Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
Nadanie przez Eryka Pomorskiego herbu miastu Malmö (1437) - Wikimedia Commons
Nadanie przez Eryka Pomorskiego herbu miastu Malmö (1437) - Wikimedia Commons
W ostatnią niedzielę świętowaliśmy 75 rocznicę polskiego Szczecina. Dla większości Szwedów czy Duńczyków Szczecin, wciąż jest Stettinem nad rzeką Oder. 3/4 stulecia to wciąż za mało, aby dla Skandynawów polski Szczecin był miastem atrakcyjnym.

Trzy lata krócej od nas panowali tu na przełomie XVII i XVIII wieku namiestnicy Króla Szwecji. Niestety nie zdążyli zbudować tu czegoś trwałego. Dziś po tamtym okresie praktycznie nie ma żadnych zabytków. Zresztą nic dziwnego bowiem od 1648 do 1720 roku oprócz szwedzkiego gubernatora i pułku wojska miasto, zamieszkiwali wyłącznie Niemcy.

Szwedzi czerpali tu jedynie zyski z ceł i podatków z handlu w porcie. Ponoć nie były one najwyższe. Niektórzy historycy twierdzą, że utarło się wtedy następujące powiedzenie; „Unter den trei Kronen da lääst es sich gut wochen”, czyli „Za panowania Trzech Koron żyje się dostatnie”.

Nic więc dziwnego, że po dziś dzień, Szwedzi dość nostalgicznie podchodzą do ziem dawnego Szwedzkiego Pomorza, które były łupem wojennym, zwanego Lwem Północy, króla Gustawa Adolfa II. Jego następczyni królową Ulryka, sprzedała Prusakom te ziemie wraz ze Szczecinem w 1720 roku.

W okresie PRL-u istniało w Szwecji dość powszechne przekonanie, (które dominuje do dziś), że Gdańsk, Wrocław i Szczecin, powinny pozostać w granicach państwa niemieckiego W tamtym czasie, w szwedzkiej literaturze oraz prasie, wielokrotnie pojawiały się opowieści o przymusowych akcjach przesiedleńczych Niemców, organizowanych przez władze okupacyjne. Dla odbiorców było jasne kto, stał się ofiarą tego procesu.

A może w grodzie Gryfa warto postawić dziś na pamięć o Bogusławie synu Warcisława VII, który u schyłku XIV wieku został królem Danii, Szwecji i Norwegii i stał się sławnym Erykiem Pomorskim? Choć urodził się w Darłowie i tam spoczywają dziś jego prochy, to znacznie przysłużył się nie tylko Szczecinowi i Pomorzu.

Z królem Władysławem II Jagiełłą zawarł przymierze przeciwko Krzyżakom i zawsze deklarował się sojusznikiem Polski. Dla naszych północnych sąsiadów kupił od Zakonu wyspę Gotlandie. Dzięki Erykowi prawa miejskie otrzymała szwedzka Landskrona w Skanii. Warto przypomnieć, że dzięki niemu, w herbach Malmo i Szczecina, do dziś podziwiamy ukoronowaną głowę Gryfa.
„Jest jeszcze dla Polski nadzieja", taki mniej więcej brzmi przekaz skandynawskich mediów, po pierwszej turze wyborów Prezydenta Polski.

Bezpośrednie relacje z naszego kraju w duńskich i szwedzkich mediach publicznych pojawiły się zarówno w sobotę, jak i niedzielę. Tak jak w latach ubiegłych dominował w nich taki sam schemat, polegający na pokazaniu prawicowych wyborców jako prostych zaściankowych i mniej wykształconych od wyborców o poglądach zbliżonych do lewicowych.

