Byłem na koncercie. Nie zdarza się to tak często, jakbym sobie tego życzył – mało jest wydarzeń, które interesują mnie na tyle, abym za nie zapłacił. A płacić trzeba całkiem srogo, szczególnie za zagranicznych artystów. Mało jest też koncertów w Szczecinie, które w ogóle wyciągną mnie z domu lub przeorganizują mój dzień. Jestem już poniekąd zmanierowany. Z racji pracy w Radiu Szczecin bywam – zawodowo lub przy okazji – na wielu różnych wydarzeniach odbywających się w naszym Studiu Koncertowym S-1. Przy okazji, bo czasem po prostu jestem w pracy, a na żywo muzyka płynie po korytarzach naszej rozgłośni.
Koncerty, które odbywają się poza Szczecinem i są w kręgu moich zainteresowań, zazwyczaj skutecznie zniechęcają mnie finansowo. Weźmy czerwcowy występ Guns N' Roses. Najtańszy bilet, który umiejscawia mnie na samej krawędzi naszej galaktyki, kosztował 400 zł. Scena z tej odległości ma wielkość pudełka od zapałek. Można wbić się na płytę za 500 zł. Boczne trybuny to prawie 800 zł, o miejscach bliżej sceny nawet nie wspomnę.
Niech będą te trybuny. Koncertem zainteresowana jest cała nasza męska piątka: ja – ojciec-Prorock – z czterema synami. Matematyka samych biletów jest prosta. Doliczmy dojazd w te i we wte – najniższa krajowa nie wystarczy. I jeszcze kup im hot doga po drodze. Kolejny przykład: AC/DC – najtańszy, odległy od sceny bilet kosztuje 750 zł. Dziękuję, postoję.
Tak, można też pójść na koncert samemu. I tu dochodzimy do sedna, do samego rdzenia ambarasu – do wspólnego przeżywania. W świecie według Prorocka ma ono trzy różne postacie.
Wymiar pierwszy: Wewnętrzna, indywidualna ekscytacja
Kiedy jestem na jakimś wydarzeniu lub wyprawie bez mojej atomowej rodziny, odbiór rzeczywistości zawsze jest ułomny. Towarzyszy mu nuta smutku, że najbliżsi tego nie współodczuwają. Tak bywało na samotnych koncertach – fajnie, ale to niepełna radość. Zachłannie czerpię z muzyki, ale pod sceną jest jakoś samotnie. Prawdziwą wartość ma dopiero wspólnotowy odbiór z najbliższymi czy przyjaciółmi.
Drugi wymiar: Koncert to rytuał i transformacja
Drugi wymiar przeżywania to szerszy krąg wspólnoty. To wszyscy inni, którzy przybyli w to samo miejsce. Przyjechali z różnych stron, wskoczyli w t-shirty z logo zespołu lub z okładką płyty na piersiach i plecach. Zrobili fryzury, upodobnili się do swoich idoli. Z nimi też rodzi się więź. Obcy, ale swoi. Podobnie wyjście z żoną i dziećmi to radość szersza, cementująca relacje.
Na koncercie przeżywa się i odbiera całe to promieniowanie ze sceny razem z innymi ludźmi. O ile płyt słucha się w samotności – szczególnie współcześnie, na słuchawkach – o tyle koncert pozwala doświadczyć muzyki całym ciałem i duszą. Basy drżą w klatce piersiowej, wyzwala się energia tłumu, kiedy tysiące obcych sobie osób w tym samym ułamku sekundy czuje dokładnie to samo.
Zrzucamy napięcie po dniach pracy, budujemy społeczność ludzi, którzy w danym momencie czują i myślą podobnie. Koncert to jedno z niewielu miejsc, gdzie setki rąk jednocześnie podnoszą się w tym samym geście. To świecki, wspólny rytuał. Ludzie nie płacą dziś za to, by usłyszeć piosenki – od tego mają Spotify. Płacą za to, by zobaczyć siebie nawzajem reagujących na te piosenki.
A zaraz po tym pojawia się kolejna perspektywa, która mnie intryguje: czy przeżywanie na koncercie to wektory o przeciwnych zwrotach?
