Pro-rock
Radio SzczecinRadio Szczecin » Pro-rock
Stare nowości i nowe starocie | Prorock fot. Maciej Papke
Stare nowości i nowe starocie | Prorock fot. Maciej Papke
Posłuchaj wydania - Prorock i nowe starocie
Koleżanka z pracy zwróciła uwagę na mój wcześniejszy felietonNie deptać flagi i nie pluć na godło. Stwierdziła, że nie miał odniesienia filmowego. Bo tak się przypadkiem składa, że za każdym razem, co tydzień pisząc do Was, pojawia się jakiś motyw czy element związany z filmem. Teraz czas naprawić zeszłotygodniowe przeoczenie.

Jako motyw flagi, polskiej flagi w kinie wybieram film „Dzień świra”. Scena, w której zwaśnione strony rodaków targają, przeciągają flagę, wołając, że to jego Polska. I ogólnie mojsza najważniejsza. W efekcie rozdzierają biało-czerwoną, z której pociekła krew. Mocne.
Tutaj przypomina mi się na okazję tej sceny – inna, z komedii także, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”:
Kiedros - "O jaką Polskę chcesz walczyć?"
Franek - "Jak to o jaką? Przecież Polska jest tylko jedna…"
Ciekawy dialog do rozważenia na kilku płaszczyznach. Ale to nie dzisiaj.

W tym Prorocku poczęstuję Was nowościami. Nowości, szczególnie w obecnych czasach pojawiają się ciągle w ilościach hurtowych, przytłaczających.
Czy czekacie jeszcze na nową płytę? Nawet tych ulubionych wykonawców? Dawniej było wypatrywanie, ekscytacja. Dziś mam wrażenie, że trochę nam przycichły emocje z wyczekiwaniem na nowy album. Może ewentualnie jesteśmy lekko ciekawi.
Może też się mylę w ocenie. Dajcie znać.*

Kiedyś już o tym wspomniałem, że ciężko mi nadążyć z nowymi zespołami, bo wciąż nadrabiam z wykonawcami z ostatniego pół wieku i ciągle odkrywam moje ‘prywatne nowości’. Po prostu nowe starocie, albo stare nowości.
Pozytywny aspekt jest taki, że mamy w czym wybierać i przebierać. I tego się trzymajmy. Gra muzyka.


*na facebook'u - Prorock Radio Szczecin
lub papke@radioszczecin.pl

Prorock | Pod Polską flagą fot. Maciej Papke
Prorock | Pod Polską flagą fot. Maciej Papke
Posłuchaj wyadnia: Prorock pod Polsjką Flagą

"Ojczyznę kochać trzeba i szanować / Nie deptać flagi i nie pluć na godło" – to cytat z piosenki T.LOVE, ale ten wers pochodzi z wiersza Włodzimierza Antkowiaka napisanego w latach 70, zatytułowanego „Do obywatela Johna Browna”. Jest to odniesienie do innego utworu: do wiersza, liryki inwokacyjnej, poetyckiego listu zatytułowanego „Do obywatela Johna Brown” Cypriana Kamila Norwida. Taka historia.

Dzień Flagi. Trochę święto-wypełniacz, mógłby ktoś cynicznie stwierdzić, ale moim zdaniem – dzień i upamiętnienie potrzebne. Szacunek i hołd do barw narodowych należy do sfery abstrakcyjnej*. Jednak z dumą prezentujemy je na wydarzeniach sportowych, czasem koncertach. Jednoczymy się w zrywach, w protestach.

Za te barwy, za te symbole wielu oddało życie. Dosłownie. Z za symbol Narodu, Polskości – za Flagę, Godło ludzie oddawali życie. Inni pod tymi symbolami walczyli, ginęli. Wzniosłe i dziwne zarazem. I to już powinno nas ustawić do szacunku tychże symboli.

W tym Prorocku, zatytułowanym „Pod Polską Flagą” – utwory raczej zaskakujące. Zapraszam do słuchania – sobota, godzina 20:00, Maciej Papke.



*W Europie w emblematowaniu krajobrazu i codzienności prym chyba wiedzie Szwajcaria. I nie jest to przaśne, ani nachalne. Może skomercjalizowane, ale ze smakiem. Bije Helwecja dumą i wyrazistością wspólnoty zjednoczonej pod białym krzyżem na czerwonym tle. Warto z nich brać przykład.

Pierwsza krew lat osiemdziesiątych | Fot. Maciej Papke
Pierwsza krew lat osiemdziesiątych | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj epizodu z 25 kwietnia | "Prorock: 1986"
Zabrałem synów do kina. Pierwsza krew. Niektórym ten tytuł niewiele mówi, ale w polskiej dystrybucji jest podpowiedź - „Rambo: pierwsza krew”. Niektóre kina przypominają teraz* odrestaurowane klasyki filmowe. Przegapiłem ostatnio „Łowcę Jeleni”, dlatego nie mogłem odpuścić seansu z Sylwestrem Stallone.