Co ciekawe według tych relacji oraz powyborczych analiz przeprowadzonych przez tamtejszych ekspertów od spraw polskich można było się dowiedzieć wiele nowych rzeczy. Na przykład o tym, że to PIS, kiedy zorientowało się, że z przyczyn technicznych nie będzie można przeprowadzić wyborów korespondencyjnych, podjęło decyzje o rezygnacji z tego pomysłu. Zdaniem szwedzkiej publicystki pozwoliło to „prawicowo-liberalnej" Platformie Obywatelskiej, wymienić „doświadczoną, ale bezbarwną kandydatkę na popularnego burmistrza Warszawy".

Szwedzki odbiorca medialnego przekazu z wyborów w Polsce mógł się również dowiedzieć, że Andrzej Duda „katolik i prawicowy nacjonalista", który ubiega się o, reelekcje na urząd prezydenta, stwierdził podczas kampanii wyborczej, że „głos oddany na Rafała Trzaskowskiego zaprowadzi Polaków do piekła". Jeśli dać wiarę skandynawskim mediom, to wizyta prezydenta Dudy w Białym Domu, była próbą zatarcia złego wrażenia, jakie wywarła na Polakach, wypowiedź Andrzeja Dudy na temat ideologii LGBT. To właśnie kwestie związane z ruchem LGBT oraz reformą sądownictwa, winny zdaniem większości szwedzkich publicystów, stanowić główną oś sporu między kandydatami.

Znamienne było również podkreślanie przez dziennikarzy, że między Dudą a Trzaskowskim jest prawie remis, choć zarówno przed wyborami, jak i po ogłoszeniu wyników różnica poparcia sięgała kilkunastu procent. Korespondentka szwedzkiej telewizji publicznej tak uwierzyła w swoją narrację, że chciała ją udowodnić na przykładzie głosujących mieszkańcach Warszawy w jednym z lokali wyborczych stolicy.

- W dzisiejszych wyborach prezydenckich bierze udział ponad 30 milionów i choć sondaże pokazują, że to obecny prezydent Duda ma największe szanse na wygraną, to my, mamy problem znalezienia tu kogoś, kto chciałby oddać na niego swój głos. Tutaj prowadzi burmistrz Rafał Trzaskowski, mówiła wysłanniczka szwedzkiej telewizji publicznej SVT.

Według Aftonbladet ostateczny wynik wyborów będzie dla Polski decydujący, dla jej losów i miejsca w Unii Europejskiej i w tej kwestii gazeta zacytowała słowa byłego prezydenta Lecha Wałęsy. W tym samym tonie konkluduje swoją analizę publicystka SVT.

Sprawy kluczowe dla mieszkańców Polski, dla skandynawskich mediów, zdają się nie mieć większego znaczenia.
Przyznam się, że chyba nigdy nie widziałem wywiadu z ministrem spraw zagranicznych, który posługiwałby się wyłącznie przygotowanymi przez swoich spin doktorów ogólnikami, mówił angielszczyzną na poziomie dalekim od norm przyjętych w dyplomacji oraz okazywał arogancje i butę wobec dziennikarza.


Tą wątpliwą przyjemność miałem w ubiegłym tygodniu, kiedy obejrzałem rozmowę dziennikarki niemieckiej stacji Deutsche Welle z minister spraw zagranicznych Królestwa Szwecji, panią Ann Linde, o tym jak to szwedzkie władze walczyły z koronawirusem.

Pewna siebie minister odpaliła na początku, że rządowi, którego jest członkiem, w walce z pandemią, przyświecały dokładnie te same cele co rządom innych krajów. Linde, łamanym angielskim, przyznała jednak, że władzom Szwecji, nie udało się ochronić od koronawirusa, pensjonariuszy domów opieki. Zaznaczyła, że chodzi tylko o region Sztokholmu, co było pierwszą półprawdą, bowiem w innych regionach, w tego rodzaju placówkach również umarło wielu starszych ludzi. Później było już tylko gorzej.