Trzeci wymiar: Koncert to żywioł i synergia
Czym koncert jest dla artysty? Tu przeżycia są wektorami o tym samym kierunku, ale przeciwnych zwrotach. Zazwyczaj. Bywałem bowiem na występach, gdzie muzyk lub zespół po prostu przyszli do pracy, profesjonalnie odhaczyli swoje, ale synergii zabrakło.
Najczęściej jednak artysta jest jednocześnie dawcą i biorcą. Daje nam ze sceny moc dźwięków, świateł i energię płynącą ze swoich umiejętności. Ale i on czerpie. Karmi się tłumem. Bierze energię od nas – widzów i słuchaczy. Nasze emocje promieniują w stronę sceny. Perfect też o tym śpiewał: Tysięczny tłum / Spija słowa z mych ust/ Kochają mnie (…) w gardłach rodzi im się śpiew.
Czujecie to, prawda? Te emocje tuż po utworze, po całym występie. Oklaski, krzyki. Ja gwiżdżę – żona mnie za to karci, ale to przecież gwizd aprobaty prostego chłopaka z Niebuszewa. A potem ten wykon w nas rezonuje. Choć najpierw dopada nas „koncertowy zjazd”, czyli tak zwany syndrom Post-Concert Depression. Gasną światła, artysta wraca do swojego busa, a my do zatłoczonego tramwaju. Lądujemy (artysta i my) w tej samej, szarej rzeczywistości z dzwonieniem w uszach – nagle odcięci od potężnego źródła dopaminy.
Ostatnio byłem na koncercie z synami. I z żoną, która oczywiście prosiła, abym w emocjach nie gwizdał. Artysta wystąpił w szczecińskiej Filharmonii, a nazywa się Madis. To twórca szeroko pojętej muzyki elektronicznej, el-muzyki. Jego styl to świetne połączenie klasycznej elektroniki w stylu Berlin School z nowoczesnymi brzmieniami progressive trance, synthwave czy ambientu.
Było mnóstwo soczystych dźwięków, dymu, świateł i laserowa harfa. Ponad dwie godziny muzyki czasu i przestrzeni. Działało tam wiele wektorów energii. Zadowolenie było widać po obu stronach sceny, jakbyśmy razem dokonali jakiegoś wielkiego dzieła – wspólnej pracy i ucztowania zarazem.
To po ile mówicie są te bilety na Rush w Krakowie i Sabaton w Łodzi w przyszłym roku?
A koncertowych kawałków – nie tylko z rockowym zacięciem – posłuchacie w najbliższym „Prorocku” w sobotę, 17 października o godzinie 20:00. Maciej Papke, zapraszam.
Koncerty, które odbywają się poza Szczecinem i są w kręgu moich zainteresowań, zazwyczaj skutecznie zniechęcają mnie finansowo. Weźmy czerwcowy występ Guns N' Roses. Najtańszy bilet, który umiejscawia mnie na samej krawędzi naszej galaktyki, kosztował 400 zł. Scena z tej odległości ma wielkość pudełka od zapałek. Można wbić się na płytę za 500 zł. Boczne trybuny to prawie 800 zł, o miejscach bliżej sceny nawet nie wspomnę.
Niech będą te trybuny. Koncertem zainteresowana jest cała nasza męska piątka: ja – ojciec-Prorock – z czterema synami. Matematyka samych biletów jest prosta. Doliczmy dojazd w te i we wte – najniższa krajowa nie wystarczy. I jeszcze kup im hot doga po drodze. Kolejny przykład: AC/DC – najtańszy, odległy od sceny bilet kosztuje 750 zł. Dziękuję, postoję.
Tak, można też pójść na koncert samemu. I tu dochodzimy do sedna, do samego rdzenia ambarasu – do wspólnego przeżywania. W świecie według Prorocka ma ono trzy różne postacie.
Wymiar pierwszy: Wewnętrzna, indywidualna ekscytacja
Kiedy jestem na jakimś wydarzeniu lub wyprawie bez mojej atomowej rodziny, odbiór rzeczywistości zawsze jest ułomny. Towarzyszy mu nuta smutku, że najbliżsi tego nie współodczuwają. Tak bywało na samotnych koncertach – fajnie, ale to niepełna radość. Zachłannie czerpię z muzyki, ale pod sceną jest jakoś samotnie. Prawdziwą wartość ma dopiero wspólnotowy odbiór z najbliższymi czy przyjaciółmi.
