Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
Piotr Piotrowicz (archiwum prywatne)
Piotr Piotrowicz (archiwum prywatne)
O sytuacji w Szwecji w związku z pandemią koronwirusa, z mieszkającym od sześciu lat w Sztokholmie Piotrem Piotrowiczem rozmawiał, Przemysław Gołyński.

Czy z Pana obserwacji wynika, że koronawiwrus faktycznie Szwecji nie zamroził i ludzie prowadzą tam życie tak jak do tej pory?

- Tak, ludzie żyją tak samo, jak wcześniej. Te małe ustępstwa, których codziennie dokonują, są naprawdę mikroskopijne. Trzeba ten okres podzielić na kilka etapów. Kiedy ta pandemia przyszła do Europy, ludzie tutaj byli tak samo przestraszeni, jak wszędzie indziej. Oczekiwano wtedy, że pojawią się zakazy i obostrzenia. Ludzie nawet przed wprowadzeniem tych rekomendacji chcieli sami się zabezpieczać. Zaczęli zdalnie pracować. Kiedy mieli wyjść do restauracji, one oczywiście były i są otwarte, to jednak wybrali, by zostać w domu. Ten drugi okres, który jest obecnie kontynuowany, to podczas tych luźnych rekomendacji, ludzie się mniej do nich stosują. W swoim codziennym życiu przestrzegają jedynie tego słynnego mycia rąk i jeżeli są chorzy, to zostają w domach.

Czyli można powiedzieć, że Szwedzi nie przestraszyli się koronawirusa i nie przeraża ich fakt, że podczas tej pandemii zmarło do tej pory ponad 1500 osób?

- Tak. Tak naprawdę to są tylko liczby, które prezentowane są w mediach, czy na stronach internetowych. Obywatele całkowicie ufają, w to, co mówi rząd, który z kolei sugeruje się tym, co przedstawia Urząd Zdrowia Publicznego.

Chociaż pojawiały się protesty naukowców. Ostatni miał miejsce na łamach dziennika Dagens Nyheter, gdzie opublikowano list otwarty 22 uczonych nauk medycznych. Skrytykowali w nim przyjętą przez Urząd Zdrowia Publicznego strategię walki z pandemią. Jednak nie zmieniło to poglądu władz, że jest ona jedna, słuszna i pewna, prawda?

- Prawda, zgadza się całkowicie. Piłeczka została szybko przez Urząd Zdrowia Publicznego odbita w bardzo prosty sposób. Odpowiedziano, że to my, mamy najlepszych uczonych. Wiemy, co robimy i to nas należy się słuchać. i co ważne, obywatele przyjęli te wyjaśnienia z ulgą. Tu w Szwecji to bardziej ludzie zajmują się swoimi domami, swoją pracą. Tym gdzie pojedzie się na wakacje albo tym, co się zje na lunch. Ludzie żyją tu bardzo wygodnie, zgodnie z założeniem, że jeżeli problem nie dotyczy mnie bezpośrednio, to się nim nie zajmuje. W przypadku koronawirusa uznano, że to problem rządu.

Jak Pan się odniesie do poglądu reprezentowanego przez część Szwedów, że skoro, jest pandemia to, muszą być ofiary i lepiej, gdy są nimi osoby starsze?

- To jest takie typowe dla Szwedów myślenie kolektywne. Mieszkańcy Szwecji starają się działać jako kolektyw czy jako stado, które bardziej interesuje się utrzymaniu działania społeczeństwa niż życiem jednostki.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Piotrowicz jest od lat związany z piłką nożną w Szwecji jako były piłkarz, a obecnie trener drużyn młodzieżowych i seniorskich. Zawodowo zajmuje się IT w sektorze edukacji.
Maria Halkiewicz w szpitalu Karolinska Nowa (zdjęcia prywatne)
Maria Halkiewicz w szpitalu Karolinska Nowa (zdjęcia prywatne)
Z Marią Halkiewicz, pielęgniarką oddziału intensywnej terapii szpitala Karolinska Nowa w Sztokholmie rozmawiał Przemysław Gołyński.

Jak wygląda obecnie sytuacja w szpitalu?

- Na tym oddziale gdzie pracuje przebywają ciężko chorzy na COVID19 pacjenci i panuje tam lekki chaos. Za mało jest personelu, a na oddziale przebywa 20 ciężko chorych. Pacjenci są w różnym wieku, najwięcej jest mężczyzn.

- Czy to prawda, że wśród tych chorych jest nadreprezentacja imigrantów?

- Nie na moim oddziale. Można powiedzieć, że tu jest pół na pół. Sytuacja jest ciężka, gdy rozmawiam z lekarzami, to wszyscy boimy się, że zabraknie nam sprzętu ochronnego. Nie widzimy tu tej czerwonej nitki. Sprzęt ochronny wydawany jest nam z dnia na dzień. Nie wiemy dlaczego jedni sprzęt otrzymują, a drudzy już nie. U nas leżą pacjenci nie mający chorób towarzyszących.

Wciąż dowożeni są nowi pacjenci na Wasz oddział?

- Do nas trafiają pacjenci ciężko chorzy z SOR-ów. Po tygodniu lub dwóch, są od nas przenoszeni na inne oddziały, kiedy już nie wymagają intensywnej terapii.

Czy personel medyczny jest testowany w kierunku koronowirusa?

- Nie wiem czy są wszyscy. Pracowałam wcześniej na innym oddziale to tam wszytskich badano. Tutaj nie wiem czy wszyscy byli testowani. Wydaje mi się, że nie, ale nie mogę tego powiedzieć na sto procent.

Jakie nastroje panują wśród personelu na oddziele na ktorym pracujesz?

- Jestem akurat po kilku ciężkich dniach, ale mogę powiedzieć, że wszyscy jesteśmy trochę załamani. Z tego względu, że nie wiemy jak w kolejnych dniach będzie wyglądała sytuacja ze środkami bezpieczeństwa. To jest niezwykle stresujące. Zwiększa że jest ryzyko, że po prostu się nie pamięta o zachowaniu ostrożności kiedy wchodzi się do pacjentów i powoduje to, że może dojść zakażenia. Łatwo jest popełnić wtedy błędy. No stres jest codziennie.

Co wpływa na wciąż dość duży wzrost nowych zachorowań na COVID19 w Sztokholmie?

Moim zdaniem ludzie nie zdają sobie sprawy z zagrożenia. Codziennie jeżdżę do pracy autobusem i metrem. Pomimo tego, że w telewizji mówi się o tym, aby unikać miejsc gdzie jest tłoczno, to ludzie się do tego absolutnie nie dostosowują.

Denerwuję się z tego powodu codziennie jak jadę komunikacją miejską. Druga sprawa wiąże się z tym co dzieje się ze starszymi. Każdy z opiekunów zajmuje sie tygodniowo ok. 30 do 50 seniorami. Są nimi często osoby bez odpowiedniego wykształcenia pielęgniarskiego.

