Pro-rock
Radio SzczecinRadio Szczecin » Pro-rock
Podróżować jest bosko | fot. Maciej Papke
Podróżować jest bosko | fot. Maciej Papke
Posłuchaj Prorocka w podróży
Więcej się można nauczyć podróżując
Podróżować, podróżować jest bosko

- Jak mawiała Gladys del Carmen Lattarulo, Gladys Semiramis

Czerwiec to miesiąc przejściowy. Forpoczta wakacji, awangarda lata.
Tydzień w Italii. Planowany kilka miesięcy wcześniej. Nie ukrywam, przytłoczyło mnie to, co miało mnie odstresować i urlopować.
Gdzieś zanikła w mej duszy, nie wiem kiedy, chęć podróżowania i poznawania zagranicy.
W ostatnim czasie miałem propozycję wyprawy rowerowej po Ameryce Południowej. Niemal bezkosztowo. Wiecie, że odmówiłem? Nie ciągnęło mnie, a dodatkowo miałem różne inne powody, które pomogły mi odmówić bez żalu tę ekskursję. Choćby lęk przed obcymi ludźmi, z którymi miałbym przemierzać szlaki i tworzyć zespół.

Pociągiem pojechałem do Poznania, aby z tego miasta wystartować do Bari. I w tym pociągu pejzaż czerwcowy zaokienny, jeszcze rodzimy zachodniopomorski się przesuwał. Wiało mickiewiczowską tęsknotą, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem...
Wyobraźnią widziałem siebie na rowerze wśród zbóż szumiących fal.
Pociąg przetoczył się przez Dobiegniew. Jakiś czas temu całkowicie przez przypadek via Choszczno dojechałem tamże na rowerze. W tym Choszcznie przed południem byłem pierwszym klientem w lokalnej kafejce. Na rowerze każdy sernik i każda kawa smakują podwójnie. Droga wówczas też mi smakowała. Dlatego obrałem kurs na Dobiegniew. Tam skosztowałem lokalnej architektury i wzmocniłem się tradycyjnie polskim kebabem. W pełni zadowolony i wyluzowany wróciłem już pociągiem do Szczecina, nadal delektując się ekskursją.

No właśnie, kulinaria. Większość z nas przeżywa podróże kulinarnie. I ja to rozumiem. Sam jednak jestem gastronomicznym abnegatem, moja dieta jest nudna, mało zróżnicowana. Nie ryzykuję zagranicznych wynalazków. ‘Zalewajka. Albo pyzy. Niech się schowają te wasze żaby i ślimaki’. Zatem wyjazdy z wątkiem kuchennym nie powodują u mnie strzygania uszami.

Czy podróże kształcą? Zapewne tak, wszak w Bari przypomniałem sobie 30 słów z 60 jakie poznałem po włosku w swoim życiu.
Trochę dworuję sobie. Rzecz w tym, że podróże naprawdę kształcą. Najbardziej chyba tych przygotowanych. Wszak ludzkie oko zobaczy to, co wcześniej ucho usłyszało. Innymi słowy - więcej dostrzeżemy, zobaczymy w podróży, o ile wcześniej się coś dowiedzieliśmy o danym miejscu, czy to przeczytaliśmy, czy to usłyszeliśmy.

Podróże też się zmieniły. Świat się skurczył, drogi skróciły, nawet te najdalsze. Prawie każdy z nas miał wujka marynarza*. Jego projekcja slajdów zamorskich zakątków świata przy zapachu pomarańczy pobudzała wyobraźnię i czyniła wujka Tonym Halikiem.
Jak byłem dzieckiem i moja babcia jechała do Wałbrzycha, albo Warszawy odwiedzić rodzinę, to się na pociąg ja odprowadzało i machało na pożegnanie. Ona ruszała gdzieś daleko niczym podróżniczka jakaś. Potem wyczekiwanie kartki pocztowej - "Jestem, dojechałam. Krysia każe pozdrowić”.

Tydzień w Italii. Inne słońce, inni ludzie. Kolory miasta, morska toń też inna. Zapachy. Dźwięki, gwar**, klaksony. A smaki takiemu profanowi kulinarnemu jak ja - też podeszły. No i kawa. Doceniam.
I tak jak cieszy mnie kajak na okolicznych szczecińskich akwenach, trekking w Karkonoszach i trasa rowerowa do Nowego Warpna, to nie oszukujmy się: do tego Bari (i innego też), warto się udać. Każda droga, nowe miejsce, poznane zwyczaje, są wartością dodaną.
Dobrze, że pojechałem.

W tym Prorocku po raz kolejny motyw drogi. Podróży.



