Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
Uroczystość wręczania nagrody w teatrze w Varberg. Foto: facebook.com/leninpriset/
Uroczystość wręczania nagrody w teatrze w Varberg. Foto: facebook.com/leninpriset/
Ustanowienie przez wynalazcę dynamitu Alfreda Nobla nagrody jego imienia uważa się, całkiem słusznie, za przejaw wielkiego humanizmu szwedzkiego inżyniera. Choć ostatnie skandale obyczajowe, które dotknęły Akademię Szwedzką poważnie nadszarpnęły prestiż tej nagrody, to wciąż jest przez świat nauki, polityki i kultury uważana za jedną z najważniejszych na świecie.

Piękna oprawa podniosłych uroczystości wręczania laureatom medali i dyplomów przez szwedzkiego króla zawsze podkreśla wyjątkowość i majestat tego wyróżnienia. Nic więc dziwnego, że Nagroda Nobla jest nieprzerwanie, od 120 lat kojarzona ze Szwecją.

Od 2009 roku jest też inna nagroda przyznawana w zgoła innym anturażu.

Zaliczana jest do jednej z najważniejszych szwedzkich wyróżnień literackich, a mianowicie - Nagroda Lenina. Została ufundowana przez Stowarzyszenie im. Jana Myrdala. Jego członkowie to grupa lewackich intelektualistów skupionych wokół maoisty Jana Myrdala - szwedzkiego pisarza i ideologa. Znanego m.in. z fascynacji reżimem Pol-Pota.

Wydawać by się mogło, że w kraju Alfreda Nobla przyznawanie nagrody imienia twórcy czerwonego terroru i dyktatora odpowiedzialnego m.in. za głodową śmierć milionów niewinnych ukraińskich chłopów to jakaś tragifarsa. Niestety rzeczywistość okazuje się być bardziej brutalna.

Wyróżnienie czasami jest krytykowane na łamach szwedzkiej prasy. Niekiedy ktoś z publicystów zdobędzie się na celny komentarz i rzuci coś w telewizji o zbrodniach patrona Nagrody. Członek Akademii Szwedzkiej Peter Englund napisał kiedyś, że nazwa wyróżnienia jest niefortunna. W świadomości większości Szwedów postać Lenina kojarzy się jednak pozytywnie.

Nic wielce dziwnego, bowiem towarzysz Lenin, tak jak szwedzcy socjaldemokraci, przewodził ruchowi robotniczemu walczącemu o równość klas. Ktoś taki nie może być w Szwecji uważany za ludobójcę. Lenin, obok Marksa i Engelsa, kojarzony jest z ideologią, dzięki której Szwedzi stworzyli swój własny model państwa, kiedyś nazywany "Trzecią Drogą".

Od 10 lat kapituła Nagrody Lenina wyróżnia autorów lub artystów, „których działania lub twórczość wpisują się w tradycje lewicowej rewolucyjnej krytyki społecznej". Otrzymują czek na 100 tysięcy koron, czyli około 40 tysięcy złotych i wiele miejsca w mediach.

Laureatami Nagrody Lenina, są m.in. twórca kryminałów o agencie Carlu Hamiltonie, pisarz i dziennikarz, były agent KGB - Jan Guillou, popularny aktor, członek szwedzkiej partii komunistycznej, Sven Wolter czy znana w Polsce pisarka Maj Sjövall, która uważana jest za "matkę" nowoczesnego kryminału. Nagrodę Lenina otrzymała w 2013 roku. Po tym, jak jej przyjęcia odmówiła, do tej pory jedyna, fińsko-szwedzka autorka Susanna Alakoski.

W tym roku Nagrodę Lenina otrzymała buńczuczna młoda pisarka i była felietonistka dziennika Dagens Nyheter, feministka Kajsa Ekman. W Szwecji znana z krytyki kapitalizmu, polityki migracyjnej Izraela oraz hinduskich kobiet, które godzą się za pieniądze rodzić innym dzieci.

Laureatka po ogłoszeniu werdyktu kapituły powiedziała gazecie "Proletariusz", że "nagrodę sobie wyśniła, a pieniądze przeznaczy na meble i zęby". Wołodia Lenin chyba w mauzoleum się przewraca! Na zęby! Widać świadomość socjalistyczna jeszcze nie wyrobiona.
"Dlaczego kwestionuje się nowe badania nad Holokaustem" Forum För Levande Historia
"Dlaczego kwestionuje się nowe badania nad Holokaustem" Forum För Levande Historia
Jeżeli Polacy nie przyznają się, że podczas niemieckiej okupacji, pomagali Niemcom w eksterminacji Żydów i robili zbyt mało, aby ratować swoich żydowskich współobywateli to nie zasługują mienić się obywatelami Unii Europejskiej.

Taka konkluzja nasuwa mi się po wysłuchaniu wystąpienia historyka prof. Jana Grabowskiego, który wczoraj na zaproszenie szwedzkiej instytucji rządowej uczestniczył w seminarium na temat badań nad Holokaustem.