Pani Linde próbowała wmówić bardzo dobrze przygotowanej dziennikarce, że choć w Szwecji na COVID-19 zmarło do tej pory ponad 5 tysięcy osób, to nie jest to wcale jakaś dramatyczna liczba, bo są kraje w których pomimo lockdown’ów, zmarło o wiele więcej ludzi. Kiedy prowadząca wywiad, przytaczając wypowiedź byłej głównej epidemiolożki kraju, o tym, że Szwecja nie była przygotowana do ochrony osób starszych, i zapytała czy władze nie powinny się z tego powodu wstydzić, minister Linde wyraźnie poirytowana odparła, że dziennikarka widzi ten problem jak swojego rodzaju zawody Pucharu Świata w tym kto pierwszy zostanie zakażony chorobą, a kto nie, a przecież tu nie o to chodzi.

Podczas trwania wywiadu widać było, że pani minister nie przywykła do konkretnych i trudnych pytań i coraz bardziej staje się poirytowana i agresywna. Linde pozwoliła sobie również na osobiste wycieczki pod adresem dziennikarki kiedy ta, zapytała jak to jest możliwe, że bogata Szwecja jest przeciwna propozycji Komisji Europejskiej, powstania funduszu odbudowy po kryzysie spowodowanym pandemią.

Wywiad jest świetnym przykładem na to, co się dzieje, kiedy minister rządu tworzącego mit o swoim kraju, musi zmierzyć się z faktami. Ten mit, o tym jak Szwecja świetnie radzi sobie z kryzysami oraz problemami społecznymi, jest wciąż powielany w Polsce, przez komercyjne media oraz większość polityków opozycji. Natomiast w Szwecji, mit państwa najlepszego na świecie, nadal jest mocno zakorzeniony w umysłach mieszkańców tego kraju, którzy jeszcze długo nie będą potrafili się z niego uwolnić.

Natomiast śledząc od kilku lat obrady szwedzkiego parlamentu, media a także to co Szwedzi mówią o Polsce, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że obraz naszego kraju w Szwecji również jest nieprawdziwy i pokrywa się niestety z tym, jaki kreowany jest na forum Parlamentu Europejskiego, przez polskich posłów partii opozycyjnych.

Dlatego jeżeli będziecie spędzali latem wakacje w ojczyźnie Dzieci z Bullerbyn i Pippi Pończoszanki, to pamiętajcie i nie dziwcie się, że w oczach gospodarzy jesteście przedstawicielami obcego im kulturowo narodu, który po zburzeniu przez Gorbaczowa Muru Berlińskiego, uczył się demokracji według szwedzkiego wzorca, a dzięki wejściu do Unii Europejskiej oraz pochodzącej stamtąd forsie, stać go dzisiaj na budowę u siebie autostrad i nowoczesnych szpitali oraz na turystyczne wyjazdy do Szwecji.
In Sweden we have a system
Alexander Bard fot: Stockholm Pride (Wikimedia commons)
Alexander Bard fot: Stockholm Pride (Wikimedia commons)
Zauważyłem, że kiedy nieco mocniej zagrzeje słoneczko, to ma to niestety negatywny wpływ na polityków. Ich umiejętność składania obietnic bez pokrycia lub wypowiadania niepotrzebnych słów, teraz zdecydowanie, sięga zenitu. No ale to już chyba norma, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej.

W Szwecji, gdzie w tej chwili, nie odbywają się żadne wybory, a słońce przygrzało tam wcześniej i mocniej niż u nas, trwa gorąca debata publiczna, w której również chodzi o słowa. Dokładniej rzecz biorąc o wolność wypowiedzi, czyli o fundamentalne prawo każdego obywatela w państwie demokratycznym i praworządnym.

Okazuje się, że polityczna poprawność wydaje się tam ważniejsza niż podstawowe wolności obywatelskie gwarantowane przez ustawę zasadniczą. Jej ofiarą padł kilka dni temu ekscentryczny szwedzki muzyk, kiedyś członek zespołu Army of Lovers, a dziś wzięty publicysta Alexander Bard.