Kiedy odwiedzają podopiecznych nie mają na sobie masek ochronnych, nie dezynfekują rąk. Dlatego wirus dalej się roznosi. Również przez to, że nie mówi się zdecydowanie i ostro o zagrożeniach. Są podwójne przekazy. Uważam, że jest jeden z powodów dlaczego tak wygląda dziś Szwecja. My mamy jeszcze to najgorsze przed sobą.
Rozmowa z Marią Halkiewicz
Artur Kubik, przewodniczący Związku Zawodowego Solidaritet Norge, fot. Robert Stachnik (Radio Szczecin)
Artur Kubik, przewodniczący Związku Zawodowego Solidaritet Norge, fot. Robert Stachnik (Radio Szczecin)
Związek Zawodowy Solidarność zazwyczaj kojarzy nam się z ruchem społecznym, który w latach PRL-u wywalczył dla nas wolność. Okazuje się, że związek Solidarność istnieje również w Norwegii, gdzie od siedmiu lat broni praw pracujących tam Polaków.

Z Arturem Kubikiem przewodniczący i jednym założycieli związku zawodowego - Solidaritet-Norge, rozmawiał Przemysław Gołyński.

Czym zajmuje się związek zawodowy Solidaritet-Norge?


- Działamy na rzecz pracujących w Norwegii Polaków, ale skupiamy też członków innych narodowości. Zajmujemy się głównie sprawami pracowniczymi oraz sprawami związanymi z ubezpieczeniem społecznym NAV, oraz pomagamy w kontaktach z Barnevernet. Niejednokrotnie zajmowaliśmy się przypadkami odmowy przez norweską służbę zdrowia zapewnienia naszym rodakom należnej im opieki.

Czyżby przynależność do norweskich związków zawodowych nie gwarantowała wcześniej naszym rodakom dostatecznej ochrony ich praw pracowniczych?

- Można powiedzieć, że Norwegia od lat stoi związkami zawodowymi. Niestety jednak doświadczyliśmy tego, że związki podobnie jak kapitał, mówię to z przykrością, mają swoją narodowość. Rodzime związki zawodowe, faktycznie w sposób niedostateczny pomagają Polakom i pracownikom zagranicznym.

Jako związek pomagaliście między innymi inwigilowanym przez pracodawcę Polakom, uzyskać należne wynagrodzenie, choć ponoć mieli nie wywiązywać się ze swoich obowiązków wobec pracodawcy.

- Cała akcja od samego początku była nielegalna. Pracodawca chciał się pozbyć polskich pracowników. Nie miał ku temu powodów, więc wynajął firmę detektywistyczną, która owe powody miała znaleźć na siłę. Sprawa była wyraźnie naciągana. Związek Solidaritet nie udzielił na to zgody, pomimo tego pracodawca wbrew prawu, zlecił inwigilację pracowników. Sprawa trafiła do sądu, gdzie pracodawca przegrał. Był to zwykły szantaż. Działania firmy detektywistycznej kosztowały go ponad 200 tysięcy koron. Pracodawca próbował zmusić pracowników do dobrowolnego zwolnienia się z pracy. W przeciwnym razie pracodawca miał ich obciążyć kosztami pracy detektywów, którzy według jego legendy, znaleźli na nich tak poważne rzeczy, że z pewnością tę sprawę w sądzie wygra. No i tej sprawy nie wygrał. Tam były tego rodzaju kwestie, że pracownicy siedzieli w samochodzie po 5,10 a czasami i 15 minut. Zarzutem było to, że zamiast pracować, siedzieli sobie w samochodzie. Udało nam się wykazać, że oni po prostu czekali na materiały instalacyjne. Zadaniem tych ludzi było montowanie anten satelitarnych.

Życie w Norwegii niektórym Polakom może utrudniać owiany złą sławą urząd ds. ochrony praw dziecka, czyli Barnevernet.

- Pomagamy Polakom, którzy mają styczność z tą instytucją. Barnevernet to jest urząd, który co do zasady ma pomagać dzieciom i rodzinom w sytuacjach kryzysowych. Banrnevernet powstało jeszcze przed niemieckim Jugendamtem, które tak naprawdę jest nieudaną kopią Barnvernet. Osobiście współpracowałem wcześniej, z byłym już Panem konsulem dr. Kowalskim, obecnym dyrektorem w MSZ ds. Polonii. Ten system już się podzielił częściowo na państwowy i prywatny, gdzie byli pracownicy Barnevernet zakładają firmy. Często obecni pracownicy tej instytucji przekazują dzieci prywatnym firmom. To jest obecnie w Norwegii dobre źródło dochodu.

Jak zareagowały na powstanie Solidarności, norweskie związki zawodowe?


- Pierwsza reakcja była tego typu, że norweskie związki, do których należeliśmy, przysłały nam list z żądaniem wyrejestrowania Solidaritet Norge, ponieważ jako ich członkowie mieliśmy złamać klauzulę lojalności. Zapytałem się, o co tak naprawdę chodzi? Chciałem się dowiedzieć, czy mamy zrezygnować z członkostwa w norweskich związkach, czy wyrejestrować nasz związek? Ostatecznie skończyło się na tym, że wypisaliśmy się z norweskich związków. Stwierdziliśmy, że nie chcemy być członkami związków, które nie pomagają. Ta nasza nowa inicjatywa była całkiem spontaniczna i okazała się sukcesem.
Wywiad z Arturem Kubikiem
Nima Gholam Ali Pour urodził się w Iranie. Mieszkał w kilku dzielnicach Malmö, które są zakwalifikowane jako strefy zagrożenia przestępczością i wykluczeniem. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Nima Gholam Ali Pour urodził się w Iranie. Mieszkał w kilku dzielnicach Malmö, które są zakwalifikowane jako strefy zagrożenia przestępczością i wykluczeniem. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Malmö od kilkunastu lat boryka się z segregacją. Wiele osób twierdzi, że to właśnie ona jest głównym przyczynkiem wzrostu przestępczości wśród nieletnich, co później skutkuje w tworzeniu się gangów.

Nima Gholam Ali Pour urodził się w Iranie. Mieszkał w kilku dzielnicach Malmö, które są zakwalifikowane jako strefy zagrożenia przestępczością i wykluczeniem. Dziś jest aktywnym działaczem partii Szwedzkich Demokratów zatrudnionym w wydziale oświaty zarządu miasta.

Rozmawiał z nim Przemysław Gołyński, felietonista i reporter Radia Szczecin.

Co robi miasto, aby przeciwdziałać segregacji w szkołach?
- Podejmuje niewiele działań. Buduje się obecnie szkoły w centrum miasta po to, by dzieci nie musiały uczęszczać do szkoły w dzielnicy, gdzie występuje to zjawisko. Niestety, to nie zatrzyma procesu segregacji - dzieci bowiem dorastają w otoczeniu najbliższych, a ci najczęściej są bezrobotni.