Przez kilkadziesiąt minut historyk z wielką pewnością siebie opowiadał o swoich badaniach na temat zachowań ludności polskiej zamieszkałej na wschodnich rubieżach Generalnej Guberni.

Starał się udowodnić, że przeprowadzane przez niemieckiego okupanta akcje likwidujące getta odbywały się nie tylko na oczach Polaków, ale także z ich aprobatą lub nawet czynnym udziałem. Mówił o tysiącach Żydów, którzy uciekali z getta i wpadali prosto w ręce denuncjatorów.

Profesor Grabowski powoływał się na wystawione przez polskich sołtysów rachunki za czyszczenie zbroczonych krwią ulic. Przywoływał wyroki stalinowskich sądów na rzekomych polskich kolaborantach i świadectwa ocalałych.

Na temat rzetelności metodologii prac naukowych przeprowadzonych przez profesora Grabowskiego trwa spór i nie jestem uprawniony do ich oceny. Niemniej jednak uderzył mnie sposób przedstawiania w Sztokholmie swoich racji przez profesora Grabowskiego.

Przy całej złożoności tematu Zagłady Żydów na okupowanych ziemiach Polski, historyk ani razu nie wspomniał o tym, że nie istniały wtedy oficjalne struktury polskiej administracji. Nie usłyszałem z ust profesora Grabowskiego ani słowa o niemieckim terrorze wobec ludności polskiej.

Naukowiec nie raczył też wspomnieć o karze, jaka czekała Polaków za udzielanie Żydom jakiejkolwiek pomocy. Jan Grabowski przemilczał również działania podejmowane przez Armię Krajową niosącą pomoc Żydom. Zapomniał o Żegocie, wyrokach śmierci na szmalcownikach czy wreszcie o polskich emisariuszach, Janie Karskim czy rotmistrzu Witoldzie Pileckim, którzy jako pierwsi informowali świat o Zagładzie i błagali aliantów o natychmiastową interwencję.

Zamiast tego usłyszałem, że nasze tak pięknie zapisane karty historii są li tylko wypuszczoną przez nacjonalistyczny rząd zasłoną dymną, która ma pieścić nasze wybujałe ego i tłumić poczucie winy. Profesor Grabowski jest zdania, że z tego powodu nie mamy moralnego prawa nadawać ulicom i skwerom nazwisk Polaków ratujących Żydom życie.

Wreszcie - nie usłyszałem od pana Grabowskiego, że hipokryzją jest chełpienie się przez Szwedów Raulem Wallenbergiem, Białymi Autobusami czy kilkoma szwedzkimi przedsiębiorcami współpracującymi z polskim państwem podziemnym, gdy podczas wojny prowadzili interesy w okupowanej Warszawie.

Jan Grabowski nie zająknął się na temat szwedzkiej polityki neutralności w czasie Holokaustu, która przyniosła Szwecji wiele korzyści materialnych.

Kiedyś ś.p. Margaret Thatcher powiedziała, że gdyby podobną politykę prowadziło więcej krajów europejskich, hitlerowskie Niemcy nigdy nie zostałyby pokonane.
Siedziba szwedzkiego rządu (fot. Przemysław Gołyński / Radio Szczecin)
Siedziba szwedzkiego rządu (fot. Przemysław Gołyński / Radio Szczecin)
Równość, równouprawnienie, sprawiedliwe traktowanie... - wszystkie te wartości to kamienie węgielne otwartego społeczeństwa, którym niegdyś szczyciła się Szwecja. Problem w tym, że od co najmniej dwóch dekad te piękne pojęcia stały się pustymi hasłami, na które rząd Socjaldemokratów i Zielonych, próbuje nabierać wyborców.

Wygląda na to, że u naszych północnych sąsiadów, tak jak w Polsce pięć lat temu, ludzie zaczynają widzieć rzeczy takimi, jakie są w rzeczywistości. Szwedzi zauważyli, że Partia Socjaldemokratów już dawno przestała reprezentować interesy przysłowiowych zjadaczy chleba. Za kolejne cztery lata u władzy niedawna partia robotników zgodziła się na likwidację podatku dla najbogatszych, ograniczenie prawa pracy oraz wydłużenie wieku emerytalnego.

Druga kadencja rządu Löfvena dla przeciętnego Svenssona oznacza utrzymanie imigracji na stałym poziomie, przemoc na ulicach, dłuższe kolejki na zabieg w szpitalach, dalszy spadek wartości korony oraz coraz mniejsze szanse na spokojne i dostatnie życie na emeryturze.

Szwedzi zdają już sobie sprawę, że kontrakt państwa z obywatelami, dzięki którym udało się zbudować silne państwo opiekuńcze został przez rządzących zerwany.

