalnym powodem zerwania porozumienia było nieprzestrzeganie praw kobiet przez dynastie saudyjskich szejków.

Troska o prawa kobiet nie przeszkodziła jednak Wallström w nawiązaniu dobrych stosunków z dyktaturą w Iranie. Wallström oraz pozostałe kobiety w szwedzkim rządzie podczas ich wizyty w Teheranie w 2017 roku bez najmniejszych problemów narzuciły na głowy chusty, które - dla wielu irańskich kobiet - są znienawidzonym symbolem ucisku.

Szwedzki eksport do tego kraju w latach 2014-2017 zwiększył się dwukrotnie. Zamroziły go dopiero sankcje, nałożone w 2018 roku przez prezydenta Trumpa.

Choć w 2010 roku szwedzki parlament uznał rzeż Asyryjczyków i Ormian - dokonaną przez Turków w 1915 roku - za ludobójstwo, to już w 2018 roku rząd Stefana Löfvena powołując się na chęć utrzymania dobrych relacji z Turcją, nie uznał tej zbrodni.

To, że Wallström zrezygnowała ze stanowiska w dniu, w którym zmarł były dyktator Zimbabwe, którego przez lata wspierały socjaldemokratyczne rządy Szwecji nie oznacza wcale, że Löfven obierze inny kierunek polityki zagranicznej.

Marzenia Szwecji, osadzone na sojuszach z Katarem, Palestyną, Iranem i Turcją, by wciąż jawić się krajom Trzeciego Świata jako ich zbawiciel będą wciąż żywe, bowiem Szwedzi nigdy nie zrezygnują z tego, by - właśnie tak - byli postrzegani na świecie.
Obserwując postulaty wysuwane przez młodzieżówki szwedzkich partii z trwogą patrzę w przyszłość mieszkańców tego kraju. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Obserwując postulaty wysuwane przez młodzieżówki szwedzkich partii z trwogą patrzę w przyszłość mieszkańców tego kraju. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Lato, choć i w tym roku było w Szwecji gorące, to jednak nie doprowadziło do poważnych pożarów lasów, jak miało to miejsce w ubiegłym roku, kiedy nasi strażacy przybyli Szwedom z pomocą w ich gaszeniu.

Niemniej i tego lata było tam gorąco - niestety, nie tylko z powodu słonecznej pogody.

Jeszcze kilka dni temu oficjalnie strzelaniny i ataki bombowe w Szwecji nie były traktowane jako problemy społeczne, a występowały jedynie jako nikomu z postronnych niezagrażające incydenty - efekt prowadzonej przez miejskie gangi wojny o wpływy w handlu narkotykami.

Kilkanaście dni temu na ulicy w centrum Malmö zastrzelono z zimną krwią 31-letnią Karolin Hakin, która zawód lekarza zdobyła parę lat temu dzięki studiom na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. W chwili, gdy kule sprawcy trafiły w jej głowę w rękach trzymała swoje niespełna dwumiesięczne dziecko, któremu na szczęście nic się nie stało. Dzień później w Sztokholmie zastrzelona została 18-letnia dziewczyna.

Szwedzka opinia publiczna była zszokowana. W mediach debatowano nad tym, że władze coś powinny zrobić, że przebrała się już miarka i nie można dalej chować głowy w piasek. I stał się cud: w państwowej telewizji wystąpił szef szwedzkiego rządu, który przyznał, że owszem, problemem społecznym są zarówno strzelaniny jak i ataki bombowe.

Premier w swoim zwyczaju zapewniał, że rząd będzie walczył z przestępczością i takie tam inne dyrdymały.

Przełamano wszakże kolejne tabu, jakim było mówienie o strzelaninach i niemal codziennych eksplozjach ładunków wybuchowych jako o problemach społecznych. Jednak oprócz tego, nic się nie zmieni..., no - może powołane zostaną jakieś instytucje, które zbadają problemy i dzięki którym powstaną nowe dyrektorskie stołki.

Niestety, szwedzki establishment jest całkowicie sparaliżowany niechęcią rozwiązywania tych czy innych problemów społecznych, które bezpośrednio ich nie dotykają. Fokus ich działań ukierunkowany jest bowiem na cele wyższe. Głównym jest dążenie do zniszczenia norm i praw ukształtowanych przez cywilizację chrześcijańską i redefinicji człowieka oraz jego potrzeb.