Film z 1982 roku. Dramat, sensacja, tak jest klasyfikowany w katalogach filmowych. Dla wielu niestety jedynym skojarzeniem z tym obrazem jest umięśniony facet, trochę pretensjonalny, dżungla, Wietnam, Afganistan, akcja, trup się kładzie jak domino. I jest to prawda odnośnie filmów z szyldem Rambo, ale nie dla filmu „Pierwsza krew”.**
Scenariusz zaadaptowany przez Sylwestra Stallone na podstawie książki pod tym samym tytułem, jest więcej niż strzelanką i popisem szkoły przetrwania. To film o dopiero co nazwanym wówczas zjawisku, które dzisiaj definiujemy jako PTSD, czyli zespół stresu pourazowego.***

Film, a właściwie główny bohater jest wg mnie zaczynem, pierwowzorem dla postaci Jamesa Bourne, choć Robert Ludlum
pewnie nie potwierdziłby tego. W jednym i drugim przypadku bohaterowie zostali wyszkoleni do jednego – do zabijania, przetrwania i mają z tymi zdolnościami problem w czasie pokoju.
Seans zaskoczył moich synów pozytywnie. Znali tytuł, znali gdzieś tam postać, która w popkulturze funkcjonuje. Mieli jakieś wyobrażenie. Ale jak wspomniałem, jest to wyobrażenie drugiej, trzeciej czy czwartej części. Otrzymali w kinie dramat człowieka, jego sposób na przeżycie.

Zauważyli też odmienny sposób narracji filmowej od tej jaki obecnie mają serwowany w produkcjach platform streamingowych. Prosta opowieść, opowiedziana w miarę prosty sposób. Minimum słów głównego bohatera, maksimum gry.
Najstarszy syn docenił plastykę filmu, samej taśmy filmowej. Sposób kadrowania, czy oświetlenia planu. Owszem, pewne momenty zdradzają sensacyjny styl początku lat 80’ – wybuchy czy spektakularne kraksy samochodów z eksplozjami właśnie.

Lata 80’. Nawet jeśli urodziliście się wcześniej, albo i później, to wiedzcie, że one Was ukształtowały. Na wielu płaszczyznach. Także tych filmowych i muzycznych. Część rzeczywistości powstałej w latach 80’ trafiło do nas dopiero w 90’ i promieniowało dość długo. Jak reaktor w Czarnobylu.
W dzisiejszym odcinku Prorock’a też będą lata 80’. Właściwie konkretny rok: 1986. Dlaczego akurat ta data? Odpowiedź w audycji, która dobrze rockuje.
Słuchajcie Prorocka w sobotę o 20:00
Maciej Papke, zapraszam.



*mamy rok 2026

**przy tym obrazie nie ma mowy o spojlerowaniu, zatem przypomnę: w tym filmie ginie tylko jeden człowiek.

***PTSD - Podczas Wojny Secesyjnej nazwano to żołnierskim sercem, podczas pierwszej wojny światowej mówiono o tych stanach jako zmęczeniu kombatanta, po drugiej wojnie mówiono o wstrętnej reakcji na stres. Kombatanci wietnamscy byli diagnozowani w kierunku syndromu powietnamskiego.
Ten ciężki stan określano w latach 70’ jako zmęczenie bitwą. Dopiero na początku lat 80’ uporządkowano i zdefiniowano to jako właśnie zespół stresu pourazowego – ang. PTSD. Ale dopiero dwadzieścia lat później, zaczyna to docierać szerzej i ze zrozumieniem do ludzkości.