W sobotę zajął stanowisko w sprawie protestów przeciwko rasizmowi w Stanach Zjednoczonych. Bard napisał na swoim koncie na Twitterze, że "jeśli czarne życie, chce się liczyć to, powinno wziąć się w garść, zdobyć wykształcenie i pracę. Zarabiać uczciwie na życie, a nie liczyć na zasiłek. Powinno też przestać kłamać, wyjść z więzienia i zostać bohaterem swojego życia, zamiast kreować się na samozwańczą ofiarę, z której śmieje się świat. To się liczy."

Na muzyka wylała się fala hejtu. Od jego słów natychmiast odcinali się publicyści, celebryci, i rzecz jasna, postępowi politycy. Bard musiał zrezygnować z członkostwa w partii Liberałowie. Wiadomość o tym, że musi pożegnać się z rolą jurora w telewizyjnym talent-show, powtarzały przez cały dzień wszystkie najważniejsze redakcje szwedzkich mediów. Facet ma -co tu dużo mówić- przechlapane.

Problem ze swoim przekazem ma również pisarz i standuper Aron Flam. Parę miesięcy temu napisał świetną książkę na temat polityki neutralności Szwecji, podczas II Wojny Światowej. Opisał, w niej parę wstydliwych dla szwedzkich władz faktów i o tym, jak wiele ówcześni politycy, potrafili wycisnąć z nieformalnej współpracy Szwecji z Nazistowskimi Niemcami.

Flam poinformował niedawno na Twitterze, że policja skonfiskowała pozostały w magazynie nakład jego książki. Powodem zaboru książek, miało być naruszenie przez Flama praw autorskich do grafiki umieszczonej na okładce jego dzieła. Chodzi o używany przez szwedzką propagandę w latach 40. nieco zmodyfikowany przez autora książki obrazek tygrysa z niebieskimi pręgami. Miał zachęcać społeczeństwo do unikania rozmów na tematy, które mogły zagrażać bezpieczeństwu kraju.

Po 80 latach okazuje się, że widniejące na nim hasło "En svensk tiger", które oprócz "szwedzki tygrys", oznacza również "Szwed milczy" ponownie jest aktualne.
Bijatyki z policją na ulicach szwedzkich miast, w dodatku na tle rasowym, mogą Polaków szokować. No bo jak to, w Szwecji? W kraju, który w różnego typu rankingach dotyczących równości i braku dyskryminacji, od wielu lat zajmuje jedną z najwyższych pozycji, zamieszki na tle rasowym, wydają się czymś niedorzecznym.

Niemniej burdy na ulicach Sztokholmu i Göteborga, sprokurowane przez tzw. lewicowe środowiska autonomiczne, nie były wcale antyrasistowskie, wręcz odwrotnie, były skierowane przeciwko społeczeństwu białych Szwedów.

Większość biorących udział w demonstracjach to imigranci, którzy wyglądem różnili się od rdzennych mieszkańców Szwecji i rzecz jasna od większości policjantów, którzy nielegalne protesty, z uwagi na ryzyko epidemiologiczne, próbowali rozwiązywać. Ich organizatorzy doskonale wiedzą, że znakomita większość imigrantów, z wielu powodów (w tym tych rasowych), gardzi Szwedami. Nie trudno było przewidzieć jak, zareagują mieszkańcy tzw. stref no-go, na policyjne kordony przy rozlegających się okrzykach „Nie chcemy faszystów na naszych ulicach" piskliwie wznoszonych przez nastoletnie Szwedki.

Aż dziw bierze, że nigdy dotąd nie zorganizowano w Szwecji, protestów przeciwko rodzimym sprawcom brutalnych gwałtów, biciu i poniżaniu słabszych czy starców. Czy też przeciwko masowej eutanazji pensjonariuszy domów opieki chorych na CPVID-19. No ale, jak to powiedziała jedna panienka uczestnicząca w demonstracji w Göteborgu: „Mam to gdzieś, że ktoś umiera z powodu koronawirusa, tam przecież zabito człowieka z powodu koloru skóry". Niestety większość szwedzkiej młodzieży, mówiąc ich językiem „łyka", całą tę papkę podkręconą wypowiedziami gwiazdeczek o wszechobecnym rasizmie, z którym trzeba walczyć, bo inaczej w naszym kraju pojawi się ktoś w rodzaju Tumpa.