Jakie jest zatem rozwiązanie?

- Rozwiązaniem jest mniejsza imigracja. Należy powstrzymać osiedlanie się nowych imigrantów w dzielnicach, w których dominują. Również po to, by stały się częścią Szwecji. Dziś taką dzielnicę jak Rosengård traktuje się jako obszar znajdujący się poza granicami kraju.

Trwająca spirala przemocy dzieje się nie tylko w dzielnicach wykluczenia społecznego, dotyka przecież również większości mieszkańców Malmö?

- No tak, dzieje się wiele niepokojących rzeczy również w tych ekskluzywnych dzielnicach Malmö - takich jak Limhamn czy Port Zachodni. Przestępczość rozprzestrzeniła się, bo kryminaliści bogacą się i powoli będą przenosić swoją działalność w miejsca, w których będą mieszkać. Więc to nie jest dla mnie żadną niespodzianką.

Od kilku tygodni trwa operacja "Szron". Policja zmobilizowała siły i wzmocniły ją posiłki ściągnięte prawie z całego kraju, aby powstrzymać wojnę gangów w mieście. Czy takie działania przyniosą zamierzony efekt?

- Tak, przyniesie jakiś chwilowy pozytywny efekt, problem jednak w tym, że nie będzie on permanentny. Wcześniej takie akcje były już przeprowadzane. Kiedy się zakończyły, gangi powracały na ulice.

Jeśli przyczyną tej przestępczości - tak jak Pan wcześniej mówił - jest ciągły napływ imigrantów, to jakie są szanse na to, aby został on powstrzymany?

- Polityka imigracyjna jest domeną rządu. Można mieć tylko nadzieję, że władze wezmą na siebie odpowiedzialność i ją zaostrzy.

Ponoć władze miasta chcą ogłosić dla Malmö swojego rodzaju socjalny stan wyjątkowy?

- Chodzi im o pozyskanie kolejnych środków z budżetu państwa. Malmö faktycznie potrzebuje pomocy finansowej; borykamy się z problemem szarej strefy. Według danych policji jesteśmy miastem, które spośród wszystkich miast w Szwecji posiada najbardziej rozbudowaną szarą strefę. Wielu ludzi znajduje tam pracę. To powoduje wzrost przestępczości, bo to w Malmö się opłaca. Ich owocem są struktury społeczeństwa równoległego. Kiedy latem prowadziliśmy kampanię wyborczą w dzielnicy Rosengård było widać, że ktoś inny tam rządzi. Nie przedstawiciele władz czy państwowych instytucji. To stanowi zagrożenia dla państwa. Trzeba przywrócić obecność organów porządkowych i przeciwdziałać szarej strefie. Nie widzę, aby sprawujący dziś władze socjaldemokraci mieli chęć prowadzenia takiej polityki.

Te problemy rodzą również spięcia między mieszkańcami Malmö, którzy nie urodzili się w Szwecji a Szwedami, czy też między muzułmanami, w szczególności Palestyńczykami a Żydami. Z powodu napięć, w ciągu ostatnich 20 lat miasto opuściło aż 90 procent członków gminy żydowskiej. Nawet wśród dzieci w szkołach dochodzi do incydentów.


- Miasto nie zrobiło nic w tej sprawie. Natomiast przeznacza wiele środków na szeroką walkę z islamofobią, afrofobią i antysemityzmem. Wszystko wrzuca się do jednego worka. Teraz w końcu udało nam się przekonać radnych o potrzebie przeanalizowania tego problemu. Przez 20 lat nie chciano badać przyczyn antysemityzmu. Socjaldemokraci mają wśród imigrantów pochodzących z Bliskiego Wschodu duże poparcie. Obawiano się, że badania wskażą na nich jako antysemitów.

Premier Stefan Löfven zapowiedział, że jesienią przyszłego roku odbędzie się w Malmö konferencja na temat antysemityzmu. Zorganizowanie jej właśnie w Malmö to dobry pomysł?

- W artykule na łamach Instytutu Gatestone pisałem niedawno, że Malmö nie jest odpowiednim do tego miastem. Jako partia będziemy jednak popierać to wydarzenie. Osobiście uważam, że konferencja powinna odbyć się w mieście, z którego nie uciekają Żydzi. Ten pomysł służy rządzącym, którzy byli nadzwyczaj pasywni w tej kwestii, jako alibi. Myślę, że tak jak bywało to wcześniej, również ta konferencja będzie wykorzystano jako część walki przeciwko islamofobii i innych fobii. Także końcowy jej skutek będzie zerowy.

Dla lewicowych i liberalnych ugrupowań polityka tożsamościowa jest niezwykle ważna i ciągle jest podnoszona w publicznym dyskursie. Czy uważa Pan, że służy to integracji czy przynosi to skutek odwrotny?


- Niewątpliwie przyczynia się do podziałów. Chcąc doprowadzić do jedności mieszkańców Szwecji, czyli społeczności, w której jest miejsce zarówno dla Szweda, jak i imigranta, to nie można wciąż opierać się na podtrzymywaniu znaczenia każdej z narodowości. Potrzeba stworzenia wspólnej, szwedzkiej tożsamości. Tego nie można osiągnąć, gdy jedni nazywają siebie tak, a inni jeszcze inaczej. To powoduje atomizację społeczeństwa i absolutnie nie prowadzi do integracji, której wszyscy tak bardzo pragniemy.

Myśli Pan, że teraz, przed świętami Bożego Narodzenia mieszkańcy Malmö będą mogli wreszcie odetchnąć i cieszyć się nimi i nadchodzącym Nowym Rokiem?

- Nie. W Malmö jest już tradycją, że kiedy zbliżają się święta niektóre grupy mieszkańców strzelają petardami i fajerwerkerami celując w zwierzęta czy nawet ludzi. Szczególnie w noc sylwestrową bywa bardzo niebezpiecznie. Tak, niestety - będzie i w tym roku.

Dziękuję za rozmowę.


- Ja również dziękuję.

Nima Gholam Ali Pour urodził się w Iranie. Mieszkał w kilku dzielnicach Malmö, które są zakwalifikowane jako strefy zagrożenia przestępczością i wykluczeniem, takich jak: Rosengård, Lindängen czy Nydala (obecnie). Do 2013 roku był zastępcą radnego w radzie miasta Malmö z ramienia partii Socjaldemokratów. Na znak protestu przeciw wybraniu do zarządu partii przewodniczącego Związku Muzułmanów, opuścił ugrupowanie i przeszedł do prawicowej partii Szwedzkich Demokratów, gdzie obecnie pełni funkcję sekretarza. Działa w zarządzie oświaty miasta Malmö.
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
źródło: Nyheter Idag
źródło: Nyheter Idag
36-letni Chang Frick jest właścicielem "Nyheter Idag", jednego z najpoczytniejszych w Szwecji niezależnych portali informacyjnych. Urodził się na południu Szwecji. Jego ojcem był znanym w Szwecji Cyganem, który przyjaźnił się m.in. z założycielem IKEA Ingvarem Kampradem. Podczas podróży w interesach do Polski poznał - dużo młodszą od siebie - piękną Polkę żydowskiego pochodzenia, która później urodziła mu syna.