Obserwując postulaty wysuwane przez młodzieżówki szwedzkich partii z trwogą patrzę w przyszłość mieszkańców tego kraju. Młodzi politycy partii Centrum chcą, aby osoby poniżej 15 lat mogły uprawić seks i domagają się likwidacji kościelnych dni świątecznych. Socjaldemokraci z kolei postulują likwidację mięsnych posiłków w szkołach i szpitalach. W ramach obrony klimatu żądają wprowadzenia zakazu sprzedaży benzyny i zamknięcia elektrowni atomowych.

Tak zwana walka o klimat przybiera w Szwecji coraz to bardziej absurdalne formy. Wczoraj. tj 2 września podczas targów gastronomicznych w Sztokholmie behawiorysta, profesor Magnus Söderlund prowadził seminarium zatytułowane "Czy dopuszczasz możliwość jedzenia ludzkiego mięsa?".
Jeśli demokracja w Polsce upadnie, upadnie też wielka idea zjednoczonej Europy" - grzmiał i straszył w niedzielę Peter Wolodarski, redaktor naczelny dziennika Dagens Nyheter. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Jeśli demokracja w Polsce upadnie, upadnie też wielka idea zjednoczonej Europy" - grzmiał i straszył w niedzielę Peter Wolodarski, redaktor naczelny dziennika Dagens Nyheter. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
W Szwecji od kilku tygodni trwa medialna nagonka na Polskę. Tamtejsze media twierdzą, że w Polsce nagminnie łamane są prawa mniejszości seksualnych. Atakowane, poniżane i bite są osoby biorące udział w tzw. Marszach Równości.

W roli agresorów obsadzono polityków rządzącej partii oraz zajadłych katolików podjudzanych słowami hierarchów Kościoła katolickiego. Rolę rycerskich obrońców prześladowanych odgrywają politycy Wiosny, Lewicy oraz Koalicji Obywatelskiej.

"To, co się dzieje w Polsce w przerażający sposób pokazuje, jak szybko można odebrać demokratyczne prawa, które uznaliśmy za coś oczywistego. Dlatego nie możemy przestać się oburzać. Jeśli demokracja w Polsce upadnie, upadnie też wielka idea zjednoczonej Europy" - grzmiał i straszył w niedzielę Peter Wolodarski, redaktor naczelny dziennika Dagens Nyheter, czyli odpowiednika rodzimej Gazety Wyborczej.

Nic więc dziwnego, że artykuł przedrukowała w poniedziałek wspomniana powyżej i zaprzyjaźniona z Wolodarskim Gazeta opatrując go tytułem "”Największy dziennik Szwecji solidaryzuje się z polskimi demokratami". Już sam nagłówek zawiera nieprawdę, bowiem Dagens Nyheter posiada trzeci co do wielkości nakład.

Urodzony w 1978 roku w Sztokholmie Peter Wolodarski kieruje gazetą od sześciu lat. Jego ojciec Aleksander w 1968 roku przebywał w Szwecji w ramach studenckiej wymiany. Gomułkowska czystka w PZPR pozwoliła mu pozostać w Szwecji, gdzie pracował jako architekt.

Wolodarski uważany jest przez szwedzkich dziennikarzy za osobę bystrą i dobrze wykształconą. Jego koledzy mówią o nim "ubermensch". Już w 2008 roku, kiedy jeszcze był stypendystą Harvardu, otrzymał propozycję pracy dla koncernu Bonniers, który dziś jest medialnym potentatem w Szwecji.

Kierowany przez niego dziennik w ostatnich latach nie raz znajdował się w opałach. Kiedy Wolodarski został naczelnym Dagens Nyheter, swoją pracę rozpoczął od próby zmuszenia kilkunastu doświadczonych dziennikarzy do opuszczenia redakcji. Nie zgodziły się na to związki zawodowe, które zarzucały mu szykanowanie współpracowników. Wolodarski - według związkowców - miał też pod groźbami wymuszać od dziennikarzy milczenie.