* Tak,wiem. Niektórzy mieli Tatów marynarzy.
** Jeśli chodzi o gwar w Bari i okolicach, to ojczystą mowę słyszałem wszędzie. Absolutnie wszędzie wokół siebie.
Prorock na dachu
Prorock na dachu
'Prorock na dachu' | audycja z 13 czerwca 2026
'Siedzę na dachu, tutaj nie dojdzie' śpiewał Jakub Sienkiewicz w utworze ‘Wyszków tonie’.
Dach. Taka czapka dla domu, kapelusz lub swoisty beret. Ale w tym felietonie nie o budowlance i architekturze.
Mieliście w życiu epizod łażenia po dachach?
Pamiętacie to Wasze odkrycie nowego świata jaki pokazał wam dach, to uczucie zdobycia Kilimandżaro własnej dzielnicy?
Ja pamiętam dachy sąsiedzkie. Na dach swojego poniemieckiego budynku nie wchodziłem - był klasyczny spadzisty jak u mleczarza Tewjego. A taki dach to symbol niepewności, balansowania, stąpania po krawędzi niczym po ostrzu życia. Zresztą takie dylematy miał właśnie skrzypek na dachu z Anatewki.
Motyw dachu ma w sobie motyw góry, wzniesienia, takiego miejsca głoszenia. Przestrzeń pomiędzy ziemią a niebem – wyżej niż codzienne życie, ale jeszcze nie w sferze Boskiej. Jezus mówił „co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach”, Apostoł Piotr modlił się na dachu domu w Jaffa i tam miał wizję, która zmieniła jego spojrzenie na pogan.
W ruchach mesjańskich dach jest miejscem wyczekiwania na Przyjście.
Z góry ponoć lepiej widać.

Ale ten dach bywa też miejscem wyciszenia, miejscem dla marzyciela i samotnika.
Takiego Edwarda Hoppera i Gustave Caillebotte motyw dachu też musiał zafascynować, skoro pojawił się w ich obrazach.
Dlatego powracam do tego pierwszego wyjścia na dach. Mógł to być wyraz ciekawości, a potem buntu, ucieczki do świętego spokoju. Kuba Sienkiewicz śpiewając ‘siedzę na dachu, tutaj nie dojdzie’ miał na myśli wodę podczas powodzi. Ale dla wielu ‘tutaj nie dojdą’ to problemy, czy też rzeczywistość ze swoją paletą szarości.

W 1969 roku Beatlesi też uciekli na dach.
Nie koncertowali już od 3 lat. Czuli, że nie jest między nimi tak jak dawniej, ale planowali wielki koncert, taki po latach. Pomysły: zagrajmy albo na Saharze albo w Palladium*. Coś spektakularnego. Jednak tak jak nie mogli się dogadać w wielu codziennych aspektach, tak i w sprawie tego koncertu.
Wtedy to John Lennon wpadł na pomysł ‘wejdźmy na dach, zróbmy tam koncert’.
Wysoko. Na dachu pięciopiętrowego gmachu Apple Corps.
30 stycznia 1969 roku. Jest zimno. Szczególnie na dachu. Nie przekonany do pomysłu Ringo pożycza czerwoną przeciwdeszczową kurtkę od swej żony. George też bez antuzjazmu wchodzi na dach. Paul w smokingu. Będzie mu zimno. John pożycza futro od Yoko.
Koncert zarejestrowano na wiele kamer.** Zagrali 9 utworów, parę z nich po kilka razy. Początkowo było to granie jakby na próbę.
A potem na tym dachu wytworzyła się energia między muzykami jakiej dawno, bardzo dawno nie było. To słychać, ale też i widać, bo cały materiał jak wspomniałem został zarejestrowany na taśmie filmowej.
Te spojrzenia, te uśmiechy, nić porozumienia. Energia i jej przepływ. Dobre koncertowanie. Od serca.***
Występ był obserwowany przez sąsiadów przez okna okolicznych budynków przy Savile Row 3, oglądany przez ludzi zgromadzonych na pobliskich dachach. Na ulicy przechodnie zadzierali głowy do góry słysząc znane melodie.
Kiedy policjanci pojawiają się na dachu, Paul zaczyna grać ponownie 'Get Back'.
John Lennon zwraca się do mundurowych: ‘Chciałbym wam podziękować w imieniu zespołu i naszym i mam nadzieję, że pomyślnie przeszliśmy przesłuchanie'.
Muzyka na dachu milknie po 42 minutach.
Był to ostatni raz, kiedy Beatlesi wystąpili razem publicznie.
Był to pierwszy koncert na dachu.****


