Ponad dekadę temu przygotowałem przewrotną audycję Prorock. Zagrałem – skupcie się – najmniej lubiane przeze mnie utwory z moich ulubionych płyt. Mamy przecież ulubionych wykonawców, ich ulubione albumy, a na nich ulubione kompozycje. Nie oszukujmy się, mamy też te mniej lubiane, a niektóre z nich w ogóle nielubiane, pomijane przy odsłuchu. Pamiętam, że wśród słuchaczy pojawiło się wtedy wiele oburzonych głosów – że to niedorzeczne, że to absurdalny pomysł na audycję. Właściwie trochę głupi. Były emocje. Na marginesie dodam, że wtedy nieco więcej osób udzielało się na Facebooku pod wpisami dotyczącymi programu.
Do dziś zastanawiam się, skąd wzięły się tamte emocje. Może moje wybory burzyły czyjś muzyczny światopogląd, a być może czasem po prostu boimy się przyznać przed samymi sobą, że coś nam nie pasuje? Z biegiem lat odkrywamy, że to, co wcześniej nam się podobało – muzyka, sztuka, ludzie, zjawiska, wybory życiowe – było ułudą, nieprawdą. Nasze decyzje były często wymuszone przez innych – rodziców, przyjaciół, system, środowisko. Odkrywamy, że część rzeczy, które uważaliśmy za własne, wcale nie musiała być naszym autentycznym wyborem. Dotyczy to zazwyczaj, jak wspomniałem, muzyki, sztuki, autorytetów, przyjaźni, poglądów, a nawet drogi życiowej.
I nie zastanawiam się tutaj, czy w ogóle istnieje autentyczne „ja”, skoro od dzieciństwa kształtują nas język, kultura i relacje. Nie o to akurat chodzi. Z muzyki młodości można po prostu wyrosnąć. Choćby dlatego, że i sami artyści wyrastają ze swej twórczości czy też znikają z horyzontu zdarzeń. Dochodzimy do momentu, w którym potrafimy przyznać przed samym sobą: to jest słaba płyta, ten film nigdy mi się nie podobał.
No właśnie. Powracam wciąż (obecnie już rzadziej) do oglądania Gwiezdnych Wojen – to taka moja mała przypadłość. Wracam do pierwotnej trylogii, zaczynającej się od Epizodu IV. Nie jestem natomiast zdolny do włączenia prequeli, czyli epizodów I–III. Teraz już wiem, że oglądając je kiedyś w kinie, wmawiałem sobie poniekąd, że mi się podobają. Nie, nie podobały mi się aż tak bardzo. Jest jeszcze parę filmowych obrazów, znacznie „poważniejszych” niż Star Wars, które do mnie nie przemawiają. To tak zwane klasyki, którymi zachwycają się moi znajomi. Wiem jednak, że w głębi duszy im się nie podobają, ale nie przyznają się do tego, bo przecież „Słowacki wielkim poetą był”. Niektórzy piją wina, które im nie smakują, bo wciąż myślą, że trenują swoje kubki smakowe. Jeszcze inni spotykają się ze znajomymi, chociaż jest to dla nich męczące. Uważają jednak, że wypada się pomęczyć, bo tak trzeba. Czasami nawet nie do końca sobie uzmysławiamy, że dręczymy się jakąś relacją czy spotkaniem. A to uwiera jak zrolowana skarpetka w ciasnym bucie. Często bronimy własnej biografii nie dlatego, że była dobra, ale dlatego, że trudno nam zaakceptować koszt pomyłki.
W jednym z niedawnych felietonów zatytułowanym „O fotografii” wspominałem o książce Susan Sontag pod tym właśnie tytułem. Od 12 lat próbuję przez nią przebrnąć. Podejść było już pięć. Ostatnio znów chwyciłem za tę pozycję. Zacząłem od początku i zajechałem nieco dalej niż zakładka pozostawiona trzy lata temu. I znów się zatrzymałem. Nie wciąga mnie wybitność tego dzieła. Męczę się nadal, choć czytana na wyrywki, otwierana na chybił trafił, smakuje o wiele lepiej.
I nie podpowiem Wam, co robić, jak żyć. Czy robić teraz remanent życia i sprawdzać termin przydatności niektórych jego aspektów. Niestety nie mam jednoznacznej puenty tych rozmyślań, żadnego epilogu. W tej chwili szukam po prostu łagodnego przejścia, jakiejś konkluzji, która poprowadzi nas do tematu tego wydania audycji Prorock. A są nim covery.
Nad tym muzycznym zagadnieniem pochylałem się w Prorocku już kilkukrotnie i zawsze z innego punktu widzenia – a właściwie słyszenia. Może więc taka fastryga do tego felietonu: czasem cover, ponowne wykonanie jakiegoś utworu, okazuje się lepsze niż oryginał, nawet jeśli ten oryginał był dotąd naszą ulubioną wersją. Bywa tak, że zaciekle bronimy pierwowzoru, choć podświadomie czujemy, że cover jest lepszy. Może być taki ścieg?