Młody Chang wyglądem różnił się od swoich rówieśników. Czarna, kędzierzawa czupryna i ciemne oczy powodowały, że traktowano go jak obcego i często mu dokuczano. Szkolni koledzy "namawiali go", by wracał do Polski, choć Chang nigdy tam nie był. Kiedy ukończył szkołę podstawową postanowił przeprowadzić się do Kristatianstad, gdzie zdał maturę i rozpoczął swoje dorosłe życie.

Od 2007 roku, w trakcie studiów, prowadzi własną firmę i zaczyna interesować się politykę. Trzy lata później z ramienia partii Szwedzkich Demokratów zostaje wybrany radnym. W 2012 roku rezygnuje z pracy w samorządzie, opuszcza szeregi partii i przenosi się do Sztokholmu, gdzie - rok później - zakłada portal "Nyheter Idag".

W tym samym roku, jako pierwszy publikuje w sieci materiały z zamieszek na przedmieściach szwedzkiej stolicy. Jego portal publikuje, niewygodne dla władzy teksty i informacje na temat m.in. problemów z przestępczością wśród imigrantów. W 2015 roku ujawnia sprawę - gwałconych i molestowanych podczas muzycznych koncertów w parku w Sztokholmie - nastolatek przez młodych migrantów.

Demaskuje później redakcję dziennika "Dagens Nyheter", która posiadając informacje na ten temat, decyduje tę sprawę przemilczeć.

Chang Frick jest dla konkurencji niewygodnym graczem na medialnym rynku. Wielokrotnie staje się bohaterem licznych nagonek. Przeciwnicy zarzucają mu stronniczość, granie na emocjach, wspieranie Szwedzkich Demokratów, a nawet szpiegostwo na rzecz Rosji.

Kończy się na oszczerstwach.

Sam Chang ma się za dziennikarza o libertariańskich poglądach, właściciela medialnego przedsiębiorstwa. Lubi wywoływać debaty i grzebać tam, gdzie inni się boją.

Dziś Nyheter Idag posiada ponad 5 tysięcy prenumeratorów. Portal miesięcznie ma 800 tysięcy unikalnych odsłon. Według Reuters Institute for the Study of Journalism wśród Szwedów cieszy się większym zaufaniem od takich dzienników jak Expressen i Aftonbladet.

- Czy w jakiś sposób niezależnym portalom informacyjnym udało się w ostatnich latach wpłynąć na sposób relacjonowania wydarzeń przez publiczne media w Szwecji?


- Przede wszystkim daliśmy wielu ludziom możliwość swobodnej wypowiedzi. Przyczyniliśmy się również do różnorodności na rynku medialnym. Dziennikarze redakcji uważanych za liberalne lub lewackie, którzy przez ostatnią dekadę, wynosili pod niebiosa różnorodność, teraz tej medialnej, zwyczajnie nienawidzą. To tak jak z klasą średnią u nas. Są politycznie poprawni do mdłości, ale kiedy ich sąsiadem zostaje facet z Bliskiego Wschodu, zmieniają poglądy i stają się wtedy żarliwymi rasistami. Straszna hipokryzja. Wydaje mi się, że ludziom w Polsce ciężko będzie to zrozumieć, bowiem Wy nie musicie udawać, jakie naprawdę macie poglądy. W Szwecji największymi rasistami są ci, którzy wciąż gadają o multi-kulti i otwartych granicach. Trzeba jednak mieszkać w Szwecji, aby zrozumieć, jak to tutaj funkcjonuje.

- Gdybyś mógł dzisiaj wymienić trzy rzeczy, które dziś w szwedzkich mediach uważane są za tematy tabu, to które by to były?


- Tradycyjna rodzina składająca się z mamy, taty i dzieci. Czyli: taka normalna rodzina, w której biały mężczyzna w średnim wieku jest mężem i razem z żoną wychowują garstkę dzieciaków. To w Szwecji - mówiąc kolokwialnie - jest obciachem. Modelową rodziną jest oczywiście ta tęczowa. Bycie wierzącym i praktykującym jest czymś nieładnym - no, chyba że jesteś muzułmaninem. Jeżeli natomiast jesteś chrześcijaninem, chodzisz do kościoła i masz konserwatywne poglądy, to ludzie nabierają w stosunku do Ciebie podejrzeń. Tabu jest: mówienie źle o Szwecji jest czymś w rodzaju grzechu śmiertelnego. Kogoś takiego uznaje się wtedy za wroga ludu, prawie tak, jak kiedyś towarzysze radzieccy traktowali dysydentów uciekających na Zachód. W Szwecji panuje zasada, by obojętnie, co by się tu działo, to na zewnątrz o tym nikomu nie opowiadamy. W tym przypadku media działają niezwykle sprawnie i robią wszystko, aby przekaz był zawsze poprawny i pozytywny.

- Co będzie robił Chang Frick za 10 lat?

- Tak, jak dzisiaj się sytuacja przedstawia, to nie wydaje mi się, że będę wtedy mieszkał w Szwecji. Najchętniej przeprowadziłbym się do jednego z krajów byłego Bloku Wschodniego. Szwecja intelektualnie oraz ekonomicznie powoli zamienia się w kraj III świata. Byłem w ubiegłym roku w Polsce, wyczuwałem tam, że wśród ludzi panuje wiara w przyszłość. Wiem, że polska gospodarka szybko się rozwija. Ostatni raz, kiedy patrzyłem z optymizmem na życie w Szwecji - było to w 2006 roku. Wtedy utrzymywała się tu dobra koniunktura. Od tamtego czasu, choć przez kilka lat mówiono o tym, że nadal się utrzymuje - osobiście nie widziałem na to żadnych dowodów. To samo mówią moi znajomi. Najczęściej od moich rówieśników słyszę, że chcą opuścić ten kraj. Wielu z nich już emigrowało: na Maltę, na Węgry, do Szwajcarii, a kilku wyjechało na stałe do USA. Uważam, że wszystkie kraje, które nie musiały przyjmować tysięcy migrantów zachowały własną tożsamość i są dziś bezpieczne. Nie jestem przeciwko imigrantom, ale kiedy ludzie pochodzący z odległych od siebie kultur walczą między sobą o to, kto będzie miał pierwszeństwo w tym kraju, to prowadzi to do tarć, problemów i w rezultacie do destabilizacji państwa. Szwedzkie społeczeństwo nie jest dziś bezpieczne.

- Więc nie widzisz tu przyszłości dla siebie?

- W obecnej sytuacji nie, nie widzę.