Pokazują to wyraźnie ostatnie sondaże. Okazuje się, że już tylko 11 procent wyborców partii Socjaldemokratycznej dobrze ocenia obecny rząd. Większość członków związków zawodowych deklaruje poparcie dla największej w tej chwili siły politycznej, czyli prawicowej partii Szwedzkich Demokratów.

Odnoszę wrażenie, że coraz więcej Szwedów dostrzega hipokryzję tego rządu - zwłaszcza wtedy, gdy z nieukrywaną pychą krytykuje politykę wewnętrzną innych krajów.

Kiedy Węgry zapowiedziały pakiet specjalnych ulg dla rodzin wielodzietnych szwedzka minister spraw socjalnych, Annika Strandhall porównała go z polityką prorodzinną III Rzeszy. Również polski program 500+ uznaje się za nacjonalistyczny. Tymczasem od wielu lat każda rodzina w Szwecji otrzymuje od państwa co miesiąc zasiłek na każde dziecko, a w przypadku rodzin wielodzietnych wypłacane jest dodatkowe świadczenie.

Rząd premiera Lofvena podziela stanowisko Komisji Europejskiej w sporze z Polską w sprawie reformy sądownictwa. Tymczasem ten sam rząd, wbrew przepisom prawa i wydanym przez szwedzki sąd pozwoleniu na rozbudowę rafinerii Preem w Lysekil, wstrzymał inwestycję. Opozycja uważa, że Löfven tym samym złamał prawo i domaga się, aby premier i minister środowiska Isabela Lövin, stanęli przed parlamentarną komisją konstytucyjną.

Ponadto szef szwedzkiego rządu doskonale wie, że nadzór nad sądami w Szwecji, sprawuje zarówno parlament - w postaci Rzecznika Praw Obywatelskich - jak i władza wykonawcza w osobie Kanclerza Sprawiedliwości, zaś rekomendowanych przez podległą ministerstwu sprawiedliwości Radę Sądownictwa kandydatów na sędziów zatwierdza rząd, tak jak szefa Krajowej Administracji Sądowej.

Ostatnio dziennikarka poczytnego dziennika Goteborgs Posten napisała, że gdyby istniały mistrzostwa świata w hipokryzji, to rząd Szwecji zdobyłyby złoty medal. Trudno się z nią nie zgodzić.
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Otarła się o Pokojową Nagrodę Nobla, została Człowiekiem Roku 2019 magazynu Times. Naśladują ją miliony młodych ludzi na całym świecie. Uwielbiana przez lewicę i traktowana z przymrużeniem oka przez konserwatystów. Mowa oczywiście o 17-letniej dziś Grecie Thunberg.


Światowi celebryci wciąż przekonują swoich fanów, że choć mają pieniędzy jak lodu, to losy zwierząt czy przyszłość naszej planety jest dla nich najważniejsza. Nic bowiem innego, oprócz obyczajowych skandali, nie wywołuje w mediach społecznościowych tak wielu reakcji internautów i nie przyciąga uwagi czytelników kolorowych magazynów, jak walka o środowisko.

Bogatsi celebryci mają od tego lansu całe sztaby ludzi. Gwiazdy mniejszego kalibru próbują same wykreować się na zbawicieli chylącego się ku końcowi świata. Tak było w przypadku rodziców Grety Thunberg.

Malena Ernman, śpiewaczka operowa i Svante Thunberg, reżyser teatralny i menedżer swojej żony, napisali wspólnie książkę o wyzwaniach związanych ze zmianami klimatycznymi i o tym, jak to wpływa na ich rodzinę. Książka ukazała się w sprzedaży w Szwecji cztery dni po tym, jak Greta 20 sierpnia 2018 roku, rozpoczęła swój "Szkolny strajk dla klimatu" przed siedzibą szwedzkiego parlamentu.

Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że protest nastolatki był częścią akcji zaplanowanej przez think-tank ”Globalne Wyzwanie” założony przez Kristinę Persson, byłą minister przyszłości, w pierwszym rządzie premiera Stefana Löfvena.

Od maja 2018 roku kierował nim Ingemar Rentzhog. To właśnie ten lobbysta, wykorzystał na szeroką skalę Gretę Thunberg. Posłużyła mu jako maskotka do akcji internetowej ”We don’t have Time”, która szybko przekształciła się w fundację i spółkę notowaną na giełdzie w Sztokholmie.

O tym wszystkim mówiłem już na antenie Radia Szczecin w marcu, na długo przed tym, jak w Polsce zrobiło się głośno, o tym, kto stoi za szwedzką aktywistką. To wszystko prawda. Trzeba jednak przyznać, że "projekt Greta", mówiąc kolokwialnie - wypalił.

Międzynarodowa działalność nastolatki ze Szwecji, idealnie i całkiem przypadkowo, rzecz jasna, wpisuje się w lansowanie w ONZ opracowanej przez szwedzkich inżynierów technologii produkcji stali bez użycia dwutlenku węgla. Szwedzi zainwestowali w to ogromne pieniądze. Dziwiłbym się gdyby nie chcieli na tym dobrze zarobić.