16 kilogramów nudy | Fot. Maciej Papke
16 kilogramów nudy | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji - Prorocka i 16 kg nudy
Nie wiem czy jeszcze potrafię się nudzić. Mam chyba strach przed nudą i mijającym czasem. To się łączy jedno z drugim. Nuda i czas.
Pojawia się nuda, „nic nierobienie”, a to oznacza stratę czasu, który jest nam dany*.
I dlatego w takim zapętleniu jestem, w permanentnym ruchu. Kiedy mam czas na refleksję, na przemyślenia, to i tak robię to w ruchu – albo jadę na rowerze długie trasy i defragmentuję zapis neuronów, albo chodzę, poruszam się na piechotę. Też jest to przestrzeń do rozmyślań. Wypełniam przestwory egzystencji.
Jeszcze większy robi się galimatias na urlopie. Wtedy to chcę zrobić jak najwięcej w tym wyszarpanym z pracowniczej rzeczywistości czasie. Obiecuję sobie wiele, czego to ja nie zrobię i na co wykorzystam minuty i godziny.
A coś mi się wydaje, że nudząc się, 'nic nie robiąc', mam większy urodzaj pomysłów**. Nudząc się znajdowałem czas na czytanie książek. Teraz nie pamiętam nawet jaką przeczytałem ostatnio książkę, ale taką beletrystyczną. Bo czytam, owszem, ale właśnie tylko coś, co ma mnie czegoś nauczyć. Na czytanie innych książek – a jakże - nie mam czasu.
Seriali już nie oglądam, bo też są czasochłonne. Szarpię zegarem, kalendarzem i otaczającą mnie rzeczywistością***.
I jak tu słuchać muzyki? Ale nie jako wypełniacza, jako tła, umilenia zwykłego, tylko świadomie, z posmakowaniem. Kiedy potrafiłem się nudzić, potrafiłem też słuchać więcej muzy, więcej jej poznawać i bardziej się nią cieszyć.
Słuchacie jeszcze muzyki? Poznajecie nowe albumy? Macie dreszcze z tego powodu, niesie Was to?
Kiedyś pożyczałem płyty od kolegów, aby je posłuchać. Teraz ktoś mi podsyła linki z muzyką do serwisów i już myślę 'nie mam czasu”.

Tym bardziej szanuję Was, czytających te słowa, znajdujących chwilę na ogarnięcie swoją uwagą tego co napisałem. Szanuję Was - słuchających audycji Prorock i muzyki w niej prezentowanej.
Bądźcie pozdrowieni.

Potrzebuję szesnastu kilogramów nudy. Aby posłuchać muzyki, aby przeczytać „Pana Samochodzika i niesamowity dwór”.
Puda – miara wagi w XIX-wiecznej Polsce. Puda - 16,38 kg. Stąd 'nudy na pudy'.

Na koniec – to felieton do audycji muzycznej. Wypada coś o muzyce jeszcze. Będzie filmowo i muzycznie. Polecam wam dokument, dwuodcinkowy – „History of the Eagels”. Jeżeli znasz „Hotel California” i dwie inne przypadkowe piosenki grupy The Eagels to wystarczy. Wystarczy, aby zobaczyć dobrze zrealizowany film dokumentalny. W tym obrazie nie tylko muzyka, ale przede wszystkim relacje międzyludzkie budują historię. Relacje w zespole, gdzie niemal każdy był samcem alfa.
The Eagles: historia legendy” (History of the Eagles) z roku 2013 (186 minut), reżyseria Alison Ellwood. Film pojawia się na różnych platformach streamingowych. Wypatrujcie. I szukajcie nudy, abyście w spokoju mogli obejrzeć ten dokument.




*Kiedyś znajomy ksiądz powiedział mi, że czasu mam odpowiednio dużo, tylko źle go sobie organizuję. Ja bym dodał, że ktoś miejscami organizuje mi go zanadto.

**nudzić się, a być znudzonym czy nudnym, to dla mnie dwa rożne stany. Ten pierwszy uważam za wartościowy. Być sam na sam z sobą.

***Mądre głowy mówią, że to rutyna „kompresuje” czas, do tego mniej nowych bodźców i już czujemy, że zegar jest na kofeinie. Po za tym z wiekiem czas subiektywnie przyspiesza. Na dodatek dużo bodźców - telefon, social media, multitasking - mogą sprawiać, że dzień znika szybciej, bo uwaga jest rozproszona. I dalej - kiedy dni są podobne do siebie, mózg zapisuje mniej nowych informacji. W efekcie patrząc wstecz, wszystko wydaje się krótsze — jakby czas się „skurczył”. Ponoć jest to związane z czymś, co nazywa się adaptacją sensoryczną.

Prorock w sobotę o 20:00. Włączcie Radio Szczecin.




Prorock z księżyca | Fot. Maciej Papke
Prorock z księżyca | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji - Prorock z Księżyca
Kosmiczny, gwiezdny motyw w Prorocku pojawił się kilka miesięcy temu. Można tej audycji odsłuchać, można poczytać felieton – kliknijcie tutaj.
Dziś poniekąd wracamy do tematu.
Wracają też astronauci z misji Artemis II. Wracają z kosmosu, kiedy to piszę. A kiedy Wy czytacie, to pewnie już zmagają się na nowo z grawitacją w swym życiu.

Dziś chciałbym zwrócić Waszą muzyczną uwagę na dwie płyty, może trzy. Na początek Madis – czyli Amadeusz Małkowski, kompozytor i producent el-muzyki. Jego brzmienia - całkiem nowoczesne, a jednak połączone z dźwiękami „starej szkoły” muzyki elektronicznej. Jego pierwszy pełnoprawny solowy album to Sea of Tranquility – konceptualna opowieść o podróży na Księżyc, inspirowana misją Apollo 11. Tytuł odnosi się do „Morza Spokoju” – miejsca lądowania astronautów. To nie jest zbiór przypadkowych utworów – to raczej jedna długa, spójna historia dźwiękowa. Polecam spragnionym takich brzmień.