Rozmawiał Przemysław Gołyński
Paweł Ruszkiewicz. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Paweł Ruszkiewicz. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Instytut Polski w Sztokholmie zapowiada wzmożoną aktywność w promowaniu w Szwecji polskiej kultury, sztuki, historii, nauki. O nowych wyzwaniach, możliwościach i trudnościach związanych z działalnością placówki opowiada Paweł Ruszkiewicz, dyrektor tej placówki.



Panie dyrektorze, jakie są pańskie wrażenia po trzech miesiącach pracy w Szwecji?



- Wrażenie pierwsze: Sztokholm jest przepięknym miastem. Ogólnie rzecz biorąc, Szwecja, jest krajem ładnym i inspirującym choć znacznie różniącym się od Polski i to w wielu kwestiach.

Jakie wyzwania stoją przed Panem?

- Zadania postawione przed Instytutem Polskim koncentrują się na promocji polskiej kultury, sztuki; historii. IP dba także o nasz dorobek i dziedzictwo narodowe. Sygnalizujemy ważne rocznice historyczne. Pielęgnujemy dobrze funkcjonujące do tej pory relacje szwedzkich i polskich instytucji kulturalnych oraz próbujemy nawiązać nowe kontakty. Wspieramy działania Ambasady RP w Sztokholmie dostępnymi narzędziami z obszaru dyplomacji publicznej, kulturalnej, historycznej, ekonomicznej, ekologicznej i sportowej. Staramy się to robić jak najlepiej choć na pewno w wielu kwestiach nie jest to łatwe.



Co jest najtrudniejsze w kreowaniu pozytywnego wizerunku Polski w Szwecji?



- Podstawowym problemem jest brak, powiedziałbym, elementarnej wiedzy wśród szwedzkiego społeczeństwa na temat polskiej historii czy zasadniczo historii. Historia nie jest kwestią, która Szwedów specjalnie interesuje. Zupełnie inaczej niż u nas. Brak jest również rzetelnej informacji na temat bieżących spraw polskich. Niestety, są one przedstawiane w głównych mediach szwedzkich w mało obiektywny i zdarza się często niesprawiedliwy czy krzywdzący wobec nas, sposób. To są m/in. te obszary, które za sprawą działań IP postaramy się zmienić. Nie do końca jest jednak tak, że wszystkie opinie na temat Polski są niedobre czy negatywne. Będąc podczas otwarcia festiwalu filmowego w Karlskronie spotkałem się z bardzo pozytywnymi opiniami na temat polskiego filmu i dorobku polskich filmowców. Rozmawiając z właścicielami galerii w Sztokholmie, potencjalnymi partnerami naszych projektów, oni wszyscy bardzo ciepło wypowiadają się na temat polskich artystów. Problem jest z prawdą historyczną, z której akceptacją szwedzkie ośrodki opiniotwórcze, mają duży problem.
Pomagamy obecnie w promocji książki Pana Hermana Lindqvista na temat 1000-letnich relacji polsko-szwedzkich i historii obu krajów. Kontynuujemy prace nad promowaniem książki Pani Ewy Matsson, wydanej przy okazji 450-lecia koronacji królowej Szwecji - Katarzyny Jagiellonki. Trwa właśnie akcja promocyjna wystawy ”Walka i Cierpienie”, związanej z 80. rocznicą wybuchu II Wojny Światowej. Cieszymy się, że przeslanie tej wystawy, podobnie jak w wielu innych krajach, trafia także w Szwecji do szerokiego audytorium i co istotnie nie tylko odbiorców ze środowisk polonijnych. Przykładowo wystawę odwiedził nauczyciel w towarzystwie swojej klasy szkolnej. Na tym właśnie najbardziej nam, jako polskiej placówce dyplomatycznej, najbardziej zależało. To niezwykle budujące wydarzenie oraz motywujące IP do dalszej wytężonej pracy. Nasz cel jest taki by Szwedzi dowiedzieli się prawdy o polskim zaangażowaniu się w obronę wolności od pierwszego do ostatniego dnia wojny i o tym że polscy żołnierze walczyli z niemieckim agresorem i z jego sojusznikami na wszystkich frontach świata.



Co będzie dla Pana sukcesem, kiedy za cztery lata zakończy się Pana kadencja dyrektora Instytutu Polskiego w Sztokholmie?



- Jednym z moich marzeń jest, że kiedy otworzę gazety Dagens Nyheter czy Aftonbladet i będę czytał artykuł na temat Polski, to nie będzie w nich już nigdy więcej przypinana Polakom negatywna „łatka” antysemity czy nacjonalisty, co niestety teraz ma często miejsce. Do tej pory często tak jest, że nawet kiedy szwedzcy dziennikarze piszą o tematach bieżącej sytuacji w Polsce czy na tematy światopoglądowe, społeczne, ekologiczne etc. to i tak pojawiają się elementy niesprawiedliwe, sarkastyczne czy wręcz złośliwe. Moim marzeniem jest, aby Szwedzi nadal bardzo pozytywnie kojarzyli nasz kraj. Wielu moich znajomych Szwedów, których znam od lat, z którymi mogę się różnić co do poglądów politycznych czy ideologicznych, ale z którymi potrafię rozmawiać, kiedy przechodzimy na tematy polskiej kultury, sztuki, literatury, filmu, ekonomii, turystyki, czy kulinariów to wtedy ci Szwedzi wypowiadają się na temat Polski w samych superlatywach. Dlatego zależy mi, aby takie głosy były dominującymi, a nie te głosy, które pokazują nasz kraj w mniej korzystnym świetle. Narracja, prezentowana przez wiodące gazety czy portale na temat naszej ojczyzny jest bardzo niesprawiedliwa i po prostu mocno mnie rani.



Życzę zatem spełnienia marzeń oraz samych sukcesów i dziękuję za rozmowę.



- Bardzo dziękuję.
Sameh Egyptson. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Sameh Egyptson. Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Książka "Holy White Lies"
Książka "Holy White Lies"
W wielu krajach powstały w Egipcie ruch Bractwa Muzułmańskiego traktowany jest jako organizacja terrorystyczna. W Szwecji jego zwolennicy stali się przywódcami legalnie działających związków i stowarzyszeń, które dla tamtejszych władz są reprezentantami półmilionowej rzeszy szwedzkich muzułmanów. O ich poparcie zabiegają prawie wszystkie tradycyjne partie polityczne. O tym, czy Szwecji grozi islamizacja Przemysław Gołyński rozmawiał z Samehem Egyptsonem, naukowcem Uniwersytetu w Lund badającym stosunki międzyreligijne, autorem książki "Holy White Lies".

- W jaki sposób osobom powiązanym z Bractwem Muzułmańskim udało się w Szwecji osiągnąć tak duże wpływy?