Przez następne kilka lat fenomen Grety Thunberg będzie pomagał we wprowadzaniu nowego europejskiego ”zielonego ładu”, czy to się komuś podoba czy nie. Dlatego polskie władze nie powinny mieć żadnych skrupułów aby, nieco zmodyfikować wcześniej opracowany scenariusz przez kraje nie mogące udźwignąć brzemienia swojego odcisku węglowego.

Tym bardziej że młoda Szwedka podkreśla, że cenę za zatrzymanie ocieplania się klimatu, powinny zapłacić nie najwięksi truciciele naszej planety, tacy jak Chiny czy Indie, ale bogate kraje Unii Europejskiej oraz Stany Zjednoczone.

Tuż przed szczytem klimatycznym w Madrycie, Greta Thunberg sugerowała na łamach portalu ”Project Syndicate” że krajom biedniejszym, nie można odbierać możliwości cywilizacyjnego rozwoju. Szwedzka aktywistka jest i będzie czołową postacią medialną i choć jej słynne ”How dare You” budzi śmieszność i politowanie, to może być dla nas pomocne. Pozyskujmy środki na tworzenie i rozwój własnych ośrodków badawczych.

Wykorzystajmy potencjał naszych wyższych uczelni i dajmy szanse na sukces w kraju młodym polskim naukowcom i przedsiębiorcom, abyśmy w przyszłości nie musieli płacić innym za lepszą jakość powietrza jakim chcemy oddychać.
Koncert grupy Roxette w berlińskiej O2 Arena. Fot. Kuba Adamiak [Radio Szczecin/Archiwum]
Koncert grupy Roxette w berlińskiej O2 Arena. Fot. Kuba Adamiak [Radio Szczecin/Archiwum]
Była obdarzona nie tylko charakterystycznym, drapieżnym głosem ale i wrażliwą, pełną miłości do muzyki duszą. Przyszła na świat 61 lat temu jako Gun-Marie w małej miejscowości w północnej Skanii. W rodzinnym domu raczej się nie przelewało.

Rodzice utrzymywali się dzięki muzyce. Ojciec Gösta był muzykiem, mama była zdolną wokalistką. Marie już jako dziecko - razem ze swoimi siostrami - śpiewała na scenie podczas różnych okazji. Kiedy miała 7 lat jej siostra zginęła w wypadku samochodowym, co mocno odbiło się na całej rodzinie. Pocieszenie Marie odnajdywała w muzyce.

Po ukończeniu szkoły średniej wybrała dwuletnie studia muzyczne na Uniwersytecie Ludowym w Svalöv. Pierwszą pracę zdobyła jako statystka w teatrze. Oprócz mniejszych ról komponowała również muzykę do kilku sztuk. Wtedy też przeprowadziła się do większego Halmstad, gdzie dorabiała również jako kelnerka. Tam poznała Pera Gessle, z którym później tworzyła znany na całym świecie duet Roxette.

Zanim do tego doszło Marie udało się w 1984 roku nagrać swoją pierwszą płytę solową ”Het vind” (Gorący wiatr). Krążek okazał się sukcesem. Marie zdobyła uznanie krytyków i sympatię licznych fanów, przede wszystkim dzięki balladzie ”Ännu doftar kärlek” (Wciąż pachnie miłość).

Kiedy w 1986 roku, razem z Perem Gessle stworzyli grupę Roxette, postanowili sobie, że ich celem będzie sukces poza granicami Szwecji. Na początku szło im kiepsko.

Przepustką stał się - wydany dwa lata później - album "The Look". W 1989 roku Roxette po raz pierwszy znalazło się na pierwszym miejscu amerykańskiej listy Billboard’a.

Równolegle z działalnością w Roxette Marie pisała teksty i tworzyła własną muzykę. W 1996 roku wydała kolejną solową płytę "Tro" (Wiara).

- Jestem mocno wierząca. Wiara daje mi niezwykłą siłę. Kiedy miałam jakieś 16 lat byłam hipiską, takie były czasy, ale wkrótce moja wiara powróciła - mówiła kilka lat temu Fredriksson w szwedzkim radiu.

W 1994 roku wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci. 17 lat temu, kiedy po joggingu wróciła do domu, upadła i uderzyła się w głowę - zmieniło się wszystko. Stwierdzono u niej raka mózgu. Lekarze dawali jej tylko rok życia. Marie przezwyciężyła chorobę.

W 2010 roku Roxette znowu mogli koncertować. Dwa lata temu Marie wydała swoją ostatnią solową płytę ”Alone again” (Znowu sama), tym razem była to piękna mieszanka jazzu i soulu.

Niestety, powikłania po przebytej chorobie odebrały jej ostatecznie siły. W poniedziałek artystka zmarła.