*The London Palladium to historyczny teatr i sala widowiskowa w londyńskiej dzielnicy West End, znany jako jedno z najsłynniejszych miejsc rozrywki w Wielkiej Brytanii. Od ponad wieku jest ikoną brytyjskiego teatru muzycznego, goszcząc największe gwiazdy sceny i ekranu.
**Tych kamer było dziesięć. Przy okazji - wyobraźcie sobie, że jednym z techników obsługujących magnetofony był Alan Parsons, późniejszy twórca Alan Parsons Project. W styczniu 1969 roku Alan Parsons miał zaledwie 20 lat i pracował jako młodszy inżynier dźwięku (tape operator) przy sesjach Beatlesów. Podczas koncertu na dachu Apple Corps odpowiadał wraz z Glynem Johnsem za stronę techniczną nagrania. Dźwięk z dachu był przesyłany do studia w piwnicy, gdzie Parsons obsługiwał sprzęt nagrywający. Parsons brał udział także w przygotowaniach. To właśnie on został wysłany do sklepu po damskie rajstopy, które naciągnięto na mikrofony jako prowizoryczne osłony przeciwwietrzne na zimnym i wietrznym dachu. Kilka lat później ten sam Alan Parsons został jednym z realizatorów albumu 'The Dark Side of the Moon' zespołu Pink Floyd, a następnie stworzył własny projekt The Alan Parsons Project.
Innym muzykiem, który wystąpił na dachu wraz ze Wspaniałą Czwórką był amerykański klawiszowiec Billy Preston. Chyba było mu zimno w tej marynarce.
***GEORGE: Wybraliśmy się na dach w celu rozwiązania problemu koncertu na żywo, i taki wybór był po prostu najprostszym rozwiązaniem; także dlatego, że nikt wcześniej czegoś takiego nie robił, więc byłoby interesującym zobaczyć co się stanie, gdy tam wejdziemy i zagramy. To takie miłe malutkie studium społeczne.
Kamery zainstalowaliśmy w recepcji Apple, tak by nikt ich nie widział, więc filmowaliśmy reakcje ludzi na dole. Policja i inni krzyczeli: 'Nie możecie dłużej tego robić, przestańcie grać!’
****Choć część komentatorów muzycznych podaje, że pierwszym takim występem był koncert Jefferson Airplane na dachu hotelu Schuyler w centrum Manhattanu. Zagrano dwie piosenki na potrzeby filmu „One A.M.” (One American Movie) francuskiego reżysera Jean-Luc'a Godarda.

'Prorock na dachu' jeszcze w sobotę o godzinie 20:00

napisz do autora: papke@radioszczecin.pl
D-Day | Reko z 2014 roku | Fot. Maciej Papke
D-Day | Reko z 2014 roku | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji - Prorock "Lądowanie" z 6 czerwca 2026
D-Day. Na szósty dzień czerwca przypada rocznica Lądowania Aliantów w Normandii. Gdyby napisać, że była to największa operacja desantowa w historii wojen, to i tak nie odda to skali działań. Przyjmijcie te liczby – przerzucono 155 tysięcy żołnierzy (dla porównania - Gorzów ma ok. 110 tysięcy mieszkańców), w akcji brało udział 11 tysięcy samolotów i 1200 okrętów. Gęsto.

W operacji brali udział polscy żołnierze, m.in. lotnicy dywizjonów myśliwskich i bombowych oraz marynarze. Chwała Bohaterom.

Kto lubi kino wojenne ręka do góry!
Proszę bardzo, przypomnijcie sobie te tytuły, a Ci którzy nie przyjęli podanych powyżej liczb, niech ogarną te obrazy:
„Najdłuższy dzień” (1962) – jedna z najbardziej znanych produkcji wojennych w historii. Film zrealizowany z ogromnym rozmachem i gwiazdorską obsadą, przedstawiający operację D-Day z perspektywy zarówno aliantów, jak i niemieckich obrońców.
„Wielka czerwona jedynka” (1980) – klasyczny wojenny dramat filmowy śledzący losy weteranów z 1. Dywizji Piechoty, walczących na plaży Omaha oraz na późniejszych etapach wojny w Europie. Zagrał tam m.in. Mark Hamil.
„Szeregowiec Ryan” (1998) – rewolucyjny film Stevena Spielberga, którego początkowe 20 minut przedstawiające krwawy desant na plaży Omaha stało się najsłynniejszą sceną lądowania w historii kina. Realizm i wytyczenie nowej narracji w filmach wojennych.
„Kompania braci” (2001) – wyprodukowany m.in. przez Stevena Spielberga i Toma Hanksa miniserial wojenny. Drugi odcinek w całości skupia się na lądowaniu oraz działaniach amerykańskich spadochroniarzy w Normandii. Do dziś przeżywam ten serial. Zaliczyłem czterokrotnie.

Wiem, że jest jeszcze raz tyle pozycji filmowych w temacie, ale te powyższe mnie ukształtowały i odcisnęły filmowe piętno tego wojennego zagadnienia.
Zdradzę - tak, w tym wydaniu Prorocka będą utwory związane z D-Day. Tak, to będzie muzyka filmowa. Nie, to nie będzie Prorock o Lądowaniu w Normandii. Nie będzie też to wydanie o tematyce filmów wojennych. Takie audycje były już co najmniej dwukrotnie – choćby dawno, dawno temu program „Muzyka na froncie” i dawno temu „Rudy i inni”. Była też audycja o muzyce wykorzystywanej do filmów o Wietnamie, ale ślad pisany po tej audycji nie pozostał. Dźwiękowy też.*

Do ‘Szeregowca’ Stevena Spielberga muzykę skomponował nikt inny jak John Williams. Duet Spielberg-Williams nie zawodzi jak bita śmietana i truskawki. Osobno są super, Razem smakują wybornie.
Muzyczny majstersztyk poniesie też Was w „Band of Brothers”. Tam Michael Kamen z wyczuciem, jakimś zrozumieniem emocji i relacji międzyludzkich okrasił obrazy muzyką.
Lubię kino wojenne. Często wzruszam się i jestem poruszony tym co oglądam. Nabieram szacunku do historii, do Służby i Munduru. Doceniam jeszcze bardziej spotkania z weteranami, którzy z miesiąca na miesiąc zasilają czwórkami Bataliony Niebiańskie. Cieszę się, że mogłem ich spotkać, otrzeć się o ich historię. Tu ukłon dla Tomasza Sawickiego i jego dzieła: „Paczka dla Bohatera”. To dzięki jego Stowarzyszeniu i miłości do tych ludzi, historii, mogłem i ja ich poznać.
To wydanie audycji, która dobrze rockuje, jest lekko rozczochrane i porusza co najmniej trzy różne wątki, rożne też klimaty muzyczne. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jak zawsze.
Włączcie Radio Szczecin w sobotę o 20:00. Ja tam będę.