Niewielka grupa jego aktywistów rozpoczęła swoją agitację w Szwecji już w latach 80. W ciągu następnych kilkunastu lat - dzięki państwowym dotacjom - utworzyli kilka organizacji, w których sami znaleźli zatrudnienie. Z czasem zaczęli otrzymywać również datki od Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, aby budować w Szwecji wielkie, okazałe meczety. Dzięki setkom milionów od państwa zdołali otworzyć swoje własne szkoły. Kilku - wywodzących się z tych organizacji - islamskich działaczy piastowało w ciągu ostatnich latach ważne funkcje w partiach politycznych. Jeden z nich, Omar Mustafa został w 2013 roku wybrany do zarządu partii socjaldemokratycznej. Były przewodniczący Związku Islamskiego, Abdirizak Waberi z ramienia Umiarkowanej Partii Koalicyjnej został członkiem parlamentarnej komisji obrony. No i ten trzeci, Kaplan*. Turek mający powiązania z Erdoganem i Szarymi Wilkami. W latach 2014 - 2016 w socjaldemokratycznym rządzie był ministrem budownictwa.

- Chyba nie tylko socjaldemokratom zależało na przychylności muzułmańskich wyborców?

Udało mi się dotrzeć do archiwalnych dokumentów, które pokazują, że pod koniec lat 80. władze agrarnej partii Centrum rozpoczęły współpracę z zamieszkałym w Niemczech prominentnym działaczem Bractwa Muzułmańskiego - Mehmetem Erbakanem. Partia Centrum sfinansowała wtedy dla niego konferencję w Sztokholmie. Kierownictwu partii początkowo podobała się umiarkowana ideologia głoszona przez działaczy Bractwa Muzułmańskiego. Kiedy - kilka lat później - islamiści zażądali swoich przedstawicieli na listach wyborczych partii Centrum, wtedy kierownictwo zdecydowało o zaprzestaniu z nimi współpracy.

- Później szwedzcy socjaldemokraci przejęli inicjatywę i powołali organizację ”Wiara i Solidarność”?

Początkowo nazywała się ”Bratni Ruch”. Została powołana przez chrześcijańska frakcję w partii. Przed wyborami w 1994 roku islamiści skontaktowali się z socjaldemokratami i pochwalili się, że ich organizacje zrzeszają w Szwecji 75 tysięcy członków. Poinformowali, że gotowi są poprzeć ich partię jeśli socjaldemokraci spełnią ich warunki. Wtedy ”Bratni Ruch” rozpoczął z nimi negocjacje.

- Czy socjaldemokraci nie byli świadomi, czego tak naprawdę żądają islamiści?

Wydaje mi się, że byli tego świadomi. Mieli natomiast przekonanie, że Ci ludzie mieszkając w Szwecji staną się po jakimś czasie demokratami. Nawet wtedy, gdy islamiści już wtedy zaczęli zabierać głos w debacie publicznej i domagać się wprowadzenia praw szariatu dla muzułmanów w Szwecji. Jednym z ich żądań wobec partii rządzącej były zmiany w prawie rodzinnym. Dotyczyły m.in. przepisów dziedziczenia, rozwodów, wychowania dzieci, zniesienie obowiązku uczestniczenia przez dziewczynki w lekcjach wf-u, a także odrębnych godzin korzystania z miejskich kąpielisk dla kobiet. Wiele z tych postulatów zostało już spełnionych. Na przykład wprowadzono segregację na pływalniach, działają muzułmańskie szkoły, w każdym szpitalu, a także w miejscach pracy znajdują się miejsca modlitwy. Trwają negocjacje ze związkami zawodowymi w sprawie przyznania muzułmanom w piątki 2-godzinnej przerwy na modły. Islamiści domagają się także wolnych od pracy dni podczas obchodzenia muzułmańskich świąt. To część ich strategii w planie przekształcenia Szwecji w muzułmański kraj.

- I ustanowienia kalifatu?

Może nie do końca w Szwecji. Bowiem Bractwo Muzułmańskie dąży do tego, aby muzułmanie żyjący w diasporze popierali i stali się częścią procesu przywróceniu kalifatu. Najważniejsze jest, aby najpierw wszystkie państwa poddały się islamowi. Częścią ich strategii jest właśnie ustanowienie oddzielnego prawodawstwa, utworzenie paralelnych społeczeństw, w których muzułmanie mają mieszkać w gettach tak, aby nie mogli integrować się ze społeczeństwem. I to właśnie ci aktywiści mianowali się reprezentantami wszystkich muzułmanów w Szwecji i żądają od nich całkowitego podporządkowania. W rzeczywistości reprezentują co najwyżej 6,5 tysiąca osób.

- Dlaczego zatem posiadają oni tak wielki wpływ na szwedzkich polityków?


- Podczas corocznych zjazdów różnych partii islamscy działacze potrafią zmobilizować tysiące swoich aktywistów z całej Skandynawii, którzy pojawiają się w dużych grupach. Są oni przedstawiani partyjnym "bonzom" jako członkowie muzułmańskich organizacji. Oczywiście, oni to "kupują" i wierzą, że tak właśnie jest. Opisuję te przykłady w mojej książce.

- Wydaje się, że również Kościół Szwecji dał się na to nabrać...

Kościół Szwecji opiera się obecnie na ideologii postmodernistycznej, która pozwala mu wszystko relatywizować. Wierzy, że poprzez dialog można koegzystować z islamistami. Bez niego może dojść do konfliktu, a tego chcą uniknąć za wszelką cenę. Kościół wpadł we własną pułapkę. W swojej książce ujawniłem pismo pewnego salafickiego imama, który cieszy się największym zaufaniem Kościoła Szwecji. Napisał w nim do nich, że kiedy kobiety zaczną się samorealizować i dla osiągnięcia karier oddadzą wychowanie swoich dzieci obcym ludziom, wtedy ich cywilizacja upadnie. Kiedy nadejdzie ten czas, my muzułmanie staniemy się dla Europy jedynym ratunkiem, czymś w rodzaju nowej Arki Noego i będziemy wtedy mogli przejąć zachodnie społeczeństwa. Niestety szwedzki kler chyba tego nie rozumie.

-Dziękuję za rozmowę.

*Mehmet Kaplan w 2016 stracił stanowisko ministra w rządzie Stefana Löfvena po ujawnieniu przez media, że podczas obiadu spotkał się w Turcji z przedstawicielami terrorystycznej organizacji "Szare Wilki"
Luai Ahmed. Fot. źródło: www.facebook.com/luai.ahmed.3511
Luai Ahmed. Fot. źródło: www.facebook.com/luai.ahmed.3511
Luai Ahmed jest uchodźcą z Jemenu, gdzie razem z matką walczył o prawa człowieka. W Szwecji, jako jeden z niewielu imigrantów z Bliskiego Wschodu, publicznie krytykuje islam, szwedzką politykę imigracyjną i polityczną poprawność. Jest członkiem partii Szwedzkich Demokratów i studentem Uniwersytetu w Malmö.

Przemysław Gołyński (Radio Szczecin): - Luai, proszę opowiedz nam trochę o sobie i o tym, w jaki sposób znalazłeś się w Szwecji.