W 2016 roku kierowane przez niego Dagens Nyheter - posiadając relacje naocznych świadków - podjęło decyzję o niepublikowaniu informacji na temat serii molestowań i gwałtów jakich dopuszczali się młodzi imigranci podczas festiwalu młodzieży "We are STHLM" w sierpniu 2016 roku. Na łamach dziennika, często pojawiały się nieprawdziwe informacje, jakoby niezależne portale opisujące negatywne skutki polityki imigracyjnej szwedzkiego rządu były kierowane i finansowane przez władze Rosji.

Od czasu przejęcia władzy w Polsce przez PiS - w wyborach w 2015 roku - gazeta wielokrotnie prezentowała na swoich łamach opinie szkalujące demokratycznie wybrany polski rząd. Jednocześnie gazeta w samych superlatywach pisała o polskiej opozycji.

Czyżby redaktor Wolodarski troszcząc się o Polskę i zjednoczoną Europę marzył o takiej demokracji, która służyłaby jedynie tej jednej słusznej idei, tak jak ma to miejsce w Szwecji?
źródło: https://www.aftonbladet.se/
źródło: https://www.aftonbladet.se/
W ubiegłym tygodniu Beata Mazurek, polska posłanka do Parlamentu Europejskiego, napisała na Twitterze, że niektórzy Szwedzi mają dosyć w swoim kraju zamachów, gwałtów, rosnącej przestępczości i coraz częściej osiedlają się w Polsce, aby tu spokojnie i bezpiecznie ułożyć sobie życie.

Pani Mazurek nie pisała o fali tysięcy Szwedów zalewających nasz kraj wnioskami o zatwierdzenie ich stałego pobytu w Polsce. Jednak ten wpis mocno wkurzył - jednego z najgorzej ocenianych przez Szwedów - członka rządu premiera Löfvena, a mianowicie pana Morgana Johanssona, ministra sprawiedliwości i migracji. Wkurzył go tak mocno, że nie wytrzymał i powiedział gazecie Aftonbladet, że Mazurek wszystko zmyśliła.

Według niego Szwecja jest jest oazą spokoju. Nie ma mowy o żadnych zamachach.

Tymczasem co kilka dni szwedzka policja odnotowuje eksplozje ładunków podłożonych pod wejścia do domów, bloków czy instytucji. Ostatni z nich miał miejsce 6 sierpnia. Wybuch uszkodził wtedy budynek Urząd Miasta w Landskronie. Miesiąc wcześniej tylko cud sprawił, że nikomu nic się nie stało, kiedy bomba, ukryta w skrzyniowym rowerze, uszkodziła ponad 200 mieszkań w Linköping.

Według pana ministra kobiety w Szwecji czują się bezpieczne i swobodnie. Nienagabywane przez nikogo spacerują po parkach i ulicach szwedzkich miast.

Coś innego mówią oficjalne dane Rady ds. Zapobiegania Przestępczości. Wynika z nich, że w ubiegłym roku policji zgłaszano 20 gwałtów dziennie. Tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni doszło do serii napadów i gwałtów na kobiety w Uppsali i Sztokholmie. Nie lepiej jest z bezpieczeństwem, szczególnie mieszkańców osiedli na przedmieściach. Tam, gdzie policja mało ma do powiedzenia. Dzięki temu handel narkotykami odbywa się tam niemal otwarcie. Parają się nim młodzi imigranci, dla których nie ma miejsca w szwedzkim raju. Walczą "na dzielni" o swoje, na śmierć i życie.

Minister Johansson dostrzegł jednak jeden problem, z którym władze nie potrafią sobie poradzić. Chodzi o grupy złodziei z Europy Wschodniej, w tym tych z Polski. Kradną na potęgę. Pan minister wyliczył, że winni są 90 procent wszystkich kradzieży samochodów, maszyn rolniczych i silników do jachtów.

Obarczając naszych rodaków odpowiedzialność za kradzieże złamał szwedzkie prawo! Według niego mową nienawiści jest, kiedy ktoś, przypisując komuś popełnienie przestępstwa określa jego narodowość.

Czegóż jednak można oczekiwać od ministra, który o warszawskim Marszu Niepodległości w 2017 roku napisał na Twitterze: "Wielka demonstracja prawicowych ekstremistów z antyżydowskimi elementami. To trzeba zwalczać"?!