*I teraz pytanie – a może by tak powtórzyć ten temat? Możecie dać znać co o tym myślicie: papke@radioszczecin.pl




Samotność długodystansowca | Fot. Maciej Papke
Samotność długodystansowca | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji Prorock z 30 maja | W duecie
Lubię samotne jazdy na rowerze. Ogólnie, we wrzeszczącym świecie, migających ekranach i ciągle gadających głowach, cenię sobie spokój kanapy, siodełka rowerowego, wcześniej też i motocykla.
Nie boję się ciszy, spoglądania w dal i przestrzeń. Nie uzupełniam - choćby jako pasażer - przestrzeni samochodu konwersacją, czy też radiem i muzyką. Ja mam głośne myśli. I mam ich nadto. Wystarczy.

Z rowerem jest łatwiej w pojedynkę, tak organizacyjnie. Choć doceniam też czyjąś obecność. W 2025 roku podczas ultramaratonu rowerowego, pierwsze 250 km przejechałem z Jakubem z Katowic. Spotkaliśmy się, zapoznaliśmy jeszcze przed startem, to było w Szczecinie. I choć planowałem jechać samotnie, tak jak rok wcześniej, to jednak wizja niełatwej trasy, którą można pokonać w duecie dawała otuchy. Wspieraliśmy się po drodze, pomagaliśmy, a wspólne pogawędki umilały jazdę. Na wspomnianym 250 kilometrze, kompan Jakub robił sobie dłuższą przerwę, ja pojechałem dalej.
W maju 2026 roku kolejny ultramaraton. Jeszcze dłuższy. Też zakładałem w głowie samotną jazdę. Ale już w pierwszych kilkudziesięciu kilometrach dołączyłem do duetu kolarskiego. Jednym z tych dwóch kolarzy był Piotr spod Szczecina. Moja grupa wiekowa, zbliżone tempo. 600 km wspólnego wysiłku. Wsparcie, nawigowanie, przypominanie o posiłkach, piciu, jazda na kole.

Bo we dwoje, w duecie jednak łatwiej. Inaczej też odbieramy rzeczywistość. Nie mam radości pełnej, kiedy jakieś zdarzenie przeżywam sam. To mogą być widoki, koncerty, czy co tam jeszcze. Chyba dlatego do kina chodzimy w większości przypadków razem, z kimś. Podobnie występy, koncerty. I w takim kinie siedzimy i oglądamy razem, ciężko porozmawiać, jesteśmy osobno, ale jednak razem. Współprzeżywamy.

Dwójka to cyfra Boża. Dwie natury Chrystusa. Człowiek – ciało i dusza. Dla innych ciało i rozum, czy też świadomość.**
Parzystość ciała. Dwa koła w rowerze. I ja podczas tej mojej samotności długodystansowca, czasem jednak chcę się podzielić euforią, która często dopada mnie na trasie.
Dziś w Prorocku też podwójnie. Duety. Współpraca i jak to się mówi kolaboracje muzyczne, przedsięwzięcia. Duetami można obłaskawić kilka wydań audycji i to w różnych konfiguracjach – duety męskie, żeńskie, duety mieszane. Duety z różnych galaktyk muzycznych. Tylko koncertowe i niemal przypadkowe. Duety wokalno-instrumentalne.
Dla Was wybrałem garstkę tych muzyków, którzy wręcz pchali się do audycji Prorock, bo takie odniosłem wrażenie. I jedno jest pewne – są tu emocje. Tak jak można emocje wspólnie przeżywać, współodczuwać słuchając tych artystów, tak też się dzieje między nimi kiedy występują, nagrywają.

Jak macie możliwość, to posłuchacie z kimś audycji Prorock. W duecie. Dzisiejszy świat robi fikołki mentalne – a to chwali ‘singielstwo’, a to przeżywa choroby i stany psychiczne do jakich ów styl doprowadza. Rolki, tik-toki, Gazety na Obcasach wciskają nam błogostan Zosi Samosi, zaradnych singli, bo przecież nie samotnych. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Prorock do posłuchania w duecie w sobotę o godzinie 20:00 i na tej stronie tuż po emisji.

papke@radioszczecin.pl
FB: Prorock - Radio Szczecin


*”Samotność długodystansowca” – to brytyjski film z 1962 roku. Przyznam, że nie oglądałem, choć wiem, o czym film opowiada. „The Loneliness of the Long Distance Runner” 1962, reż. Tony Richardson, 104’

**Choć św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (Tes 5:23) wyróżnia trzy składowe człowieka: „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa”.
Prorock z gniewnych lat
Prorock z gniewnych lat
Posłuchaj Prorocka z gniewnych lat
„Najtrudniej jest stawić czoła samemu sobie” - tak powiedział w jednym z wywiadów John Lennon. Było to w epoce nowojorskiej, krótko po wydaniu płyty o silnej wymowie politycznej, jakim był album „Some Time in New York City”. Płyty moim zdaniem takiej sobie. Płyty, która była ‘za bardzo’. Więcej buntowniczej mocy miał wydany kilka miesięcy wcześniej singiel - „Power to The People”, stworzony tuż przed wyjazdem z Wielkiej Brytanii do USA. Choć jak przyznał Lennon – „Napisałem coś do śpiewania dla ludzi. Robię single jak gazety. To był kolejny szybki numer, zrobiony w Ascot”. Po latach stwierdził bardziej dobitnie, że jest to piosenka „raczej żenująca” i „powstała o 10 lat za późno”.