Kolejnym albumem zalecanym w temacie przez Prorocka jest In Concert Houston/Lyon Jean-Michel Jarre'a. To zapis dwóch wielkich muzycznych plenerowych działań tego francuskiego kompozytora. W wersji wideo tej płyty przedstawiony jest koncert w Houston. To był rok 1986, koncert przygotowywany przez kilka miesięcy na 25-lecie NASA. I w owym ‘86 roku, w styczniu, dochodzi do katastrofy promu Challenger. Jarre zasmucony, chce odwołać koncert planowany na 5 kwietnia. Jest też w tym motyw osobisty. Na pokładzie wahadłowca ginie Ronald McNair – przyjaciel Jean-Michela.
Ronald był też muzykiem, saksofonistą i podczas tej feralnej misji, miał akompaniować na saksofonie w przestrzeni kosmicznej do utworu Last Rendez Vous. Jean-Michel Jarre miał grać na ziemi. Kosmiczny koncert, swoisty THE GREAT GIG IN THE SKY.
Koncert się odbył. 1.300.000 widzów. I podczas koncertu w Houston wybrzmiał tenże Last Rendez Vous, nabierając innego wymiaru i dając inne emocje.
Trzecią płytę omówię szerzej innym razem, przy innej okazji. Chodzi o grupę Public Service Broadcasting i ich koncepcyjny album The Race for Space. Genialny pomysł i wykonanie. I wiadomo - chodzi o kosmos.


Polecam jeszcze dwa filmy. Pewnie już je znacie, widzieliście. Znakomity Apollo 13 i kolejny epicki obraz First Man. Chyba obejrzę po raz kolejny.

Prorock z Księżyca. Sobota godzina 20:00, Radio Szczecin.
Prorock na Wielką Sobotę | Fot. Maciej Papke
Prorock na Wielką Sobotę | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji - Prorock na Wielką Sobotę
Wielkanoc to nie jest łatwe świętowanie. Myślę o osobach mniej religijnych.
Boże Narodzenie, a właściwie Wigilia tegoż święta, są przyjemniejsze w odbiorze. Jest tzw. „klimat” - zima, czasem śnieg, zazwyczaj zimno, a przy stołach wigilijnych ciepło, kolorowo, pachnąco. Rodzinnie. Choinka wesołością raduje. I prezentami. Jest nawet ckliwie, bo kolędy o małym Dziecku gdzieś tam w żłobie, Matka, wiecie, pastuszkowie, zwierzęta miłe. Można nie być religijnym, ale to chwyta. No i 3 dni wolnego od pracy. Minimum. W zależności jakie rozdanie w kalendarzu.
A Wielkanoc? Pierw jakieś trudne chwile trzeba przeżywać - korki na mieście bo procesje, Drogi Krzyżowe, część współobywateli jakaś wyciszona. Ciężko w czwartek, ciężko w piątek.
Jest sobota. Trochę folkloru i taka jakby pasterka wiosenna, wypada być w kościele - koszyczki z jedzeniem i poświęcenie.
Jak wspomniałem - Wigilii nie ma. Główny dzień świętowania to niedziela - z założenia dzień wolny. I to już trochę takie oszukane jakby. Jak zatem świętować? Śniadaniem Wielkanocnym? W sumie śniadanie, to takie antypody kolacji wigilijnej. Czyli co? Budzimy się rano i jemy śniadanie z nadreprezentacją jajek. I już po świętowaniu. Pozostaje drugi dzień świąt - tradycja i znów zabawny folklor - Lany Poniedziałek.
I piszę o tym nie zżymając się na tych mniej lub wcale religijnych, bo moim zdaniem, może im być ciężko ze świętowaniem (tego) najważniejszego wydarzania dla chrześcijan. Tak po ludzku ciężko. Niemniej wiem, że część z nich potrafi z tego skorzystać i wyjechać sobie. Nad morze, w góry, daleko lub blisko. A część potrafi skorzystać z Wielkiego Czwartku, a tym bardziej z wyciszonego Wielkiego Piątku. To dobrze na nich wpływa, bo w roku to może dwa dni mamy, kiedy możemy się wyciszyć i załapać się na refleksję jakąś.
I dla nich jest to taki czas.

