Mówi się, by nie oceniać książki po jej okładce. Nie do końca się z tym powiedzeniem zgadzam. Mam też świadomość, że sens metaforyczny tego porzekadła jest taki: wygląd bywa mylący. Prawdziwą wartość kryje to, co w środku – wnętrze, cechy charakteru czy faktyczna treść. Ale wracając do sensu dosłownego. Przypuszczam, że w tym powiedzeniu chodzi o to, że widząc ładną okładkę, dostajemy tylko ją, bo treść już będzie licha i marna. Może też być odwrotny kierunek wektora – najzwyklejsza okładka z autorem i tytułem może kryć bogactwo treści.
Taka historyjka.
Kiedyś za dzieciaka poszedłem wysypać śmieci. Po drodze do śmietnika przyfrunęła do mnie zadrukowana kartka. Kartka z jakiejś książki. Strony 78 i 79. Stałem tak w połowie drogi, czytając z zaciekawieniem. Poczułem, że trop prowadzi w okolice kubłów. Nie myliłem się. W śmietnikowym smrodzie zmieszanym z duszącym chlorem poniewierały się strony tej książki. Pozbierałem wszystkie, znalazłem znaczną część z okładką i obwolutą. To była „Wyspa Robinsona” Arkadego Fiedlera z okładką Tadeusza Grabiańskiego. Skarb. I książkę tę można było oceniać po okładce w dwójnasób właśnie.
Podobnie jest z okładkami płyt.
Gdy pojawiły się nieśmiało w sklepach i księgarniach muzycznych płyty kompaktowe, można było je przeglądać, wertując palcami przez kratki uniemożliwiające ich wyciągnięcie. Było to lekko irytujące. W sąsiednim Berlinie płyty były na regałach jak w księgarni, ułożone alfabetycznie. Dowolność przeglądania i odsłuchiwania. Nie stać mnie było wtedy za bardzo na wytęsknione pozycje, dlatego przeglądałem te z napisem low price czy też Tiefpreis. I to był punkt wejścia. Kolejnym było poszukiwanie czegoś, co znam, a dalej kierowałem się właśnie okładką. Jedynie dla komiksowej okładki kupiłem płytę „Strange Affair” formacji Wishbone Ash. Tak odkryłem ten zespół, który w różnych okresach swej działalności grał w różnorakich stylach i klimatach.
Oczywiście, najbardziej przyciągały i nadal cieszą wzrok okładki znanych i lubianych. Dla mnie choćby okładki Jeana-Michela Jarre'a: „Oxygene” z oskalpowanym globem ziemskim i spoglądającą czaszką spod skóry naszej planety albo „Equinoxe” — tu znów podglądają nas niczym przez lornetki dziwne, niebieskawe postaci w równych rzędach. Pink Floyd ze swoją „Ciemną stroną księżyca” – minimalistyczny trójkątny pryzmat, przez który przechodzi biały promień światła, rozszczepiając się po drugiej stronie na kolorowe spektrum tęczy. Żyletkowa grafika „British Steel” Judas Priest albo okładka kultowego albumu „Unknown Pleasures” zespołu Joy Division z 1979 roku z graficznym zapisem fal radiowych z pierwszego odkrytego pulsara (gwiazdy neutronowej) o nazwie CP 1919. Albo przeamerykańska okładka „Born in the U.S.A.” Bruce'a. Mogę zrobić listę 30, 50 szat graficznych płyt dobrych, uznanych za kultowe. Bo okładka ma znaczenie. I wy też macie taką listę, przypuszczam, że w tym zestawie będzie spory zbiór wspólny.
Rzecz jasna są też dzieła fajansiarskie, a skrywające w sobie bardzo zacną i dobrą muzykę. Popatrzcie na kicz „Lovesexy” Prince’a — przedstawia ona całkowicie nagiego Prince'a pozującego w zmysłowej pozie na tle gigantycznego, sztucznego kwiatu orchidei. Muzyczna petarda w złym opakowaniu. Pomińmy słabe okładki, bo to historie na osobny materiał. Warto jeszcze wspomnieć rodzimy Kult, który z okładki potrafił zrobić coś w rodzaju antyreklamy. Zamiast uwodzić estetyką, ich grafiki potrafiły intrygować, drażnić, czasem wręcz odstręczać. Jakby mówiły: nieważne, co jest na okładce. Posłuchaj tego, co jest na płycie.
Okładka nie mówi nam, jaka jest książka czy płyta. Ale może sprawić, że po nią sięgniemy. A kiedy już po nią sięgniemy, może zostać z nami na długo.
Osobną kulturą okładek były wkładki do kaset magnetofonowych. Szczególnie do tych kaset przegrywanych, kopiowanych. Zamawiało się pocztą, opłacając gdzieś w Polskę za pobraniem i dostając zazwyczaj czarno-białą wersję oryginału. Ale i tak smakowało, cieszyło. Zresztą pisałem o tym naście lat temu w tym wpisie. O analogowym świecie, także kaset, możecie poczytać [tutaj].
Mój Wujek Heniek z odpowiednim szacunkiem odsłuchiwał płyty winylowe. Pamiętam, że pełnią tego nabożeństwa było ustawienie okładki na widoku, tak aby zaistniała pełnia wydarzenia. Dziś muzykę w moim domu zapodaje streamer – współczesne hi-fi. Na swoim ekranie podczas odtwarzania – czy to CD, czy też czegoś z serwisu streamingowego – wyświetla okładkę płyty. Bardzo mnie to kręci i satysfakcjonuje.
W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje, posłuchamy utworów z płyt, których okładki z czasem stały się równie słynne jak muzyka, którą kryją.
Prorock w sobotę o godzinie 20:00. Maciej Papke, zapraszam.
_________________________________________________
Kilka słów o autorach okładek
Autorem okładki „Oxygene” jest Michel Granger. Najpierw powstała ta ilustracja, później zaś zachwyt młodego muzyka Jeana-Michela Jarre’a i zakup praw do tegoż obrazu. Artyści zaczęli współpracować. Grafika „Equinoxe” też jest autorstwa Michela Grangera.
Odnośnie albumu „Unknown Pleasures” zespołu Joy Division. Okładka przedstawia zapis pierwszych stu odczytanych pulsów gwiazdy. Została zeskanowana z „Cambridge Encyclopedia of Astronomy”, a następnie odwrócono w niej kolory. Ilustrację wybrał perkusista, Stephen Morris.
Autorem „Lovesexy” Prince’a jest uznany reżyser i fotograf mody Jean-Baptiste Mondino – twórca całkiem dobrych okładek, teledysków. Lista wideoklipów i okładek to zacne portfolio.
Natomiast wspomniany Tadeusz Grabiański, ten od okładki książki „Wyspa Robinsona”, to znakomity polski artysta grafik, plakacista, ilustrator książek i serii wydawniczych. Zilustrował ponad 100 książek z klasyki polskiej i obcej. Projektował też znaczki pocztowe. Ogólnie to chciał być pilotem, ale niedoskonałość wzroku nie pozwoliła iść tą ścieżką. Swoje lotnicze ciągoty wyilustrował w książkach o tematyce lotniczej, np. Janusza Meissnera: „Żądło Genowefy”, „L jak Lucy”, „Pierwsze kroki”, „Niebieskie drogi”, Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, Stanisława Skalskiego „Czarne krzyże nad Polską”.

Radio Szczecin