Luai Ahmed: - Mam 25 lat. Jestem uchodźcą, publicystą i studentem na Uniwersytecie w Malmö.

Co studiujesz?

- Międzynarodową migrację i stosunki etniczne. W Szwecji znalazłem się dzięki organizowanemu tu kursowi na temat obrońców praw człowieka w Jemenie, skąd pochodzę. Zostałem zaproszony do wygłoszenia wykładu na ten temat. W mojej ojczyźnie byłem członkiem antyrządowego, świeckiego ruchu, który walczy z tamtejszym reżimem. Działa w nim również moja mama. Jest jedyną powszechnie znaną i zaangażowaną politycznie kobietą w Jemenie, która nie nosi chusty czy burki. Moja rodzina od zawsze była za to bardzo szykanowana. Na dwa miesiące przed moim wyjazdem do Szwecji, otrzymaliśmy pogróżki od Al-Kaidy, największej organizacji terrorystycznej w Jemenie. Wtedy moja mama powiedziała, żebym nie wracał do kraju i poprosił w Szwecji o azyl polityczny. Mówiła mi, że pasuję do tego kraju, że jestem bardzo szwedzki. Dopiero po przybyciu do Szwecji zrozumiałem, co miała na myśli.

- Przed przyjazdem do Szwecji, pewnie sporo na temat tego kraju czytałeś i miałeś swoje oczekiwania. Co takiego najbardziej spodobało ci się w Szwecji i czy po przyjeździe, zastana tu rzeczywistość, zgadzała się z twoimi oczekiwaniami?

- Wiele rzeczy związanych ze Szwecją bardzo mi się podobało. Jestem ateistą. W Jemenie, kiedy porzucasz islam, automatycznie otrzymujesz wyrok śmierci. Wiedziałem, że 90 procent Szwedów to ateiści i że jest tu wolność wypowiedzi, a kraj jest wolny od religii i dba o dobro swoich obywateli. Pomyślałem, że musi to być idealne miejsce dla mnie, czyli dla kogoś, kto pochodzi z kraju, gdzie ludzi inaczej myślących karze się śmiercią. Później, gdy się już tutaj znalazłem, rzeczywistość okazała się zgoła inna. Oczywiście to, że ludzie są indywidualistami, którzy jednocześnie czują się częścią wspólnoty oraz to, że są bardzo mili i uprzejmi, to się zgadzało. To co mnie natomiast zaskoczyło, to ogromny brak wiedzy wśród Szwedów. Ludzie tu nie mają o wielu rzeczach zielonego pojęcia. Choćby o islamie, czyli religii, która za jakiekolwiek odstępstwa karze śmiercią. Kiedy krytykuje się tutaj islam, to od razu otrzymuje się łatkę rasisty lub islamofoba. Bardzo mnie to złości. Europa, właśnie dzięki krytyce religii, mogła się od niej wyzwolić, tworząc państwa świeckie. Obecnie, wyrażanie swojego zdania, na temat islamu, jest tu niemal zabronione.

- Na Twoim kanale na YouTube powiedziałeś coś, co zszokowało wielu Szwedów, a niektórzy z nich zapewne uznali, że straciłeś rozum. Powiedziałeś bowiem, że kochasz przewodniczącego antyimigranckiej partii Szwedzkich Demokratów, Jimmiego Akessona.

- Aby nauczyć się języka i lepiej poznać kraj, dość wcześnie zacząłem oglądać debaty polityczne. Okazało się, że nawet jako uchodźca zawsze zgadzałem się z tym, co on podczas tych debat mówił. Nie lał wody, jak inni politycy, mówił o tym, jak jest naprawdę.

- Ale przecież Akesson jest w Szwecji uważany za rasistę i islamofoba, a jego ugrupowanie określane jest często jako nazistowskie.

- To nie jest prawdą. Rasizm jest obecny na całym świecie, nie tylko w Szwecji. Zawsze jednak ludzie znajdują kogoś, komu taką łatkę można przykleić, po to, aby poczuć się lepszym. To działa na zasadzie kompleksu wyższości. Jest wielu rasistów, którzy nie głosują na Szwedzkich Demokratów oraz wielu głosujących na nich antyrasistów. Ta partia jest, tak jak ja, krytyczna wobec imigracji, która dziś Szwecję niszczy. Jeżeli ktoś nie chce się integrować, pracować i uczyć się języka, to zostaje na garnuszku państwa. Niestety, w ten sposób są dzisiaj odbierani, przez Szwedów, wszyscy imigranci, co oczywiście uważam za coś niedobrego. Jeśli przyjeżdżasz do Szwecji, to musisz się dostosować do tego, w jaki sposób ten kraj jest zbudowany i musisz respektować jego system prawny. Szwecja sama jest sobie winna, bo nie odważono się dotąd postawić jasnych warunków imigrantom chcącym się tu osiedlać. Ja mógłbym teraz, przykładowo mieszkać, w jakimś ośrodku dla uchodźców i nie uczyć się języka, a większość nie miałaby do mnie żadnych pretensji. Jeżelibym sobie na to pozwolił, to mógłbym skończyć jako przestępca. To Szwecji powinno zależeć na tym, aby ci ludzie szybko stali się częścią społeczeństwa, a nie czuli się z niego wykluczeni.

- Uważasz, że szwedzkie władze nie starają się pomóc tym ludziom, aby jak najszybciej mogli podjąć pracę, taką jak inni?

- Twierdzą, że robią wszystko, by im to umożliwić, ale nie jest to prawdą. Szwedzi uwielbiają opiekować się innymi. Uważają siebie za współczujących i pomagających. Potrzebują jednak potwierdzenia, swojej dobroci, w oczach innych ludzi. Pragną być postrzegani jako silne i dobre osoby, które są w stanie pomagać ofiarom i potrzebującym.

- Czy świadomi są ceny, jaką za to płacą? Czy nie widzą, co się dziś dzieje w miastach, a szczególnie na ich przedmieściach, gdzie mnoży się przestępczość, która coraz bardziej niszczy struktury szwedzkiego społeczeństwa? Czy nie są to symptomy kryzysu państwa? Przecież na tym gruncie powstała partia niezadowolenia społecznego, jaką tworzą Szwedzcy Demokraci. Partia, z którą pozostałe partie polityczne w parlamencie nie chcą nawet rozmawiać.