Prorock jak zwykle w sobotę. Tym razem Wielką Sobotę. I choć to też dzień ciszy, to niesie w sobie już pod wieczór nadzieję Zmartwychwstania. Podpowiadam - Rzecz wydarzyła się w nocy, stąd nazwa tego święta.
Wypada zagrać spokojnie w audycji, ale bez cierpienia zbytniego.
Zapraszam Was na sobotę, na godzinę 20:00

Ps. Kino. Kino może uratować Wam Sobotę. Niedzielę zresztą też. Filmy tematyczne. Jako Prorock polecam Wam musical Jesus Christ Superstar z 1972 roku. Właściwie to jest rock-opera. Film nakręcił reżyser Skrzypka na dachu Norman Jewison. Dużo dobrej muzyki i nietypowe podejście do przedstawienia Paschy.

Kolejnym obrazem (dla wielu jeszcze bardziej obrazoburczym) jest Ostatnie kuszenie Chrystusa – dramat filmowy w reżyserii Martina Scorsese z roku 1988. Może być trudniejszy w odbiorze, ale dopiero obejrzenie go od początku do samego końca, daje mandat na recenzowanie i wydanie werdyktu 'obrazoburczości' tego filmu.
Plejada aktorska, historia, zdjęcia, ale i muzyka - to zacne strony tego filmu.
W Prorocku muzyka z tego filmu, gościła nie raz na antenie. Nie było chyba takiego roku, aby coś z tej ścieżki dźwiękowej nie zagrało w audycji, która dobrze rockuje.
Sprawdźcie, jak to będzie tym razem.

Christos Anesti!
Prorock | Dorastać do godności. fot Maciej Papke
Prorock | Dorastać do godności. fot Maciej Papke
Posłuchaj Prorock'a z 28 marca
Nie wiem jak Wam, ale zdarzało mi się w życiu poczucie, że jestem czegoś niegodny albo po prostu nie dorosłem do czegoś. Kiedyś dostałem w prezencie od żony nowy kask rowerowy. Długo w nim nie jeździłem, bo uznałem że nie godny jestem kasku pięknego, jeżdżąc wciąż na starym rowerze*.
To jest trochę jak z rzeczami, które czekają na właściwy moment, aby ich użyć, ale tylko w mitycznym czasie, w dobrej chwili odpowiedniego momentu, będą działały lepiej. Zacnie i godnie.
Niektórzy trzymają tak długo w szafce drogie i ulubione perfumy, aż te zwietrzeją.
Podobny motyw miałem z muzyką. Jako młodzian wiedziałem, że są giganci, muzycy i zespoły, które porywały tłumy i wyznaczały muzyczne drogi. Byli wielcy i na piedestałach. Część moich kolegów ich słuchała. Trochę im zazdrościłem, że są niejako na wyższym poziomie. Mnie też poszczególne utwory danych wykonawców się podobały. Ale przecież to dla znawców. Nie chciałem być fanem jednego utworu, czy też jednej płyty. Nie zasługiwałem.
Pewnie psychologicznie to niepokojące - ale tylko dla psychologów. Określiliby to „lękiem przed skalaniem ideału”, albo że mam syndrom oszusta. Są takie pojęcia.
Takie muzyczne uczucia tarmosiły mną dawno temu i to przy wielu wykonawcach. To chyba coś na kształt dorastania. Nie wiem, może w przypadku muzyki, to był motyw uświęcania sztuki, budowania sacrum.
Nie wiem skąd we mnie takie blokady. Może bałem się, że coś mi się nie spodoba, a to będzie oznaczało że się nie znam. Takie cnotliwe podejście miałem choćby do Pink Floydów. Byli wielcy, tworzyli nie tylko muzykę, ale i historię.
Jak ukazała się ich płyta „The Division Bell” miałem z nią styczność, pożyczyłem wówczas krążek od kolegi. Czułem, że on czuje więcej, dając mi z namaszczeniem CD.
I nie spodobała mi się płyta. A czułem że powinna, bo wiecie - Pink Floyd. Na dodatek ta historia tworzenia: pierw było 60 lekko zarysowanych utworów. Gilmour zarządził ‘wielki odsłuch’ dla muzyków pracujących przy tej płycie. Skupiono się na 27 kawałkach, z których w drodze dalszego głosowania część utworów wyrzucono, a inne połączono ze sobą.
Zostało 15, z których wyłoniono finałową 11, która znalazła się na krążku. A mi nadal coś nie wchodziło. Po latach wykiełkowało „High Hopes”** – nie oszukujmy się - opus magnum tego albumu. Potem dołączały kolejne kompozycje, ale teraz już dorosłem i wiem, czuję, że nie wszystkie muszą mi się podobać***.
W moim pasywnym życiu muzycznym, było kilka pozycji, które wręcz fizycznie czekały na półce, aby uczynić mnie godnym słuchania. Ale nadal mam utwory niczym te zacne i drogie perfumy, które odsłuchuję odświętnie, na specjalne okazje. Na szczęście one nie wietrzeją.
Czasem ten odsłuch robię z Wami - na antenie Radia Szczecin i audycji Prorock. Bo w duecie lepiej smakuje.