Obłędne i impertynenckie wypowiedzi Morgana Johanssona powinny być - za każdym razem - przedmiotem interwencji naszej ambasady w Sztokholmie. W 2017 roku nie zareagował urzędujący wtedy ambasador, teraz nie ma kto tego zrobić.

MSZ do tej pory nie wyznaczyło jego następcy...
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Czy podanie przez policję rysopisu poszukiwanego mężczyzny podejrzanego o ciężkie przestępstwo można nosić znamiona mowy nienawiści? Okazuje się, że w Szwecji i owszem - może!

Tego lata liczba popełnianych w Szwecji przestępstw z użyciem przemocy należy chyba do jednej z najwyższych w historii tego kraju. Codziennie media donoszą o morderstwach, strzelaninach, rozbojach z użyciem noży i gwałtach.

Policja - zwłaszcza w małych miejscowościach - jest najczęściej bezradna. Po prostu brakuje policjantów, a liczba przestępstw rośnie. Na 100 tysięcy mieszkańców w Szwecji przypada 203 funkcjonariuszy policji. Tylko w Danii, Finlandii i na Węgrzech, czyli w krajach zdecydowanie mniejszych od Szwecji, przypada mniej stróżów prawa. Średnia europejska wynosi 318 policjantów na 100 tysięcy mieszkańców.

Nic więc dziwnego, że efektywność organów ścigania jest mizerna w stosunku do zgłaszanych im przestępstw. Kiedy brakuje współpracowników to rzeczą oczywistą jest, że powinno prosić się społeczeństwo o pomoc w łapaniu wszelkiej maści kryminalistów. Oczywiście: wszystkich ludzi dobrej woli, policja prosi o ”zgłaszanie wszelkiego typu obserwacji” odnotowanych na miejscu, gdzie doszło do przestępstwa. Wielokrotnie świadkowie zgłaszają swoje obserwacje, a niekiedy nawet i rysopis domniemanego sprawcy.

Można by sądzić, że posiadanie przez funkcjonariuszy rysopisu podejrzanego może oznaczać co najmniej połowę sukcesu w śledztwie. Niestety: w Szwecji - niekoniecznie. Najczęściej przekazywane opinii publicznej rysopisy domniemanych przestępców, bywają tak niedokładne, że mogą dotyczyć połowy mieszkańców kraju. Na przykład: "…w pobliżu zdarzenia zauważono trzech młodych mężczyzn ubranych w czarne dresy...".

Informacja o tym, że naoczni świadkowie widzieli osobników o śniadej cerze nie jest podawana do publicznej wiadomości. Policja wychodzi z założenia, że ujawnianie tego typu informacji może stygmatyzować określoną grupę etniczną i że podanie takiego szczegółu nie będzie miało ostatecznego wpływu na tok śledztwa.

Kiedy już zdarza się, że na swojej stronie internetowej policja publikuje informacje dotyczące wyglądu podejrzanego, to szwedzkie media wolą ich nie podawać. Tak było właśnie w przypadku napaści dziesięciu wyrostków na 20 letnią kobietę w centrum miasta Piteå. Jeden z napastników zgwałcił kobietę, podczas gdy reszta ją siłą przytrzymywała. Zdarzenie zbulwersowało opinię publiczną, ale tzw. tradycyjne media zataiły informacje, że sprawcami mogli być czarnowłosi, śniadzi, młodzi mężczyźni.

Tłumaczenie szwedzkich mediów, że tożsamość czy kolor skóry podejrzanego nie jest istotna z punktu widzenia przekazywanych odbiorcom informacji, jest tylko wymówką.

Kiedy kilka dni temu w Stanach Zjednoczonych doszło do dwóch tragicznych w skutkach strzelanin szwedzkie radio publiczne podało informację, że w El Paso policja aresztowała ”białego mężczyznę w wieku 21 lat”.

Za każdym razem, kiedy sprawcami lub podejrzanymi są biali mężczyźni media w Szwecji - bardziej niż chętnie - podkreślają zarówno ich płeć jak i rasę. Zwłaszcza wtedy, kiedy ofiarami przestępstw padają kolorowi lub kobiety.