Bo piosenki dają moc, dają wiarę, niosą nas na pięciolinii życia. Niestety część z nich płowieje*, albo właśnie żenuje, a część jest po prostu źle zrozumiana i odebrana. Dobitnym przykładem jest pieśń „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Artysta wielokrotnie podkreślał, że utwór nie został przez Polaków zrozumiany. Zresztą, o ironio, utwór pokazuje mechanizm, w którym tłum przejmuje pieśń od poety, zniekształca jej sens i zamienia ją w narzędzie walki oraz nowej tyranii.

Podobnież po swojemu publika interpretowała sławetne „Born in the USA” Bruce’a Springsteen’a. Nawet politycy mieli swoją recepcję. Choć w przypadku amerykańskiej mentalności, to nawet song będący ostrą krytyką rządu USA i wojny w Wietnamie, może mieć walor patriotyczny. Może dlatego, że nie jest to tępa nawalanka?
Every Breath You Take” – The Police. Piosenka nie polityczna, ale też wciąż źle interpretowana, odbierana. Sting napisał ten utwór w trakcie bolesnego rozwodu i przyznał, że przeraża go fakt, jak ludzie interpretują ten mroczny utwór jako coś pięknego.

Wracając do utworów buntowniczych, rewolucyjnych, niosących. Wielu artystów po latach, albo odnosiła się jak Lennon do własnych dzieł raczej sceptycznie, albo wręcz pisali o rozczarowaniu rewolucją, zdradzie ideałów, cynizmie polityki i powrocie „starego pod nową nazwą”. Rock ma cały ogromny nurt takich piosenek. Od hippisowskiego kaca poprzez zimną wojnę, aż po współczesne rozczarowanie demokracją i mediami.
W tym wydaniu Prorocka – audycji która dobrze rockuje - o rewolucjach, które pożerają własne marzenia. O idealistach, którzy po latach śpiewają już inaczej**. I o świecie, w którym coraz trudniej odróżnić bunt od kolejnej manipulacji.

Hej prorocy moi z gniewnych lat,
obrastacie w tłuszcz
Już was w swoje szpony dopadł szmal,
zdrada płynie z ust.


* „Power to The People” nadal ma swoją energię i moim zdaniem może ponieść.

** W swojej rodzimej twórczości śpiewał o tym m.in. i Grzegorz Ciechowski na ostatniej płycie Republiki „Masakra”. Czuć to w kompozycjach: tytułowej „Masakrze” ale i w „Mamonie” czy w „Końcu czasów”. Wybaczcie, że nie zmieściłem tego w tej krótkiej 50 minutowej audycji.
Prorock | okładka płyty "Dream Chaser"
Prorock | okładka płyty "Dream Chaser"
Posłuchaj Prorocka z 16 maja 2026 roku

Zabrałem synów do kina. Top Gun. Film z 1986 roku właśnie obchodzi swoje 40 urodziny i kina w Polsce właśnie przypominają ten obraz. Na dużym ekranie widziałem ten film po raz pierwszy, choć był ponoć wyświetlany w polskich kinach w roku 1991. Dla mnie to klasyk VHS, zresztą to właśnie ten tytuł zapisał się jako najlepiej sprzedający się film na kasecie VHS.

Ja raczej oglądałem oryginalną kopię kopii, przegrywaną z innej kopii.

Nie ma w tym filmie większego przesłania, nie ma co szukać głębi. Są przełomowe i efektowne ujęcia scen lotniczych, ryk silników, przystojni piloci. I muzyka. Bo to ona zebrała dla tej produkcji nagrody filmowe.

Jest to historia raczej prosta. Ale dobrze się oglądało. Film nie zestarzał się jak na swoje 40 lat i synowie wydali mu dobre oceny. Ziarnisty obraz, sposób oświetlenia, kadrowania, narracji i bardzo szybkiego montażu nawet jak na współczesne czasy, mógł - i się spodobał. Dla uzupełnienia luki poznawczej idziemy jeszcze na Mavericka.


Jestem w jakimś niebezpiecznie emocjonalnym momencie przyjmowania otaczającej mnie rzeczywistości. Bardziej mnie ciągnie do rzeczy które kiedyś poznałem, niż do nowych. Czy jest psycholog i terapeuta na sali?! Panie doktorze, czy jestem stary?