28 marca zapraszam Was na audycję Prorock. To będzie sobota, włączcie się o godzinie 20:00.


*głowa jest tak samo cenna na starym, jak i na nowym rowerze.

**Wideo do „High Hopes” też doceniłem późno, dopiero kiedy sam zacząłem kadrować rzeczywistość kamerą i aparatem. Ów teledysk został wyreżyserowany przez Storma Thorgersona, grafika, twórcy ponad 100 okładek płyt i blisko 50 teledysków.

***Kiedyś poprowadziłem Prorocka, w którym wybrałem kawałki z 10 moich ulubionych płyt, kawałki które mi się nie podobały. Pozycje które czasem słuchałem - bo wypada, i nie chciałem obrazić idola. Dobra, zazwyczaj je pomijałem. I wiecie co, podczas audycji na żywo stwierdziłem, że te najsłabsze ogniwa nie są takie złe, a nawet mi się podobają.


papke@radioszczecin.pl

Prorock | Bachy, Beethoveny i inne smutasy fot. Maciej Papke
Prorock | Bachy, Beethoveny i inne smutasy fot. Maciej Papke
Posłuchaj Prorock'a z 21 marca 2026
Czy twórczość Bacha to muzyka klasyczna? Formalnie to muzyka epoki baroku. Nie wiem też, czy to muzyka poważna. Terminologia muzyki poważnej/klasycznej jest lekko zagmatwana jak partytura Igora Strawińskiego.
Tak uogólniając - wraz z Węgrami i Czechami mamy muzykę poważną. Większość narodów idzie za angolami i ich classical music. Łotysze mają akademicką muzykę, a w Estonii muzykę głęboką. Wyczytałem w Wikipedii, że i u nas stosuje się termin muzyka akademicka do tego co ja nazywam poważną. Albo klasyczną. Spór trwa. Nawet we mnie.
Na niejednym występie Baltic Neopolis Orchestra na którym byłem, muzycy podkreślali, że to co prezentują nie jest muzyką poważną.
No ale jest poważna. Poważne instrumenty, poważne sale zwane filharmoniami. Poważne miny na scenie i na widowni. Ubranie też klasyczne i poważne. Zresztą, poważna to trochę taka jednak smutna muzyka.
Choć mimo mojego working class, to coś podpowiada mi, że taki Mozart* i Haydn, to nie zawsze tak poważnie komponowali, a co jest teraz słuchane z poważnymi minami.

A weź sobie w słuchawki nałóż na trening na siłce, czy na bieganiu, załaduj Haendla lub Pendereckiego. No nie wejdzie. Albo zgruzuje trening. U większości VOMax osiągnie swoje min.

Ja wiem, że są wytrawne uszy niczym Cabernet Sauvignon i oni z tą swoją wytrawnością i Beethovenem na uszach robią życiówkę na 10 km.
No dobra, trening nie, ale już lot w kosmos przy toccacie albo ćwiczenia kawalerii powietrznej na poligonie przy Wagnerze, to już bardziej czuję.
Słuchajcie, można też się wywyższać. Dobre auto, dobre stereo w aucie i jakiś szlagier Vivaldiego albo Rewolucyjna Chopina, na otwarte okno. Twój status wzrasta wśród ludzi na przystanku tramwajowym o 8 punktów. Powaga.

No i wracamy do Bacha. 21 marca przypada rocznica Jego urodzin.
Dobry moment na Jana Sebastiana w Prorocku, zważywszy że jego muzyka ma bardzo wyraźne struktury harmoniczne i szybkie pasaże, które świetnie pasują do gitar elektrycznych.
Doczytałem – bo sam będąc Prorockiem nie ogarniam tak dobrze muzykologii – że w heavy metalu istnieje cała tradycja riffów i solówek inspirowanych stylem Johanna Sebastiana Bacha — głównie poprzez sekwencje barokowe, szybkie pasaże, arpeggia i quasi-fugi (do końca nie wiem o czym tutaj piszę).
Niemniej przygotowałem kilka utworów z muzyki – jakiej? Rozrywkowej! Pozycji odwołujących się do twórczości Bacha bezpośrednio, czy też pośrednio.
Zapraszam w sobotę 21 marca o 20:00.

Na koniec dodam, że Johann Strauss II (syn), Giuseppe Verdi i ten Mozart ze swymi serenadami, to jednak tak czasami dla niepoważnych zwykłasów tworzyli.