- Zrobiłam niesamowitą karierę. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak teraz. Naprawdę - mówiła Marie Fredriksson dwa lata przed śmiercią.
W Bukareszcie rozlosowano grupy piłkarskich reprezentacji, które w 2020 roku zagrają podczas Mistrzostw Europy. źródło: https://www.uefa.com/uefaeuro-2020/
W Bukareszcie rozlosowano grupy piłkarskich reprezentacji, które w 2020 roku zagrają podczas Mistrzostw Europy. źródło: https://www.uefa.com/uefaeuro-2020/
W fazie grupowej mistrzostw Europy w piłce nożnej, zmierzymy się w czerwcu m.in. ze Szwedami.

W odróżnieniu od większości moich rodaków - nie jestem ekspertem piłki nożnej. Od zawsze kibicuję jednak naszej reprezentacji. Dlatego chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi drużyny Szwecji.

A zwłaszcza jej selekcjonera.

Janne Andersson jest typowym trenerem, który w tej roli sprawdził się w szwedzkiej lidze wielokrotnie. Zanim rozpoczął karierę - do 1992 roku - grał jako napastnik w dwóch klubach w swoim rodzinnym Halmstad. Po tym, gdy w 2004 roku prowadzona przez niego drużyna zdobyła wicemistrzostwo kraju Janne Andersson został wybrany trenerem roku.

W 2015 roku razem z IFK Norrköping został mistrzem Szwecji.

Rok później został selekcjonerem drużyny narodowej. Jego reprezentacja zakwalifikowała się do MŚ w Rosji eliminując w barażach drużynę Azzurri, czyli Włochów.

Podczas ostatnich finałów MŚ Szwedów zatrzymali dopiero Anglicy wygrywający 2:0. Porażka była jak najbardziej oczekiwana, bowiem Szwedzi nie lubią grać w piłkę z drużynami, którzy lepiej od nich potrafią grać w angielskim stylu.

Kluczem sukcesu trenera szwedzkiej reprezentacji jest porządek i dyscyplina w drużynie i wokół niej.

Andersson, który posiada bardzo mocne cechy przywódcze uważa, że jeśli drużyna jako całość - i każdy z piłkarz z osobna - będzie wiedzieć, co ma robić na boisku, to może wygrywać z każdym zespołem.

Szwedzki trener jest urodzonym organizatorem. Wręcz pedantycznie podchodzi do każdego treningu czy odprawy z drużyną. Można powiedzieć, że jest w każdym calu przykładem prawdziwego Szweda, który wierzy, że tylko pracą i dyscypliną można dokonać rzeczy wielkich.

Jego celem jest drużyna jako kolektyw. Dlatego w reprezentacji grają wyłącznie piłkarze, którzy w pełni identyfikują się z jego filozofią. Nie ma tu miejsca na indywidualności takie jak Zlatan Ibrahimović.

Tego rodzaju zawodnik nie ma szans na pojawienie się w zespole Anderssona. Zlatan niedawno zarzucił selekcjonerowi, że ten nie powołuje do reprezentacji piłkarzy o nieszwedzkich korzeniach. Chodzi tu o zarówno imigrantów z szwedzkim paszportem jak i o zawodników mających rodziców urodzonych poza granicami Szwecji. Andersson poczuł się dotknięty uwagą Zlatana, ale prawdą jest, że trener woli, gdy ma do czynienia z piłkarzami rozumiejącymi szwedzką etykę pracy i mentalność selekcjonera.

Szwedzi przekonani są, że choć drużyna Jerzego Brzęczka jest mocna w osobie Roberta Lewandowskiego... - to jest do pokonania.

Znają nasze skłonności do spinania się podczas rozgrywek turniejowych, dlatego z pewnością będą grać twardo, szybko i dokładnie. Nasi piłkarze powinni na boisku - oprócz umiejętności gry w piłkę nożną - pokazać również to, że szwedzkie powiedzenie "Polsk Riksdag", czyli polski Sejm, będące synonimem bałaganu i dezorganizacji jest już przeżytkiem.

I jeszcze jedna uwaga: piłkarską drużynę Szwecji polscy komentatorzy sportowi nazywają często: "Reprezentacją Trzech Koron". Błąd!

Nazwa jest w Szwecji zastrzeżona dla reprezentacji hokeistów! Piłkarską reprezentację nazywa się tam: "blågula" czyli "Drużyną Niebiesko-Żółtych".

Trzymajmy się więc tego określenia, bo i rywal od razu wydaje się mniej groźny.
Linnéa Claeson jest felietonistką dziennika Aftonbladet i tak jak Greta Thunberg wciąż jest idolem dla wielu młodych Szwedów. źródlo: https://www.facebook.com/linnea.claeson.7
Linnéa Claeson jest felietonistką dziennika Aftonbladet i tak jak Greta Thunberg wciąż jest idolem dla wielu młodych Szwedów. źródlo: https://www.facebook.com/linnea.claeson.7
Ludzie pozbawieni daru wiary w Boga nierzadko deklarują się jako zagorzali agnostycy, którzy z litością i pogardą traktują wierzących. Często próbują być dla nich drogowskazem i przykładem człowieka wyzwolonego, pozbawionego kajdanów narzuconych mu przez wiarę.