Bo o tym, że to lewica czerpie garściami zyski z tych protestów, mówić w Szwecji nie wypada. Felietonista poczytnego i opiniotwórczego dziennika Sydsvenskan Mats Skogskär został przez swoją redakcję usunięty z tego stanowiska po tym, co, napisał na Twiterze, „Widząc, jak [szwedzka] lewica podnieca się, kiedy podczas zamieszek w USA plądrowane są sklepy i dochodzi do aktów przemocy, to łatwiej jest mi zrozumieć jej dążenie do stworzenia podobnych warunków tutaj, aby na bazie imigracji, powstała upośledzona klasa niższa".
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Kto jak kto, ale Szwedzi w cuda nie wierzą. Tymczasem główny epidemiolog kraju Anders Tegnell po raz pierwszy publicznie przyznał, że na początku pandemii Szwecja mogła podjąć szereg działań, aby zahamować rozprzestrzenianie się koronawirusa.

Ta wypowiedź to jednak nie cud, a sygnał, że symbol szwedzkiego szowinizmu ostatnich miesięcy zostanie poświęcony, aby rządzący mogli zachować twarz. Ale po kolei ...


Jak wiadomo, Tegnell na początku potraktował wirus SARS-CoV-2 jak zwykłą grypę i z błogosławieństwem rządu, robił to, co wydawało mu się racjonalne. Rozwiązanie, które wybrał, miało wzmocnić gospodarczą pozycję Szwecji w czasie kryzysu, kosztem utraty życia przez najmniej odpornych na infekcje osób. Tegnell nie wiedział wtedy, że ta „grypa", okaże się o wiele bardziej zabójcza w skutkach

. Rekomendacje Urzędu Zdrowia Publicznego takie jak częste mycie rąk, trzymanie dystansu społecznego czy prośby o pozostanie w domach osób w podeszłym wieku i tych, którzy mają objawy zakażenia, wprowadziły Szwecję na czołówkę krajów z najwyższą śmiertelnością na COVID-19 na świeice.

- Mając dzisiejszą wiedzę na temat tej choroby, jestem przekonany, że wprowadzilibyśmy mniej więcej połowę tych restrykcji, które na początku walki z pandemią wprowadziły inne kraje, mówił w szwedzkim radiu, Anders Tegnell.

Wypowiedź epidemiologa jest z pewnością podyktowana naciskiem ze strony rządu, który próbuje wypracować sobie wygodną pozycję, jeszcze zanim powstanie specjalna komisja, która ma zbadać przyjętą przez Tegnella „strategię" walki z pandemią.

Premier Löfven, przez ostatnie trzy miesiące stał w cieniu wydarzeń związanych z pandemią. W nielicznych wystapieniach zręcznie eksponował zaufanie do niezależnych ekspertów Urzędu Zdrowia Publicznego. Kiedy media ujawniły masową eutanazję zakażonych patogenem pensjonariuszy domów opieki, poparcie dla niego zaczęło gwałtownie spadać. Skandal odbił się głośnym echem również za granicą. Dlatego jasne jest, że Löfven potrzebuje swojego kozła ofiarnego, w którego rolę zaczyna dopasowywać się Anders Tegnell.

Jestem przekonany, że nawet jeśli Tegnell zostanie rzucony opinii publicznej na pożarcie, to rządzący Szwecją socjaldemokraci oraz partie wspierające ich rząd w parlamencie, wyjdą z tego kryzysu obronną ręką. Löfven już wcześniej dawał dowody na to, że aby utrzymać władzę, gotowy jest zrobić wszystko, a nawet i jeszcze więcej.