W samym Prorocku pójdę jeszcze dalej – zagram piosenki, o których mogliście nawet nie wiedzieć, że są coverami. Słyszymy się w sobotę, 24 października o godzinie 20:00.
Do dziś zastanawiam się, skąd wzięły się tamte emocje. Może moje wybory burzyły czyjś muzyczny światopogląd, a być może czasem po prostu boimy się przyznać przed samymi sobą, że coś nam nie pasuje? Z biegiem lat odkrywamy, że to, co wcześniej nam się podobało – muzyka, sztuka, ludzie, zjawiska, wybory życiowe – było ułudą, nieprawdą. Nasze decyzje były często wymuszone przez innych – rodziców, przyjaciół, system, środowisko. Odkrywamy, że część rzeczy, które uważaliśmy za własne, wcale nie musiała być naszym autentycznym wyborem. Dotyczy to zazwyczaj, jak wspomniałem, muzyki, sztuki, autorytetów, przyjaźni, poglądów, a nawet drogi życiowej.
I nie zastanawiam się tutaj, czy w ogóle istnieje autentyczne „ja”, skoro od dzieciństwa kształtują nas język, kultura i relacje. Nie o to akurat chodzi. Z muzyki młodości można po prostu wyrosnąć. Choćby dlatego, że i sami artyści wyrastają ze swej twórczości czy też znikają z horyzontu zdarzeń. Dochodzimy do momentu, w którym potrafimy przyznać przed samym sobą: to jest słaba płyta, ten film nigdy mi się nie podobał.
No właśnie. Powracam wciąż (obecnie już rzadziej) do oglądania Gwiezdnych Wojen – to taka moja mała przypadłość. Wracam do pierwotnej trylogii, zaczynającej się od Epizodu IV. Nie jestem natomiast zdolny do włączenia prequeli, czyli epizodów I–III. Teraz już wiem, że oglądając je kiedyś w kinie, wmawiałem sobie poniekąd, że mi się podobają. Nie, nie podobały mi się aż tak bardzo. Jest jeszcze parę filmowych obrazów, znacznie „poważniejszych” niż Star Wars, które do mnie nie przemawiają. To tak zwane klasyki, którymi zachwycają się moi znajomi. Wiem jednak, że w głębi duszy im się nie podobają, ale nie przyznają się do tego, bo przecież „Słowacki wielkim poetą był”. Niektórzy piją wina, które im nie smakują, bo wciąż myślą, że trenują swoje kubki smakowe. Jeszcze inni spotykają się ze znajomymi, chociaż jest to dla nich męczące. Uważają jednak, że wypada się pomęczyć, bo tak trzeba. Czasami nawet nie do końca sobie uzmysławiamy, że dręczymy się jakąś relacją czy spotkaniem. A to uwiera jak zrolowana skarpetka w ciasnym bucie. Często bronimy własnej biografii nie dlatego, że była dobra, ale dlatego, że trudno nam zaakceptować koszt pomyłki.
W jednym z niedawnych felietonów zatytułowanym „O fotografii” wspominałem o książce Susan Sontag pod tym właśnie tytułem. Od 12 lat próbuję przez nią przebrnąć. Podejść było już pięć. Ostatnio znów chwyciłem za tę pozycję. Zacząłem od początku i zajechałem nieco dalej niż zakładka pozostawiona trzy lata temu. I znów się zatrzymałem. Nie wciąga mnie wybitność tego dzieła. Męczę się nadal, choć czytana na wyrywki, otwierana na chybił trafił, smakuje o wiele lepiej.
I nie podpowiem Wam, co robić, jak żyć. Czy robić teraz remanent życia i sprawdzać termin przydatności niektórych jego aspektów. Niestety nie mam jednoznacznej puenty tych rozmyślań, żadnego epilogu. W tej chwili szukam po prostu łagodnego przejścia, jakiejś konkluzji, która poprowadzi nas do tematu tego wydania audycji Prorock. A są nim covery.
Nad tym muzycznym zagadnieniem pochylałem się w Prorocku już kilkukrotnie i zawsze z innego punktu widzenia – a właściwie słyszenia. Może więc taka fastryga do tego felietonu: czasem cover, ponowne wykonanie jakiegoś utworu, okazuje się lepsze niż oryginał, nawet jeśli ten oryginał był dotąd naszą ulubioną wersją. Bywa tak, że zaciekle bronimy pierwowzoru, choć podświadomie czujemy, że cover jest lepszy. Może być taki ścieg?
W samym Prorocku pójdę jeszcze dalej – zagram piosenki, o których mogliście nawet nie wiedzieć, że są coverami. Słyszymy się w sobotę, 24 października o godzinie 20:00.

Radio Szczecin