W Polsce niektórzy politycy domagają się pełnego rozdziału Kościoła od państwa. Uważają np. lekcje religii w szkołach za katolicką indoktrynację. To, że nie po raz pierwszy to właśnie wierze zawdzięczamy niepodległość naszego kraju widać nie ma najmniejszego znaczenia.

Polscy liberałowie i politycy lewicy chętnie posługują się w tej kwestii przykładem Szwecji. Kraju, gdzie do szkół żaden klecha nie ma wstępu, a dzieci zamiast dekalogu, uczą się religioznawstwa. Politycy zapominają jednak, że w szwedzkiej szkole dziś kładzie się nacisk nie na przyswajanie przez dzieci wiedzy, ale przede wszystkim na to, aby przyjęły ten sam system wartości, który uznawany jest przez szwedzkie państwo za świętość.

Chodzi o równość, feminizm, równouprawnienie płci (nie tylko tych dwóch biologicznych), prawa człowieka i środowisko naturalne.

W Szwecji żadna instytucja, która jest całkowicie lub częściowo finansowana przez państwo nie może liczyć na środki, jeśli u podstaw jej działalności nie leżą wyżej wymienione pryncypia. Jeśli chodzi o organizacje - w tym szkoły - prowadzone przez stowarzyszenia czy fundacje muzułmańskie to dziwnym trafem wydaje się, że ich owe wartości nie obowiązują, ale to odrębny temat.

Wróćmy do szwedzkiej szkoły: coraz częściej mnożą się przykłady, kiedy dzieci w różny sposób manifestujący swoją chrześcijańską wiarę stają się obiektem drwin swoich nauczycieli. Dzieci opowiadają rodzicom, że ich wychowawcy próbują im żartem tłumaczyć, że chrześcijaństwo jest przeżytkiem i jest sprzeczne z nowoczesną nauką.

Na lekcjach religioznawstwa przedstawia się ateizm jako postawę neutralną i logiczną, jednocześnie wierzący uczniowie niejednokrotnie bywają mobbingowani. Do szkół często zapraszane są za to osoby, które mają spełniać funkcję autorytetów moralnych. Jedną z nich jest Linnéa Claeson, była reprezentantka narodowej drużyny w piłce ręcznej.

- Publikuje rozmowy z facetami, którzy mnie w sieci skrzywdzili lub poniżyli wysyłając swoje fotki lub niecne propozycje. Nie ujawniam ich nazwisk, bo nie chcę koncentrować się na każdym z nich z osobna. Chcę mówić o mechanizmach, które są przyczynkiem do wykorzystywania i nienawiści wobec kobiet. To jak mężczyźni się zachowuję jest przykładem na to, że żyjemy w świecie nierówności - mówiła Claesson dwa lata temu w szwedzkim radiu.

Od kilku lat jest w Szwecji lansowana jako ikona wojującej feministki. Za swoje "występy" przed pracownikami państwowych instytucji - w tym przed uczniami szkół - otrzymuje sowite wynagrodzenie sięgające nawet 45 tysięcy koron, czyli ponad 4 tysięcy euro.

Informacje o tym, że opowieści o niemal ciągłym molestowaniu jej przez setki mężczyzn nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości, pojawiały się wielokrotnie. Ostatnio udowodniono jej, że Linnéa wycina męskie prącia z pornograficznych portali internetowych i używa ich w swoich świadectwach o rzekomych przypadkach molestowania jej w mediach społecznościowych.

Pomimo tego Claeson nadal jest felietonistką dziennika Aftonbladet i tak jak Greta Thunberg jest wciąż idolem dla wielu młodych Szwedów. Dopóki obie panie są apostołkami szwedzkiego systemu wartości, o przyszłość nie powinny się martwić . Martwią się natomiast rodzice dzieci, które zrywają z nimi więzi, jeśli ich poglądy różnią się od tych, którymi są karmione w szkole.
źródło: https://www.bbc.com/news/magazine-34345791
źródło: https://www.bbc.com/news/magazine-34345791
Zastanawiam się, dlaczego dwa słowa rodem z Danii i Szwecji, stają się od lat niezwykle popularne. Pierwsze to "hygge", słowo, które od kilku lat robi u nas furorę. Według rodzimych influencerów, czyli takich ludzi, którzy wiedzą co jest na czasie - i dzięki temu uważani są przez zabłąkanych intelektualnie za bogów - owo "hygge" jest duńską filozofią, która jakoby mówi o prostej drodze do szczęścia.