Rzecz w tym, że ostatnimi czasy nie mam sił na nowe kino. Może to z racji wieku, choć pocieszam się, że pewne filmy widziałem będąc młodszym po wiele razy. Imperium kontratakuje przestałem liczyć po 21 seansach. Z muzyką jest trochę podobnie - pisałem o tym trochę tutaji tutaj.

A skoro rzecz o starości. W tym wydaniu Prorocka z 16 maja, zagra(ł) Willie Nelson. Tego roku w kwietniu obchodził swoje – uwaga - 93. urodziny! Oprócz tego, że to piękny wiek, Willie jak gdyby nigdy nic, wydaje właśnie swój 156. album, zatytułowany "Dream Chaser", który ukaże się 29 maja. Mało tego, artysta zapowiedział trasę koncertową.

Na tym albumie udziela się jego przyjaciel – Bob Dylan. I w jednym z wywiadów, tenże Dylan o Willie Nelsonie powiedział tak:

- Trudno mówić o Williem bez powiedzenia czegoś głupiego lub nie na temat, on jest tak wielowymiarowy. Jak można go zrozumieć? Jak zdefiniować to, co nieokreślone lub niezgłębione? Co można o nim powiedzieć? Starożytna dusza wikinga? Mistrz budowania niemożliwego? Poeta-patron ludzi, którzy nigdy do końca nie pasowali do otoczenia i nie przejmowali się tym zbytnio? Filozof bimbru? Wędrowny piosenkarz z doktoratem? Trubadur w czerwonej bandanie, z warkoczami niczym podwójne lassa łapiące wieczność? Co powiedzieć o facecie, który gra na starej, zniszczonej gitarze, traktując ją jak ostatniego wiernego psa we wszechświecie? (...) Kowbojskie zjawisko, pisze piosenki z dziurami, przez które można się przecisnąć, by uciec od czegoś. Głos jak ciepłe światło na ganku, pozostawione dla wędrowców, którzy zbyt wcześnie się pożegnali lub zostali zbyt długo. Myślę, że można tak powiedzieć. Ale to naprawdę niewiele mówi ani nie wyjaśnia niczego na temat Williego. Osobiście zawsze znałem go jako osobę życzliwą, hojną, tolerancyjną i wyrozumiałą wobec ludzkich słabości, dobroczyńcę, ojca i przyjaciela. Jest jak niewidzialne powietrze. Jest wysoko i nisko. Żyje w harmonii z naturą. I to właśnie czyni go Williem - pisał w zeszłym roku dla "New Yorker’a” Bob Dylan.

Być jak Willie.

Stare nowości i nowe starocie | Prorock fot. Maciej Papke
Stare nowości i nowe starocie | Prorock fot. Maciej Papke
Posłuchaj wydania - Prorock i nowe starocie
Koleżanka z pracy zwróciła uwagę na mój wcześniejszy felietonNie deptać flagi i nie pluć na godło. Stwierdziła, że nie miał odniesienia filmowego. Bo tak się przypadkiem składa, że za każdym razem, co tydzień pisząc do Was, pojawia się jakiś motyw czy element związany z filmem. Teraz czas naprawić zeszłotygodniowe przeoczenie.

Jako motyw flagi, polskiej flagi w kinie wybieram film „Dzień świra”. Scena, w której zwaśnione strony rodaków targają, przeciągają flagę, wołając, że to jego Polska. I ogólnie mojsza najważniejsza. W efekcie rozdzierają biało-czerwoną, z której pociekła krew. Mocne.
Tutaj przypomina mi się na okazję tej sceny – inna, z komedii także, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”:
Kiedros - "O jaką Polskę chcesz walczyć?"
Franek - "Jak to o jaką? Przecież Polska jest tylko jedna…"
Ciekawy dialog do rozważenia na kilku płaszczyznach. Ale to nie dzisiaj.

W tym Prorocku poczęstuję Was nowościami. Nowości, szczególnie w obecnych czasach pojawiają się ciągle w ilościach hurtowych, przytłaczających.
Czy czekacie jeszcze na nową płytę? Nawet tych ulubionych wykonawców? Dawniej było wypatrywanie, ekscytacja. Dziś mam wrażenie, że trochę nam przycichły emocje z wyczekiwaniem na nowy album. Może ewentualnie jesteśmy lekko ciekawi.
Może też się mylę w ocenie. Dajcie znać.*

Kiedyś już o tym wspomniałem, że ciężko mi nadążyć z nowymi zespołami, bo wciąż nadrabiam z wykonawcami z ostatniego pół wieku i ciągle odkrywam moje ‘prywatne nowości’. Po prostu nowe starocie, albo stare nowości.
Pozytywny aspekt jest taki, że mamy w czym wybierać i przebierać. I tego się trzymajmy. Gra muzyka.


*na facebook'u - Prorock Radio Szczecin
lub papke@radioszczecin.pl

Prorock | Pod Polską flagą fot. Maciej Papke
Prorock | Pod Polską flagą fot. Maciej Papke
Posłuchaj wyadnia: Prorock pod Polsjką Flagą

"Ojczyznę kochać trzeba i szanować / Nie deptać flagi i nie pluć na godło" – to cytat z piosenki T.LOVE, ale ten wers pochodzi z wiersza Włodzimierza Antkowiaka napisanego w latach 70, zatytułowanego „Do obywatela Johna Browna”. Jest to odniesienie do innego utworu: do wiersza, liryki inwokacyjnej, poetyckiego listu zatytułowanego „Do obywatela Johna Brown” Cypriana Kamila Norwida. Taka historia.