Któż bowiem dwa lata temu mógł sobie wyobrazić, że nie wygrywając wyborów, uda mu się rozbić blok opozycji, pozyskać poparcie jej części i powtórnie zostać premierem?

Dodatkowym atutem na utrzymanie politycznego status quo jest naturalna niechęć Szwedów do rozwiązywania swoich wstydliwych problemów. Tym bardziej wtedy, gdy może to osłabić pozycję Szwecji na arenie międzynarodowej.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com

Szwedzi wciąż nie mogą otrząsnąć się z szoku ..., nie chodzi tu jednak o to co wydarzyło się w szwedzkich domach opieki. W gruncie rzeczy przedwczesna śmierć wielu ich pensjonariuszy, o przecież problem rządu i biurokratów. Szwedów najbardziej przeraża to, że już nie tylko Finlandia, Norwegia i Dania nie zamierza otwierać dla nich swoich granic.


Na wieść o tym, że również władze Cypru zapowiedziały, że zrezygnują z turystów ze Szwecji, Szwedzi poczuli się mobbingowani. Obawiają się, że również w innych popularnych krajach turystycznych, ostentacyjne wymachiwanie paszportem z napisem "Sverige" będzie tego lata niemożliwe. Utopijna wizja nabycia przez wysportowane społeczeństwo odporności stadnej na koronawirusa może skutkować tym, że Szwedzi tego lata, będą musieli zadowolić się odpoczynkiem w kraju. Są też dobre tego strony, dzięki temu nie będą musieli za granicą tłumaczyć się z podejścia swoich władz do pandemii koronawirusa, które budzi, większe kontrowersje na świecie niż w Szwecji.


Tamtejsze władze, odmawiając leczenia pensjonariuszom domów opieki, chorych na COVID-19 pogwałciły tym samym m.in. Europejską Konwencję Praw Człowieka. Czy zatem instytucje Unii Europejskiej, tak przecież wrażliwe na łamanie prawa przez rządy innych krajów, nie powinny zająć stanowiska w tej sprawie?

- Szwecja była skazywana przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości za łamanie praw człowieka już ponad 60 razy. Rząd Szwecji często występuje jako obrońca tych praw, kiedy są one łamane w innych krajach, dlatego uważam, że jest nadzwyczaj dziwne, dlaczego właśnie, te prawa nie są przestrzegane również w naszym kraju?, powiedziała Szwedka Katinka Svenberg, dr prawa międzynarodowego z Uniwersytetu w Melbourne.


Natychmiast po tych słowach, pojawiły się opinie części prawników, którzy argumentowali, że władzom co prawda nie udało się uratować życia wielu seniorom, ale przecież podjęto działania, które w dużej mierze zapobiegły utracie przez większość społeczeństwa pracy czy dochodów. Niestety, podobny nihilizm moralny charakteryzował ponad 70 lat temu oskarżonych w procesie Norymberskim. Ich mowy obronne brzmiały mniej więcej tak; „Nie wiedzieliśmy, że dzieją się takie straszne rzeczy, byliśmy pewni, że służymy dobrej sprawie”.

Lekarz psychiatra Sigmund Soback napisał niedawno w dzienniku DagensNyheter, że Szwedów ogarnął „syndrom grupowego myślenia”. To termin psychologii społecznej, oznaczający uleganie ograniczającej sugestii i naciskowi grupy, której jest się członkiem. Myślenie grupowe prowadzi m.in. do zupełnej utraty poczucia rzeczywistości, przeceniania własnej siły i możliwości działania. Oznacza również izolację grupy od reszty i zamknięcie się we własnym świecie.


Syndrom myślenia grupowego nie jest jednostką chorobową, dlatego istnieje szansa, że "szwedzki model" zostanie poddany ekspertyzie prawnej.

fot: Przemysław Gołyński
fot: Przemysław Gołyński
W marcu i kwietniu, czyli w najcięższych miesiącach kryzysu związanego z pandemią koronawirusa bogata Szwecja była jednym z niewielu krajów Unii Europejskiej, który nie zdecydował się udzielić żadnej pomocy innemu krajowi w ramach wspólnoty.