Drugi wymiar: Koncert to rytuał i transformacja
Drugi wymiar przeżywania to szerszy krąg wspólnoty. To wszyscy inni, którzy przybyli w to samo miejsce. Przyjechali z różnych stron, wskoczyli w t-shirty z logo zespołu lub z okładką płyty na piersiach i plecach. Zrobili fryzury, upodobnili się do swoich idoli. Z nimi też rodzi się więź. Obcy, ale swoi. Podobnie wyjście z żoną i dziećmi to radość szersza, cementująca relacje.
Na koncercie przeżywa się i odbiera całe to promieniowanie ze sceny razem z innymi ludźmi. O ile płyt słucha się w samotności – szczególnie współcześnie, na słuchawkach – o tyle koncert pozwala doświadczyć muzyki całym ciałem i duszą. Basy drżą w klatce piersiowej, wyzwala się energia tłumu, kiedy tysiące obcych sobie osób w tym samym ułamku sekundy czuje dokładnie to samo.
Zrzucamy napięcie po dniach pracy, budujemy społeczność ludzi, którzy w danym momencie czują i myślą podobnie. Koncert to jedno z niewielu miejsc, gdzie setki rąk jednocześnie podnoszą się w tym samym geście. To świecki, wspólny rytuał. Ludzie nie płacą dziś za to, by usłyszeć piosenki – od tego mają Spotify. Płacą za to, by zobaczyć siebie nawzajem reagujących na te piosenki.
A zaraz po tym pojawia się kolejna perspektywa, która mnie intryguje: czy przeżywanie na koncercie to wektory o przeciwnych zwrotach?
Trzeci wymiar: Koncert to żywioł i synergia
Czym koncert jest dla artysty? Tu przeżycia są wektorami o tym samym kierunku, ale przeciwnych zwrotach. Zazwyczaj. Bywałem bowiem na występach, gdzie muzyk lub zespół po prostu przyszli do pracy, profesjonalnie odhaczyli swoje, ale synergii zabrakło.
Najczęściej jednak artysta jest jednocześnie dawcą i biorcą. Daje nam ze sceny moc dźwięków, świateł i energię płynącą ze swoich umiejętności. Ale i on czerpie. Karmi się tłumem. Bierze energię od nas – widzów i słuchaczy. Nasze emocje promieniują w stronę sceny. Perfect też o tym śpiewał: Tysięczny tłum / Spija słowa z mych ust/ Kochają mnie (…) w gardłach rodzi im się śpiew.
Czujecie to, prawda? Te emocje tuż po utworze, po całym występie. Oklaski, krzyki. Ja gwiżdżę – żona mnie za to karci, ale to przecież gwizd aprobaty prostego chłopaka z Niebuszewa. A potem ten wykon w nas rezonuje. Choć najpierw dopada nas „koncertowy zjazd”, czyli tak zwany syndrom Post-Concert Depression. Gasną światła, artysta wraca do swojego busa, a my do zatłoczonego tramwaju. Lądujemy (artysta i my) w tej samej, szarej rzeczywistości z dzwonieniem w uszach – nagle odcięci od potężnego źródła dopaminy.
Ostatnio byłem na koncercie z synami. I z żoną, która oczywiście prosiła, abym w emocjach nie gwizdał. Artysta wystąpił w szczecińskiej Filharmonii, a nazywa się Madis. To twórca szeroko pojętej muzyki elektronicznej, el-muzyki. Jego styl to świetne połączenie klasycznej elektroniki w stylu Berlin School z nowoczesnymi brzmieniami progressive trance, synthwave czy ambientu.
Było mnóstwo soczystych dźwięków, dymu, świateł i laserowa harfa. Ponad dwie godziny muzyki czasu i przestrzeni. Działało tam wiele wektorów energii. Zadowolenie było widać po obu stronach sceny, jakbyśmy razem dokonali jakiegoś wielkiego dzieła – wspólnej pracy i ucztowania zarazem.
To po ile mówicie są te bilety na Rush w Krakowie i Sabaton w Łodzi w przyszłym roku?
A koncertowych kawałków – nie tylko z rockowym zacięciem – posłuchacie w najbliższym „Prorocku” w sobotę, 17 października o godzinie 20:00. Maciej Papke, zapraszam.

Radio Szczecin