Dzień Flagi. Trochę święto-wypełniacz, mógłby ktoś cynicznie stwierdzić, ale moim zdaniem – dzień i upamiętnienie potrzebne. Szacunek i hołd do barw narodowych należy do sfery abstrakcyjnej*. Jednak z dumą prezentujemy je na wydarzeniach sportowych, czasem koncertach. Jednoczymy się w zrywach, w protestach.

Za te barwy, za te symbole wielu oddało życie. Dosłownie. Z za symbol Narodu, Polskości – za Flagę, Godło ludzie oddawali życie. Inni pod tymi symbolami walczyli, ginęli. Wzniosłe i dziwne zarazem. I to już powinno nas ustawić do szacunku tychże symboli.

W tym Prorocku, zatytułowanym „Pod Polską Flagą” – utwory raczej zaskakujące. Zapraszam do słuchania – sobota, godzina 20:00, Maciej Papke.



*W Europie w emblematowaniu krajobrazu i codzienności prym chyba wiedzie Szwajcaria. I nie jest to przaśne, ani nachalne. Może skomercjalizowane, ale ze smakiem. Bije Helwecja dumą i wyrazistością wspólnoty zjednoczonej pod białym krzyżem na czerwonym tle. Warto z nich brać przykład.

Pierwsza krew lat osiemdziesiątych | Fot. Maciej Papke
Pierwsza krew lat osiemdziesiątych | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj epizodu z 25 kwietnia | "Prorock: 1986"
Zabrałem synów do kina. Pierwsza krew. Niektórym ten tytuł niewiele mówi, ale w polskiej dystrybucji jest podpowiedź - „Rambo: pierwsza krew”. Niektóre kina przypominają teraz* odrestaurowane klasyki filmowe. Przegapiłem ostatnio „Łowcę Jeleni”, dlatego nie mogłem odpuścić seansu z Sylwestrem Stallone.

Film z 1982 roku. Dramat, sensacja, tak jest klasyfikowany w katalogach filmowych. Dla wielu niestety jedynym skojarzeniem z tym obrazem jest umięśniony facet, trochę pretensjonalny, dżungla, Wietnam, Afganistan, akcja, trup się kładzie jak domino. I jest to prawda odnośnie filmów z szyldem Rambo, ale nie dla filmu „Pierwsza krew”.**
Scenariusz zaadaptowany przez Sylwestra Stallone na podstawie książki pod tym samym tytułem, jest więcej niż strzelanką i popisem szkoły przetrwania. To film o dopiero co nazwanym wówczas zjawisku, które dzisiaj definiujemy jako PTSD, czyli zespół stresu pourazowego.***

Film, a właściwie główny bohater jest wg mnie zaczynem, pierwowzorem dla postaci Jamesa Bourne, choć Robert Ludlum
pewnie nie potwierdziłby tego. W jednym i drugim przypadku bohaterowie zostali wyszkoleni do jednego – do zabijania, przetrwania i mają z tymi zdolnościami problem w czasie pokoju.
Seans zaskoczył moich synów pozytywnie. Znali tytuł, znali gdzieś tam postać, która w popkulturze funkcjonuje. Mieli jakieś wyobrażenie. Ale jak wspomniałem, jest to wyobrażenie drugiej, trzeciej czy czwartej części. Otrzymali w kinie dramat człowieka, jego sposób na przeżycie.

Zauważyli też odmienny sposób narracji filmowej od tej jaki obecnie mają serwowany w produkcjach platform streamingowych. Prosta opowieść, opowiedziana w miarę prosty sposób. Minimum słów głównego bohatera, maksimum gry.
Najstarszy syn docenił plastykę filmu, samej taśmy filmowej. Sposób kadrowania, czy oświetlenia planu. Owszem, pewne momenty zdradzają sensacyjny styl początku lat 80’ – wybuchy czy spektakularne kraksy samochodów z eksplozjami właśnie.

Lata 80’. Nawet jeśli urodziliście się wcześniej, albo i później, to wiedzcie, że one Was ukształtowały. Na wielu płaszczyznach. Także tych filmowych i muzycznych. Część rzeczywistości powstałej w latach 80’ trafiło do nas dopiero w 90’ i promieniowało dość długo. Jak reaktor w Czarnobylu.
W dzisiejszym odcinku Prorock’a też będą lata 80’. Właściwie konkretny rok: 1986. Dlaczego akurat ta data? Odpowiedź w audycji, która dobrze rockuje.
Słuchajcie Prorocka w sobotę o 20:00
Maciej Papke, zapraszam.



*mamy rok 2026

**przy tym obrazie nie ma mowy o spojlerowaniu, zatem przypomnę: w tym filmie ginie tylko jeden człowiek.

***PTSD - Podczas Wojny Secesyjnej nazwano to żołnierskim sercem, podczas pierwszej wojny światowej mówiono o tych stanach jako zmęczeniu kombatanta, po drugiej wojnie mówiono o wstrętnej reakcji na stres. Kombatanci wietnamscy byli diagnozowani w kierunku syndromu powietnamskiego.
Ten ciężki stan określano w latach 70’ jako zmęczenie bitwą. Dopiero na początku lat 80’ uporządkowano i zdefiniowano to jako właśnie zespół stresu pourazowego – ang. PTSD. Ale dopiero dwadzieścia lat później, zaczyna to docierać szerzej i ze zrozumieniem do ludzkości.