Nawet biedniejsze kraju takie jak Rumunia, Bułgaria czy Polska nie pozostały obojętne i przekazywały pomoc społeczeństwom bardziej dotkniętym przez niebezpiecznego wirusa.

Szwedzkie media w tym czasie, z charakterystycznym dla siebie oburzeniem, piętnowały rządy krajów, które w dobie zagrożenia epidemiologicznego, zdecydowały o zakazie eksportu produkowanych u siebie, środków dezynfekujących czy ochrony osobistej. Podnosił się lament, że to niedopuszczalne i karygodne. Zwłaszcza wtedy gdy chodziło o firmy szwedzkie, które produkowały ten sprzęt np. we Francji.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wtedy gdy Szwedzi zorientowali się już, że raczej nie chodzi tu o zwykłą sezonową grypę, a magazyny świecą pustkami i nie ma w nich maseczek ochronnych, wystarczającej ilości lekarstw, ani rękawiczek, a także fartuchów ochronnych, to jak przystało na Mocarstwo Humanitarne, zdecydowali się pomóc ... Afryce.

Na początku kwietnia szwedzka agencja pomocy dla krajów rozwijających się SIDA, przekazała organizacji DKT International, ponad dwa miliony dolarów na zakup dla krajów Afryki wschodniej i południowej, środków antykoncepcyjnych i sprzętu aborcyjnego. Dzięki tej jakże szlachetnej akcji, SIDA zagwarantowała sobie moim zdaniem w przyszłym roku, nominację do pokojowego Nobla .

O tym, jak ważne dla szwedzkiego establishmentu są kwestie związane z aborcją, niech świadczy apel tamtejszych feministek, opublikowany przez dziennik Expressen 7 maja. Jego autorki wspominają czasy Gomułki i wczesnego Gierka, kiedy PRL-owskie władze zarabiały twardą walutę na Szwedkach, dokonujących w Polsce aborcji, bo do 1975 roku była w Szwecji zakazana. Teraz chcą, aby szwedzkie społeczeństwo pokrywało koszty przeprowadzenia aborcji w Szwecji dla uwaga tu cytat: „ ... każdego Polaka z macicą"

Jednocześnie w tym kraju na COVID-19 umiera codziennie kilkadziesiąt osób. Głównie starszych, samotnych i schorowanych. Według władz, ich życia nie opłaca się ratować. Dla tych zakażonych koronawirusem po 70 roku życia nie ma miejsca na szpitalnych OIOMACH.

- Gdyby otrzymali tlen, mieliby szansę na przeżycie. Osobiście szacuję, że przy zastosowaniu terapii tlenowej, można by uratować około 20 tysięcy osób, powiedział Radiu Szczecin, Jon Tallinger - szwedzki lekarz, który ujawnił, że seniorom z problemami z oddychaniem, zamiast tlenu podawana jest morfina, która hamuje oddychanie.

Lekarz za pomocą mediów, w tym tych społecznościowych, stara się nagłośnić na świecie masową eutanazję, jaka jego zdaniem, ma obecnie miejsce w domach opieki w Szwecji. Większość jego rodaków uznała go za wroga państwa, a tamtejsze służby specjalne, śledzą jego każdy ruch w sieci.

Pandemia koronawirusa, choć wciąż jeszcze zbiera swoje żniwo, już zdołała obnażyć prawdziwe oblicze Mocarstwa Humanitarnego, za jakie Szwecja wciąż chce uchodzić.
Sam&Jack (archiwum prywatne)
Sam&Jack (archiwum prywatne)
Każdego roku pracownicy szwedzkiej opieki społecznej wydają ponad 30 tysięcy decyzji o odebraniu rodzicom dziecka i umieszczeniu go w rodzinie zastępczej.

