Nie przepadam za chodzeniem na cmentarz, choć bywam na nim stosunkowo często. Wynika to z moich obowiązków w pracy redakcyjnej. Niemniej jednak cmentarna atmosfera mnie przygnębia. Nekropolie uzmysławiają mi przemijanie i przypominają, że kiedyś przyjdzie także mój własny epilog. Jako chrześcijanin powinienem spoglądać na to miejsce z większą odwagą i bez prób tak silnego zakotwiczania się w doczesności, jakbym miał nigdy nie umrzeć.
Chrześcijaństwo to przecież religia Zmartwychwstania. Zgodnie z 1 Listem do Koryntian, jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, cała nasza wiara jest daremna i próżna. Czasem jednak w życiu duchowym zatrzymujemy się na etapie samego „pójścia do nieba” czy przejścia w zaświaty, zapominając o prawdziwym rdzeniu naszej religii. Dużo łatwiej jest nam wyobrazić sobie abstrakcyjne niebo niż realne zmartwychwstanie umarłych. Ja również, mijając groby, powinienem stale pamiętać o tym wymiarze nadrzeczywistości.
Mimo osobistych oporów i niechęci do odwiedzania cmentarzy, z dużym szacunkiem i ciepłem w sercu patrzę na rzesze rodaków podążających na groby w listopadowe dni. Idą wszyscy: wierzący, ci mniej gorliwi i ci zupełnie niewierzący. Każdy z nich niesie w sobie inne wyobrażenie eschatologiczne, ale każdego prowadzi pamięć o kimś bliskim oraz tęskna miłość. Choć na mogiłę można pójść w każdy inny dzień roku, to właśnie w ten konkretny czas coś w głębi serca zmusza nas, by wyjść z domów tłumnie. Jak pisał poeta:
Ojczyzną moją — to bratnie groby
Pełne wdowiego smętku, żałoby...
W tym szczególnym okresie wolę pominąć całą otaczającą go groteskę. Cmentarne parady mody, rodzinne spotkania, podczas których potrafimy się na siebie boczyć, czy wzajemne ocenianie zniczy i kwiatów przyniesionych przez krewnych – dajmy temu spokój. Najważniejsze i najpiękniejsze jest to nasze wspólne wędrowanie. Pamięć o przodkach. Przecież wielu z nas pokonuje setki kilometrów, aby nawiedzić groby antenatów. Jedziemy na spotkanie z mogiłą, a jednak tak naprawdę jedziemy do człowieka.
Ojczyzną dziecię — to łany twoje
To groby przodków skryte żałobą!
Ta pamięć niesie jednak za sobą pewien refleksyjny ciężar. Ze smutkiem i żalem myślę czasem o tym, że kilkadziesiąt lat po mojej śmierci moi własnie potomkowie nie będą już o mnie pamiętali ani wiedzieli nic konkretnego. Przemijanie męczy mnie na co dzień, a czasem męczy nawet na zapas. Wszystko to przecież minie jak polna trawa.
I te znicze... Jesteśmy ich największym producentem w Europie, a w naszym kraju panuje na nie największe zapotrzebowanie na całym kontynencie. Płomień lampki przypomina o osobie, której już z nami nie ma. Jest symbolem obecności i znakiem, że łącząca nas więź wciąż trwa. Innym przypomina o nadziei zmartwychwstania, stając się światłem w mroku śmierci. A może blask zniczy to wskazówka dla błądzących dusz, pokazująca im drogę? Może to po prostu latarnie nadziei?
Kultywujmy tę tradycję i pamiętajmy. Ci, którzy wierzą, niech głęboko rozważają tajemnicę zmartwychwstania. Tradycja prawosławna bardzo mocno wiąże pamięć o zmarłych z Paschą, czyli świętem Zmartwychwstania Chrystusa. To właśnie radosna nowina o zwycięstwie nad śmiercią jest niesiona w sercach na groby*.
Nie pozwólmy, aby nasza więź z bliskimi kończyła się wraz z ich odejściem. Żyjmy dobrze i czyńmy dobro w taki sposób, aby za sto lat wciąż owocowało ono w świecie – nawet jeśli nikt nie będzie już pamiętał naszego imienia. Żyjmy z nadzieją i wiarą. Ostatnim słowem nigdy nie jest śmierć.
Wyjątkowo – niedzielne spotkanie z audycją Prorock odbędzie się 1 listopada o godzinie 21:00.
*Niemniej jednak społeczność prawosławna naturalnie włącza się w ogólnopolski, kulturowy zwyczaj listopadowej zadumy. Można przecież świętować dwa razy.

Radio Szczecin