16 kilogramów nudy | Fot. Maciej Papke
16 kilogramów nudy | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji - Prorocka i 16 kg nudy
Nie wiem czy jeszcze potrafię się nudzić. Mam chyba strach przed nudą i mijającym czasem. To się łączy jedno z drugim. Nuda i czas.
Pojawia się nuda, „nic nierobienie”, a to oznacza stratę czasu, który jest nam dany*.
I dlatego w takim zapętleniu jestem, w permanentnym ruchu. Kiedy mam czas na refleksję, na przemyślenia, to i tak robię to w ruchu – albo jadę na rowerze długie trasy i defragmentuję zapis neuronów, albo chodzę, poruszam się na piechotę. Też jest to przestrzeń do rozmyślań. Wypełniam przestwory egzystencji.
Jeszcze większy robi się galimatias na urlopie. Wtedy to chcę zrobić jak najwięcej w tym wyszarpanym z pracowniczej rzeczywistości czasie. Obiecuję sobie wiele, czego to ja nie zrobię i na co wykorzystam minuty i godziny.
A coś mi się wydaje, że nudząc się, 'nic nie robiąc', mam większy urodzaj pomysłów**. Nudząc się znajdowałem czas na czytanie książek. Teraz nie pamiętam nawet jaką przeczytałem ostatnio książkę, ale taką beletrystyczną. Bo czytam, owszem, ale właśnie tylko coś, co ma mnie czegoś nauczyć. Na czytanie innych książek – a jakże - nie mam czasu.
Seriali już nie oglądam, bo też są czasochłonne. Szarpię zegarem, kalendarzem i otaczającą mnie rzeczywistością***.
I jak tu słuchać muzyki? Ale nie jako wypełniacza, jako tła, umilenia zwykłego, tylko świadomie, z posmakowaniem. Kiedy potrafiłem się nudzić, potrafiłem też słuchać więcej muzy, więcej jej poznawać i bardziej się nią cieszyć.
Słuchacie jeszcze muzyki? Poznajecie nowe albumy? Macie dreszcze z tego powodu, niesie Was to?
Kiedyś pożyczałem płyty od kolegów, aby je posłuchać. Teraz ktoś mi podsyła linki z muzyką do serwisów i już myślę 'nie mam czasu”.

Tym bardziej szanuję Was, czytających te słowa, znajdujących chwilę na ogarnięcie swoją uwagą tego co napisałem. Szanuję Was - słuchających audycji Prorock i muzyki w niej prezentowanej.
Bądźcie pozdrowieni.

Potrzebuję szesnastu kilogramów nudy. Aby posłuchać muzyki, aby przeczytać „Pana Samochodzika i niesamowity dwór”.
Puda – miara wagi w XIX-wiecznej Polsce. Puda - 16,38 kg. Stąd 'nudy na pudy'.

Na koniec – to felieton do audycji muzycznej. Wypada coś o muzyce jeszcze. Będzie filmowo i muzycznie. Polecam wam dokument, dwuodcinkowy – „History of the Eagels”. Jeżeli znasz „Hotel California” i dwie inne przypadkowe piosenki grupy The Eagels to wystarczy. Wystarczy, aby zobaczyć dobrze zrealizowany film dokumentalny. W tym obrazie nie tylko muzyka, ale przede wszystkim relacje międzyludzkie budują historię. Relacje w zespole, gdzie niemal każdy był samcem alfa.
The Eagles: historia legendy” (History of the Eagles) z roku 2013 (186 minut), reżyseria Alison Ellwood. Film pojawia się na różnych platformach streamingowych. Wypatrujcie. I szukajcie nudy, abyście w spokoju mogli obejrzeć ten dokument.




*Kiedyś znajomy ksiądz powiedział mi, że czasu mam odpowiednio dużo, tylko źle go sobie organizuję. Ja bym dodał, że ktoś miejscami organizuje mi go zanadto.

**nudzić się, a być znudzonym czy nudnym, to dla mnie dwa rożne stany. Ten pierwszy uważam za wartościowy. Być sam na sam z sobą.

***Mądre głowy mówią, że to rutyna „kompresuje” czas, do tego mniej nowych bodźców i już czujemy, że zegar jest na kofeinie. Po za tym z wiekiem czas subiektywnie przyspiesza. Na dodatek dużo bodźców - telefon, social media, multitasking - mogą sprawiać, że dzień znika szybciej, bo uwaga jest rozproszona. I dalej - kiedy dni są podobne do siebie, mózg zapisuje mniej nowych informacji. W efekcie patrząc wstecz, wszystko wydaje się krótsze — jakby czas się „skurczył”. Ponoć jest to związane z czymś, co nazywa się adaptacją sensoryczną.

Prorock w sobotę o 20:00. Włączcie Radio Szczecin.




123