- Wydaje mi się, że w tym kraju mamy do czynienia z ludźmi, których nazywa się "ćpunami dobroci". Szwedzi są przeświadczeni o tym, że ich kraj jest tym najbardziej humanitarnym, otwartym i wolnym na świecie. Dlatego tutejsi politycy wciąż podtrzymują ten teatr. Gdyby nagle zdecydowali się na zamknięcie granic i nie wpuszczanie tu nikogo, to ludzie, by ich okrzyknęli rasistami. Dlatego muszą i chcą dalej prowadzić taką politykę migracyjną, nawet jeśli sami wiedzą, że działają w ten sposób na szkodę obywateli. Oni jednak mają własnych obywateli głęboko gdzieś, czują się zobowiązani pomagać innym. Ma to również związek z poczuciem winy za grzechy Zachodu wobec Afryki czy Bliskiego Wschodu. Przecież trzeba zachować jakąś równowagę w tej sprawie, bo ich obecna polityka odbija się negatywnie na tych ludziach, którzy chcą tu mieszkać, ale mają problemy z integracją. Problemem nie są imigranci w Szwecji, a ich liczba. Można przyjąć taką liczbę ludzi, z jaką kraj może sobie poradzić. Teraz do Szwecji trafi tylu imigrantów, ilu mieszkańców liczy Malmö, tak jakby ten kraj do tej pory wspaniale radził sobie z integracją. To jest po prostu chore.

- Wielu migrantów, którzy przybywają tu, aby się osiedlić, to muzułmanie lub islamiści. Ich poglądy, kultura i przekonania są w dużej mierze sprzeczne z tym, co kultywują Szwedzi. Oczywiście, wiąże się to z powstawaniem konfliktów i problemów.

- Gdyby to ode mnie zależało, to każdy, kto chciałby prosić o azyl w Szwecji lub w każdym innym europejskim kraju, musiałby swoim podpisem potwierdzić, że jest ateistą, i że będzie respektował obowiązujące, w danym kraju, prawo. Dopiero wtedy, tacy ludzie, mogliby składać wnioski o azyl. Jeśli jednak przyjeżdżają z myślą, że ich córki będą wciąż nosiły tu burki i że będą żyli w społeczeństwie, gdzie panuje segregacja płci, to dla nich nie powinno być miejsca w Europie. Niech pozostaną w swoich krajach lub wyjadą tam, gdzie panuje taki właśnie porządek. W wielu takich krajach nie toczy się wojna. Na przykład w Turcji czy Libanie. Jeśli ktoś nie wyznaje takich samych wartości, co Szwedzi, to nie powinien się tu osiedlać. Nie chciałbym, aby w przyszłości Szwecja przekształciła się w muzułmański kraj. Jeśli będzie jednak nadal prowadziła taką politykę migracyjną, jaką dziś prowadzi, to niestety takim krajem wkrótce się stanie.

- Czy ten proces już trwa?

- Widzisz, jak wygląda dziś Malmö? W tym mieście prawie się już nie widzi Szwedów. Oczywiście, rodowici Szwedzi wciąż tu są, ale muzułmanów jest coraz więcej i to nie tylko w Malmö. Szwedki rodzą mniej dzieci niż muzułmanie. Istnieją dane statystyczne, które pokazują, że Szwedzi za niedługo będą mniejszością w swoim własnym kraju. Będziemy mieć tu coraz więcej islamistów, którzy będą chcieli zdobyć w Szwecji władzę i wprowadzić prawo szariatu, a przecież ja od tego uciekłem. Muzułmanie nie zdają sobie sprawy z tego, że islam niszczy ich życie i ich kraje. Oni są opętani tą religią i jej prorokiem. Wierzą, że jeśli to odrzucą, to zginą w piekle.

- Mam wrażenie, że boisz się islamistów bardziej niż sami Szwedzi.


- Oczywiście, bo to przeżyłem na własnej skórze. Pochodzę z kraju, gdzie zakwestionowanie choćby jednego wersetu Koranu, karane jest śmiercią. Problem Szwedów, a także innych Europejczyków jest taki, że zapomnieli, jaką śmiercionośną bronią może być religia. Nikt przecież, nawet w Polsce, nie czyta na przykład Biblii dosłownie. A muzułmanie czytają właśnie w ten sposób Koran. Wielu muzułmanów uciekło ze swoich krajów, bo chciało żyć w pokoju. Osobiście nie chcę w Szwecji słuchać muzułmańskich nawoływań do modlitwy. Od tego przecież uciekłem. Szwedzi tak bardzo boją się być nazwani rasistami, że są gotowi oddać ten kraj muzułmanom. Założyłem swój kanał na YouTube właśnie dlatego, że chcę, aby ludzie głosowali na Szwedzkich Demokratów, a nie na te partie, które doprowadziły do upadku Szwecji i które zawiodły własnych obywateli. Jednak od 10 lat rządzący Szwecją, używając do tego mediów, wmawiają ludziom, że to partia nazistów, faszystów i rasistów. Wielu ludzi boi się zagłosować na tę partię. A to jedyne ugrupowanie, które chce ograniczyć imigrację. Szwecja przyjęła, w ciągu ostatnich kilku lat, milion imigrantów, nie rozumiem więc ich toku myślenia i po prostu bardzo się denerwuję, kiedy nazywają mnie lub Szwedzkich Demokratów rasistami. A my staramy się uświadamiać, że ta polityka nie dała pozytywnych efektów.

- Czy nie czujesz się, przez Szwedów, trochę wykluczony z tego politycznie poprawnego społeczeństwa? Kiedyś, w mediach społecznościowych, napisałeś przecież, że chciałbyś na Halloween wypożyczyć burkę. Otrzymałeś wówczas wiele bardzo negatywnych komentarzy. Jak sobie z tym radzisz?

- W Szwecji dużo jest osób, które chcą bronić muzułmanów. A ja wcale nie mówię, że ci ludzie są źli, twierdzę jednak, że ideologia islamu, sama w sobie, jest zła. Zniszczyła wiele krajów, w tym i moją ojczyznę. Z powodu wojny i głodu w Jemenie, w ciągu najbliższych dwóch lat, umrze 10 milionów ludzi.

- Czy w związku z tymi problemami, z jakimi dziś boryka się Szwecja, wierzysz w swoją przyszłość tutaj?

- Mówię teraz całkiem poważnie: myślę, że zostanę tu zamordowany.

- Przepraszam, co takiego?

- Zostanę zamordowany. Tu w Szwecji! Myślę, tak dlatego, że jest tu obecnie wielu muzułmanów, którzy nie potrafią przyjąć żadnej krytyki tej religii. Są wręcz przekonani, że każdy, kto źle mówi o Mahomecie lub Koranie, musi zginąć

- Czy otrzymywałeś jakieś pogróżki?

- Oczywiście, że tak. Ostatnio, ktoś do mnie zadzwonił i powiedział, że jeśli nie przestanę oczerniać islamu, to mnie zamorduje. Oczywiście próbowałem z nim prowadzić dyskusję, jednak on na koniec powiedział, żebym uważał, bo wielu ludzi mnie poszukuje. Nie przejmuje się tym i nie boję się. Dopóki będę mógł się swobodnie wypowiadać, będę szczęśliwym człowiekiem. Nie możemy dać się uciszyć terrorystom i ekstremistom. Kiedy uda im się nas zastraszyć, to będzie oznaczało, że wygrali.

- Luai, bardzo dziękuję za rozmowę. To był dla mnie wielki zaszczyt.​