*takie wrażenie wyniosłem choćby z filmu Amadeusz z 1984 roku w reżyserii Milosa Formana
Prorock na antypodach codzienności
Prorock na antypodach codzienności
Odsłuchaj sobie Prorocka z 14. marca 2026


Kiedy w styczniu 2000 roku ukazał się 13. (10.)* album mistrza Jeana Michela Jarre'aMetamorphoses, został przyjęty jako dzieło wręcz kontrowersyjne, wywołując zdziwienie szczególnie u fanów przestrzennych pasaży rodem z Oxygene i Equinoxe.

Owszem, w dyskografii muzyka, pojawiały się samplowane ludzkie głosy, ale nikt nie śpiewał. Może melorecytował. Teraz było inaczej. Metamorphoses okazała się płytą zasługująca na swój tytuł. Utwory krótsze i odrębne, inne niż wcześniejsze kompozycje, które zazwyczaj ewoluowały jedno w drugie. Na tej płycie można usłyszeć i house, techno, ale i radio-pop czy down-tempo.

To był początek tej odskoczni.

W dwa lata później, pojawia się następny album, odmieniec w kolekcji Francuza. Kolejny album, który nie spotkał się z należytym uznaniem i szerokim odzewem wśród miłośników el-muzyki. Album kompletnie pominięty przez media.

Sessions 2000. Tu co prawda mamy powrót do całkowicie instrumentalnych zmagań, ale zarazem są to nowe brzmienia. Nietypowe dla Jean-Michel'a. To jazz. A bardziej jazz-lounge, nu-jazz. JMJ nagrał ten album razem ze swoim kolegą i przyjacielem - wieloletnim współpracownikiem – Francis’em Rimbert’em.

Ów Francis z Michelem koncertował od lat 80, współpracował przy bodajże ośmiu albumach. Największy jednak wkład miał właśnie przy tworzeniu Sessions 2000.

Skąd pomysł na album w oparach jazzu? Wytwórnia w której wydawał swoje albumy JarreDisques Dreyfus - na początku wieku postanowiła zmienić swój profil na brzmienia nieco bardziej chilloutowe, stąd i artyści dotychczas nagrywający tamże, musieli dostosować swoją muzykę.

I moim zdaniem to wyszło.

Session 2000 powstawało niemal jako nagranie improwizowanej sesji, dlatego udział Rimberta okazał się istotny - nie tylko jako muzyka, ale jako programisty instrumentów i sound designu.

Sięgnijcie po te nagrania. Są inne. Nawet jeżeli chill, jazz-lounge i podobne brzmienia, nie są Waszym pierwszym muzycznym wyborem. Jest intrygująco i nie najłatwiej**.


W tym wydaniu Prorocka sięgnę po kilka utworów (raczej pochodzenia gitarowego), ale będą to utwory zaskakujące dla danego wykonawcy. Nie szokujące, ale intrygujące na pewno i nieoczywiste. Wspomniany JMJ też będzie.

Bo muzyka, (a szczególnie Metallica) nie skończyła się po Kill’Em All.



*Wiele osób (choćby dziennikarzy) liczy dyskografie Jean’a Michel’a Jarre od albumu ‘od którego wszystko się zaczęło’ czyli od Oxygene wydanego w 1976 roku. Ale wcześniej, bo w 1973 roku, muzyk ten skomponował ścieżkę dźwiękową do filmu Les Granges Brulees i zapis tejże jest wydane jako oficjalna płyta pod tym samym tytułem co film.

Rok wcześniej w 1972 roku powstaje Desert Palce - jego pierwszy solowy longplay. Owszem, muzyka była tworzona jako ilustracje do filmów, reklam i produkcji telewizyjnych. Niemniej zostało to zebrane na jedną płytę i wydane właśnie jako longplay.


** Bo tak w życiu jest, że poruszamy się po utartych ścieżkach, po tych samych torach, czasem owszem ktoś przestawi zwrotnicę i zmieni nam kierunek jazdy.

To poruszanie się po ustalonych koleinach życia, po wypracowanym schemacie działań, pomaga w funkcjonowaniu. Pomaga nam samym jak i innym w naszym otoczeniu. Często są to przyzwyczajenia, nie tylko nasze i nie tylko przez nas oczekiwane.

I o to wchodzi jakaś odmienność w naszą linię czasu. Jakaś kompozycja nie pasująca do dyskografii naszego żywota. Suniemy po torach co raz częściej zamieniając te zwrotnice, ale i nie zatrzymujemy się też na peronach życia. Wstawiamy zmienną do naszego życia, do codzienności, szokując otoczenie, czasem nawet niesłusznie oburzając. Tak jak po ulubionych muzykach oczekujemy czegoś nowego, ale jednak takiego samego.

Bo najbardziej podobają się nam te, które już znamy (Pisałem o tym tutaj).

Zmianą tą może być element garderoby, porzucenie nałogu, mniej skrępowana szczerość, mówienie o swoich poglądach, wyrażanie opinii, chodzenie do pracy na piechotę, poszczenie, czy też regularne bieganie.