Powody bywają różne. Czasami rodzice faktycznie są niezdolni zapewnić dziecku odpowiednich warunków do jego normalnego rozwoju. Zdarzają się rodzice narkomani lub alkoholicy. Niekiedy w domu obecna jest przemoc, której ofiarami są niestety dzieci.

Jednak wiele razy, do podjęcia przez pracownika opieki społecznej decyzji o pozbawieniu nieletniego jego naturalnego środowiska, wystarczy donos sąsiada np. o krzykach usłyszanych podczas zabawy rodziców ze swoimi pociechami lub przesłana urzędnikom uwaga nauczyciela o „anemicznym" wyglądzie ucznia.

To wystarczy, aby pracownik socjalny zareagował, bo to właśnie od niego zależy jak będzie wyglądała przyszłość nieletniego i czy uda się go wychować na porządnego obywatela - podatnika, od którego pośrednio zależy również przyszłość urzędnika.

Należy przy tym pamiętać, że w Szwecji podstawową komórką społeczna nie jest rodzina, a jednostka. Dlatego to właśnie państwo pełni rolę opiekuna i gwaranta jej niezależności od wszystkiego, co może przyczynić się do niewypełnienia przez nią podstawowego obowiązku wobec państwa, czyli po osiągnięciu pełnoletności uzyskania jak najszybciej możliwości samodzielnego utrzymania. W skrócie; płacenia podatków.

Każdy mieszkaniec Szwecji wie, że słowo urzędnika waży więcej niż jego. To przecież urzędnik jest funkcjonariuszem państwa, czyli dobra nadrzędnego, chroni go zatem jego majestat. Podświadomie każdy czuje go od pierwszego kontaktu z jego funkcjonariuszami. Dlatego tak często szwedzkie władze powołują się na zaufanie obywateli do instytucji państwa. To nic dziwnego, bowiem już w przedszkolu autorytet rodziców ulega stopniowej erozji i zastępuje się go autorytetem państwa.

Problem powstaje, gdy rodzic czuje do swojego dziecka o wiele silniejsze więzy niż do państwa. Z tego właśnie powodu Sam postanowił decydować o losie swojego syna. Kiedy państwo postanowiło odebrać mu dziecko i przekazało je rodzinie zastępczej początkowo pogodził się z tą decyzją. Jednak kiedy chory na padaczkę 11-letni dziś Jack poskarżył mu się na to, że dzieje się tam mu krzywda, Sam podjął walkę z systemem.

„Nie zgadzałem się początkowo na przeniesienie syna z powodu jego choroby do klasy specjalnej. Później, kiedy w szkole, ktoś zauważył, że któregoś razu pociągnąłem mocniej Jacka za ramię, wystarczył donos i opieka społeczna zdecydowała, że choć jestem ojcem to dla Jacka niej jestem odpowiednim dla niego opiekunem i umieściła syna w rodzinie zastępczej. Kiedy Jack do mnie zadzwonił i opowiedział, że jest tam poniewierany i stosuje się wobec niego przemoc, zawiadomiłem o tym fakcie policję. Sprawę, próbowano wielokrotnie zatuszować, dlatego postanowiłem, że razem z synem wyjedziemy do Polski. W Szwecji dzieci należą do państwa, tu stawia się na rodzinę. Jestem niezwykle wdzięczny polskim władzom za okazaną nam pomoc, za wyrazy wsparcia od wielu życzliwych nam osób i za możliwość osiedlenia się w Polsce. Już niebawem skieruję przeciwko Szwecji pozew do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Uważam, że Szwecja naruszyła moje prawa rodzicielskie i pogwałciła Konwencję Praw Dziecka", powiedział Radiu Szczecin Sam, który teraz stara się o azyl w naszym kraju.

Po tym, jak sąd w Gdańsku kilka dni temu odrzucił wniosek władz szwedzkich o wydanie im nieletniego Jacka, znowu mogą być razem. Jak rodzina, w Polsce.
1234567