No, a przecież wiadomo, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy kierować się w życiu zasadom "hygge", a będzie ono tak łatwe, radosne i lekkie, że wkrótce będziemy szczęśliwsi od samych Duńczyków, którzy przecież znajdują się w czołówce jakiegoś tam rankingu najbardziej szczęśliwych narodów na świecie.

Tu porzucamy cudzysłów - hygge zastąpiło modne niegdyś feng-shui i dziś na siłę, ku trwodze mężów, nowoczesne panie domu próbują urządzać wnętrza swoich domostw w duńskim stylu. Tylko wtedy wszyscy domownicy będą mogli doświadczać błogiego relaksu, pijąc herbatę w swoim ulubionym kubku.

W języku polskim nie znajdziemy odpowiednika słowa hygge. Z prostej przyczyny: w naszym narzeczu mamy kilkanaście słów, których możemy użyć odpowiednio do sytuacji.

Oczywiście: jeżeli uwierzymy w brednie o duńskiej filozofii to takie słowo może wryć się na stałe w świadomość jako magiczne zaklęcie-klucz do otworzenia się Sezamu Szczęścia. I o to przecież tym wszystkim marketingowcom chodzi.

Hygge w języku duńskim opisuje kogoś lub coś, co jest przyjemne, miłe, przytulne, fajne lub zabawne. Ot - cała tajemna filozofia hygge.

Szwedzkie "lagom" przez wieki idealnie pasowało do Szwedów. Słowo jest celownikiem liczby mnogiej słowa lag, czyli prawo - w określeniu dla poprawnego porządku rzeczy. Od bałaganu Szwedów nie denerwuje bardziej nic!

Wszystko musi być na swoim miejscu i - rzecz jasna - w jak najlepszym porządku.

Lagom oznaczało w średniowieczu również: "zgodnie z prawem i dla dobra ogółu". Słowo jest mocno zakorzenione w duszy każdego Szweda. Przez wrodzoną nieśmiałość i niechęć do wyróżniania się woli być "lagom", czyli w sam raz - nie za dużo i nie za mało. W sklepach jest nawet margaryna Lätt & Lagom, gdzie zawartość tłuszczu wynosi 40 procent, o połowę mniej niż w maśle, czyli w sam raz.

Dziś to słowo już nie za bardzo pasuje do Szwedów, bo czy Gretę Thunberg można uznać za racjonalną nastolatkę, a politykę wewnętrzną szwedzkiego rządu za umiarkowaną?

Ponownie porzucam cudzysłów: lagom stało się eksportowym hitem, dzięki któremu na światowych rynkach lepiej sprzedają się szwedzkie kuchenki i meble; tak samo działa to w przypadku jego duńskiego odpowiednika. Marketingowy bełkot, który urósł do rangi mitu.

Zamiast hygge czy lagom wolę uniwersalny zdrowy rozsądek, który wszystkim serdecznie polecam.
Przestępstwem, jakiego się dopuściła radna był, według szefostwa partii, romans z członkiem krajowego zarządu partii Szwedzkich Demokratów - Johnnym Skalinem. źródło: https://www.facebook.com/nina.burchardt.5
Przestępstwem, jakiego się dopuściła radna był, według szefostwa partii, romans z członkiem krajowego zarządu partii Szwedzkich Demokratów - Johnnym Skalinem. źródło: https://www.facebook.com/nina.burchardt.5
Ponoć jest jest ślepa i nie zna granic i - choć jak pisał nieodżałowany Edward Stachura - o niej się nie mówi, to o TEJ MIŁOŚCI z przyjemnością opowiem.

Ona: 45-letnia socjaldemokratka, od pięciu lat radna gminy Hudiksvall. On: 41-letni deputowany Riksdagu z ramienia prawicowej partii Szwedzkich Demokratów, od dziewięciu lat w parlamencie.

Kilka miesięcy temu, pomimo przynależności do dwóch zupełnie różnych i rywalizujących ze sobą partii, wyznali sobie miłość. Nina Burchardt postanowiła w sierpniu spotkać się szefem lokalnych struktur Robotniczej Partii Socjaldemokratycznej i poinformować go o tym, że odnalazła tego jedynego i darzy go prawdziwym uczuciem.

To, że okazał się nim być były rzecznik Szwedzkich Demokratów - Johnny Skalin, początkowo nie przeszkadzało przewodniczącemu partii w rodzinnym mieście radnej. Mało tego; jak napisała Nina na swoim Facebooku: facet jej pogratulował i mocno wyściskał, życząc przy okazji wiele szczęścia.

No, ale jak to bywa w socjalistycznych partiach, stanowisko w tej sprawie musiał zabrać kolektyw, a mówiąc ściślej: Komitet Wykonawczy Zarządu Partii.

Z jego posiedzenia, które było poświęcone wyłącznie kwestii zaufania wobec pani Burchardt, samą zainteresowaną wyłączono. Kilka dni później poinformowano ją pisemnie, że komitet podjął decyzję, w której postuluje, aby Nina złożyła rezygnację z zarówno z funkcji sprawowanych w partii, jak i z tych pełnionych w radzie miasta.