A ponoć w cywilizowanych krajach policja ma służyć i stać na straży bezpieczeństwa obywateli. A media - rzetelnie ich informować.
Sztokholm to stolica i największe miasto Szwecji. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin/Archiwum]
Sztokholm to stolica i największe miasto Szwecji. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin/Archiwum]
Szwedzki rząd przy każdej możliwej okazji krytykuje Polskę za przeprowadzane reformy sądownictwa. W tamtejszych mediach przedstawia się nas jako kraj rządzony przez ultraprawicowy reżim, gdzie prawa człowieka, wolność i swoboda wypowiedzi są zagrożone.

Tymczasem "Humanitarne Mocarstwo", jak określają szwedzcy politycy centrolewicy Szwecję, coraz częściej pokazuję światu swoje prawdziwe oblicze.

Irina Zamanowa - Ukrainka - ofiara zamachu terrorystycznego z kwietnia 2017 roku, otrzymała kilka dni temu od szwedzkiego rządu negatywną odpowiedź na akt łaski.

Kobieta błagała premiera o uchylenie orzeczenia Sądu Migracyjnego, który odrzucił jej apelację od wyroku nakazującego jej opuszczenie Szwecji.

Sąd nie znalazł wystarczających powodów do udzielenia jej zgody na stały pobyt w Szwecji.

Premier Stefan Löfven w kilka dni po zamachu odwiedził ją w szpitalu, gdzie amputowano jej nogę. Obiecał, że wszystko będzie dobrze. Na czas przesłuchań, w roli świadka w procesie przeciwko zamachowcowi, władze wydały jej tymczasowe pozwolenie na pobyt, które po zakończeniu procesu Uzbeka, cofnięto.

Bez perspektyw na godne życie i skuteczną rehabilitację Ukrainkę wraz z nastoletnią córką zostanie ze Szwecji w najbliższych dnia wydalona. Względy humanitarne, na które liczyła Irina, widocznie zarezerwowano dla tych, którzy w imię Allaha, mogą w przyszłości powtórzyć czyn Uzbeka.

Pod koniec czerwca po koncercie w Sztokholmie raper ASAP Rocky postanowił zjeść hamburgera w centrum szwedzkiej stolicy. Przyczepiło się do niego dwóch nastoletnich afgańskich imigrantów, których w tych okolicach nie brakuje. Raper i jego ochroniarze wielokrotnie prosili, aby dali im spokój. Doszło do bójki. Jeden z Afgańczyków został przewrócony na ziemię i - według niego - pobity przez amerykańskiego muzyka i jego ludzi. Rzekomą napaść i pobicie zgłosił na policji.

Funkcjonariusze z reguły, w przypadku tego rodzaju zdarzeń reagują dość opieszale. Takie zgłoszenia często trafiają do kosza lub przykrywają je inne, ważniejsze zgłoszenia. Tym razem sprawę zgłosił dzielny imigrant, którego ostro potraktowała amerykańska gwiazda rapu.

W trzy dni po bójce, ASAP Rocky trafił do aresztu. Nie było mowy o tym, by odpowiadał na zarzuty z wolnej stopy.

W sprawę zaangażował się sam prezydent Donald Trump, którego pewnie poinformowano, że obywatel USA znalazł się w celi - owianej złą sławą - szwedzkiego aresztu, gdzie obowiązują surowe warunki. Podczas trwania aresztu osadzony nie ma prawa do kontaktu ze światem zewnętrznym. Szwecję zarówno Rada Europy, jak i ONZ wielokrotnie krytykowały za przepisy dotyczące aresztów właśnie.

Trump zadzwonił do premiera Löfvena prosząc o interwencję. Mówił, że Szwecja, umieszczając rapera w "paczce" zawiodła afroamerykańską społeczność w USA. Prezydent nic nie wskórał, szef szwedzkiego rządu hardo odparł, że u nich nikt nie ma prawa naciskać na niezależne organy sprawiedliwości.

Spin-doktorzy Donalda Trumpa powinni pamiętać, że w amerykański prezydent - obok premierów Polski, Węgier i Izraela - jest najbardziej nielubianym przez szwedzkie media politykiem. Jego naciski, jak i błaganie Ukrainki o pozostanie w Szwecji, pozostaną głuche, bowiem Sztokholm prowadzi swoją politykę, która m.in. opiera się na pomaganiu tzw. ofiarom amerykańskiego i izraelskiego imperializmu oraz ich sojuszników.

Fakt, że ofiary bywają często katami - nie ma tu najmniejszego znaczenia!
123456