Na płycie mamy 14 piosenek, 12 z nich to stare standardy, głównie z lat trzydziestych (chociaż niekoniecznie tak bardzo popularne, jak te nagrane przez Roda Stewarta), które McCartney zna z własnego domu. To jego ojciec - jak sam opowiadał - np. w Sylwestra siadał do pianina i zaczynał grać te zakurzone piosenki. On zresztą, gdy podrósł śpiewał razem z nim, dzieciaki biegały po pokoju, a kobiety siedziały z małymi drinkami w fotelach - taki maluje nam obrazek. I to wszystko dla czystej przyjemności, dla zwykłej niezwykłej rozrywki, bo trzeba pamiętać, że był to czas zaraz po II wojnie światowej. A to główny zarzut stawiany tej płycie, że jest "zbyt przyjemna". Chyba każdy artysta życzyłby sobie takich zarzutów...
Dwie piosenki na płycie napisał McCartney, ale są one dokładnie w takim samym delikatnym, barowym, swingowym klimacie, mnóstwo miotełek i pianina. Wszystko brzmi trochę jak płyty Diany Krall i nic dziwnego, ona zagrała w większości utworów na fortepianie, a producentem jest Tommy LiPuma, który też produkował płyty Diany, Natalie Cole czy Milesa Davisa. Do tego goście. Ekstraklasa! Eric Clapton zagrał na gitarze w dwóch utworach, a w jednym Stevie Wonder na harmonijce. To nastawiamy herbatę, nalewamy lampę wina i słuchamy codziennie ok. 16:15.
Dwie piosenki na płycie napisał McCartney, ale są one dokładnie w takim samym delikatnym, barowym, swingowym klimacie, mnóstwo miotełek i pianina. Wszystko brzmi trochę jak płyty Diany Krall i nic dziwnego, ona zagrała w większości utworów na fortepianie, a producentem jest Tommy LiPuma, który też produkował płyty Diany, Natalie Cole czy Milesa Davisa. Do tego goście. Ekstraklasa! Eric Clapton zagrał na gitarze w dwóch utworach, a w jednym Stevie Wonder na harmonijce. To nastawiamy herbatę, nalewamy lampę wina i słuchamy codziennie ok. 16:15.

Radio Szczecin