Przestępstwem, jakiego się dopuściła radna był, według szefostwa partii, romans z członkiem krajowego zarządu partii Szwedzkich Demokratów - Johnnym Skalinem.

Ninę zmuszono do wydania pod koniec września oświadczenia, że z końcem roku, wycofa się z polityki "aby zrobić miejsce dla młodszych od siebie". Od tamtej pory objęta została ostracyzmem swoich dotychczasowych partyjnych towarzyszy i odczuwa pogardliwą obojętność. Dlatego parę dni temu postanowiła ujawnić prawdę.

- Moje życie prywatne nie powinno nikogo interesować. Nie rozumiem kwestii podważania zaufania wobec mojej osoby. Zawsze twardo broniłam wartości i ideologii; fundamentu, na którym powstała partia Socjaldemokratów - mówiła w szwedzkiej telewizji Nina Burchardt.

Chodzi o - wciąż z dumą powtarzany przy każdej okazji przez polityków tej formacji - uniwersalizm, jakim jest równość wobec ludzi bez względu na ich rasę, narodowość, wiarę czy światopogląd.

Szef Socjaldemokratów w Hudiksvall w oświadczeniu wydanym prasie napisał: "Chcę podkreślić, że naszą decyzję nie podjęliśmy na podstawie kwestii braku zaufania wobec Niny Burchardt, ale wobec funkcji, jaką pełni jej partner we władzach Szwedzkich Demokratów. Partii, która od socjaldemokratycznych wartości jest najdalej”.

Idąc tym tokiem rozumowania, to dziwne, że Szwedzcy Demokraci nie zmusili swojego posła do rezygnacji ze sprawowanych funkcji. Ba - nawet tego nie komentują.

Miłość jest jednak silniejsza, bowiem Nina nie zamierza rezygnować ze swojego wybranka pomimo innych przekonań i decyzji partyjnych towarzyszy.
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
Fot. Przemysław Gołyński [Radio Szczecin]
O Szwecji - jako kraju otwartym na imigrantów w każdej liczbie - nie będziemy już słyszeć. Od teraz ”Mocarstwo Humanitarne” chce przyjmować tylu ile kraje sąsiednie - do kilkunastu tysięcy uchodźców rocznie.

W szwedzkim Riksdagu trwają prace nad założeniami nowej polityki migracyjnej, które mają satysfakcjonować większość sił w parlamencie.

Rządzący socjaldemokraci, dla których społeczne poparcie z miesiąca na miesiąc topnieje szukają wszelkich sposobów, aby utrzymać rząd premiera Löfvena, przed upadkiem. Zuchwałość imigranckich gangów powoduje, że zagrożeni nie czują się już tylko właściciele lokali gastronomicznych, sklepów spożywczych czy sami stróże prawa.

Dziś praktycznie każdy mieszkaniec Szwecji może paść ofiarą zdalnie odpalonego ładunku wybuchowego, który może eksplodować tuż przed wejściem do klatki schodowej w kamienicy, w której mieszka lub w swojej ulubionej restauracji.

Przemoc z gett na przedmieściach powoli zagląda w oczy również bogatym mieszkańcom snobistycznych dzielnic, którzy do tej pory beztrosko żyli w innej rzeczywistości.

Atak bombowy w modnym Södermalm w Sztokholmie - na początku października - a także coraz częstsze napady na dzieciaków ubranych w markowe ciuchy, udowodnił hipsterom, celebrytom i wszelkiej maści trendseterom, że wielokulturowość w wersji szwedzkiej, to brutalna rzeczywistość, od której pomimo zainwestowania grubego szmalu w małe klitki w białej dzielnicy nie mogą już uciec.

Najgorsze, że na razie państwo jest bezradne. Brakuje policjantów, a nowych chętnych nie widać. Prawo też kuleje, a lepszego boją się uchwalać.

Ponad 7-procentowe bezrobocie, zamrożony wzrost gospodarczy oraz coraz większe wydatki na ludzi niezdolnych samodzielnie się utrzymać powodują, że wielkoduszni socjaldemokraci, zaczynają mówić językiem, który do tej pory przypisywany był populistycznym ksenofobom wybranym przez niedouczoną ciemnotę na prowincji.

Nowa sytuacja będzie wymagała zmiany wizerunku.

Szwedzi nie będą już chcieli dalej chwalić się za granicą z dobrodziejstw państwa opiekuńczego. Długie, płatne urlopy rodzicielskie czy hojne świadczenia dla wielodzietnych rodzin, mogą wkrótce być w Szwecji dostępne jedynie dla uczciwie płacących podatki.

Dlatego należy się spodziewać, że Mocarstwo Humanitarne ubierze się w szaty dzielnej małoletniej dziewczynki walczącej o to, co dziś dla nas powinno być najdroższe.

Z naciskiem na: najdroższe!
2345678