Na starość mu odbiło.

Motor se kupił.

Cokolwiek innego pojawi się w naszej rzeczywistości którą tworzymy, wywołuje to emocje i jakiś niepokój u innych. Pozwólmy zatem innym wydawać takie utwory na pięciolinii życia jakie im w duszy grają.


Prorock | Stayin’ alive. Fot. Maciej Papke
Prorock | Stayin’ alive. Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji z 7 marcA 2026
Nie to, żebym zaraz jakimś wyczulonym audiofilem był. Nie chodzi też o to, że w Radiu pracuję. Nie mam też jakiegoś słuchu odbierającego w wybitnym zakresie częstotliwości, a zapewne wraz z wiekiem moje spektrum jest coraz węższe. Badań słuchu jeszcze sobie nie robiłem, bo boje się, że to moje dobre nastawienie popsuje się tymże badaniem.

Niemniej czasem dostaję porażenia, kiedy piosenki, utwory, muzykę którą znam, słyszę na pierdziakowym sprzęcie. Choć rozumiem, że czasem to małe radyjko w kuchni pomaga śpiewać przy krojeniu pieczarek, a wodoodporny blututowy głośnik daje namiastkę mono-dźwięku pod prysznicem. Choć tego blututa to obronię – często słyszę muzykę ze smartfona albo częściej jakiś podcast. Słyszę, bo moja żona operując w kuchni, umila sobie czas właśnie dźwiękami ze smartfona. I aby w kuchennym zgiełku było coś słychać z tych mikrych głośniczków, trzeba naprawdę pogłośnić solidnie. Zatem nie tylko kuchnia słucha, ale wszyscy wokoło.
I tu ratuje sytuację wspomniany głośnik blututowy. Można słuchać ciszej, a słyszeć więcej.

Nie jestem też purystą dźwiękowym. Ale wiem, jak bardzo wiele kosztuje muzyków, producentów, realizatorów dźwięku zabiegów, aby jakiś utwór brzmiał tak a nie inaczej. Ile to pracy, umiejętności, nieprzeciętnego słuchu, wyczucia i zmysłów nie nazwanych potrzeba. Godziny pracy nad frazą, doborem strun w gitarze i maglowanie sampli. A my potem brzęczymy zgruźliczałym głośnikiem*.
Wręcz bezcześcimy bylejakością odsłuchu. I nie chodzi teraz o pracę w biurze, kuchni, warsztacie, czy na budowie. Tam radio, muzyka towarzyszy i niech tak będzie. Prędzej namawiam Was do celebrowania muzyki którą lubicie, albo chcecie poznać. Dajmy szansę twórcom, aby ich przekaz nie został zepsuty przez nasz odbiór, czy też sposób odbioru. Ja mam tak z kawą. I herbatą. Jeżeli mi nie podpasuje, to nie dopijam. Nie piję dalej po pierwszych dwóch fałszywych łykach smaku. Lepiej już nie pić, niż mieć ten posmak niesmaku.

Do ilu też ja utworów się przekonałem, tylko dlatego, że gdzieś przypadkowo po raz drugi usłyszałem je choćby na całkiem zwykłych dousznych słuchawkach.
Dajmy szansę wybrzmieć. Dziś taki podjazd robi do Was Radio Szczecin i ja z audycją Prorock. Będzie stereo i w miarę bez zakłóceń.

Zresztą jak macie zakłócenia w życiu i pada Wam nie tylko dźwięk - nie poddawajcie się. W Prorocku 7 marca tematem przewodnim będzie hasło „stayin’ alive”.
Zatem zalecam – kto może – bo wiem, że część z Was pracuje i tam w robocie słucha właśnie Prorocka, ale pozostali również weźcie nałóżcie słuchawki, albo podkręćcie w domu stereo. Ta audycja i muzyka wybrzmi dla Was.



* Tak, wiem jest coś takiego "Krzywa Harmana": Badania wykazały, że istnieje pewien model brzmienia (target curve), który jest preferowany przez większość ludzi. Głośniki grające dokładnie tak, jak nagranie (ang. linear response), przegrywały z tymi, które "kolorowały" dźwięk w sposób przyjemny dla ucha. Firma Harman International to właściciel m.in. JBL, Harman Kardon, AKG)
Ale (chyba) firma Bose (też od głośników) miała taki pokój odsłuchowy, to była jeżdżąca platforma na TIRze. Prócz promocji przeprowadzali po Polsce badania nad preferencjami. Słuchacze wybierali w pomieszczeniu odsłuchowym zestaw, który wg nich najlepiej brzmiał. Wyniki badań pokazały, że większość słuchających wybrała głośniki, które brzmią słabiej niż przeciętnie, jak w większości ich samochodów.
12