Zabrałem synów do kina. Właśnie mija 50 lat od premiery kultowego dramatu obyczajowego jakim jest Rocky. Kina przypominają teraz ten obraz sprzed pół wieku. Uniwersalna przypowieść o ludzkiej kondycji. Film ten nakręcony w 1976 roku, to nie kino sportowe, choć mocnego sportu jest tu dużo. Cieszę się, że mogłem ten film po raz pierwszy zobaczyć na dużym ekranie, na dodatek w otoczeniu synów.
Tu chodzi o godność. Jest tu walka, ale przede wszystkim walka o szacunek do siebie samego. Rocky to życiowy rozbitek. I ma tego świadomość. Kiedy nadarza się okazja na walkę życia wie, że chce "tylko przeżyć 15 rund". Nie chce być "kolejnym pętakiem z dzielnicy". To film o odzyskiwaniu utraconej godności. To historia o samotności i potrzebie bliskości. Jego dziewczyna - Adrian również żyje na marginesie społecznego świata. Jest wycofana i nieśmiała. Oboje są odrzuceni przez społeczeństwo i potwornie samotni. Jednak są dla siebie i się uzupełniają - „wypełniają luki”, jak to określił Rocky.
Jest w tym filmie mit, właściwie dwa – American Dream i motyw drugiej szansy. American Dream balansuje tutaj na granicy cynizmu. Druga szansa, którą dostaje Rocky nie jest przecież wynikiem sprawiedliwego awansu. To kaprys mistrza, który szuka widowiska. Rocky musi tę szansę okupić morderczym treningiem.
Mamy w tym filmie także aspekt relacji uczeń – mistrz. W tej relacji jest motyw drugiej szansy jaka zarysowała się przed trenerem Mikiem.
Ten dwugodzinny seans to chyba wzór-konspekt dla opowieści 'od zera do bohatera'. Niemniej zwracam uwagę na następne części tej historii. I choć sequele mają mniej szczerości i neorealistycznej surowości pierwszej odsłony Rocky'ego, to kolejne dwa rozdziały historii jeszcze łapią trochę tego psychologicznego spojrzenia. Myślę nawet, że tego pogłębionego spojrzenia na bohatera jest o wiele więcej, niż przypisuje to popkultura dwóm kolejnym częściom. Gdybym miał to opisać po jednym zdaniu, to w Rocky II mamy psychologię syndromu oszusta i kompleksu niższości, a w Rocky III to anatomia pychy i lęku przed prawdą. Niemniej każda z tych części, razem i osobno, niesie przekaz, że warto podjąć walkę z przeciwnościami.
Dla aktywnych, uprawiających sport te filmy to bodziec do działania i wiary w swoje możliwości. Spoiwem, ale i środkiem dopingującym jest tu muzyka już od pierwszej części. Bill Conti, jego fanfary i „Gonna Fly Now" to muzyczna glukoza dla całej serii. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych zestawów nut motywacyjnych w historii popkultury. I choć w trzecim epizodzie otrzymujemy dodatkowo kopnięcie „Eye of the Tiger" zespołu Survivor, to i tak orkiestrowe tematy Contiego spajały wszystkie odsłony sagi. Wracały w najważniejszych, najbardziej poruszających momentach serii, w tym w Rocky Balboa z 2006 roku. Pamiętam moje ówczesne wzruszenie w kinie na koniec filmu. Zresztą teraz, po seansie z synami też drgnęło emocją.
O kulisach, powstawaniu filmu Rocky, o scenariuszu, Sylwestrze Stallone, który ten scenariusz stworzył, o tym że historia Balboi w swym rysie przypomina życie Stallone, nie będę tu pisał. Za chwilę (20 listopada 2026 roku) na nasze ekrany wchodzi film biograficzny o początkach i kulisach powstania filmu Rocky - "I play Rocky". Tam znajdziemy te historie.
Rocky to film, po którym mi się chce. Być może po sześciotygodniowej przerwie wrócę do treningów rowerowych, żeby w 2027 roku być przygotowanym na kolejne ultramaratony. Zapewne podczas treningowych zmagań nie zabraknie w mojej głowie obrazów zdeterminowanego Rocky'ego Balboi. Pomoże mi w tym muzyka wybrana z sześciu klasycznych odsłon przygód boksera z Filadelfii. Być może playlista przygotowana do audycji Prorock stanie się także listą wspierającą moje treningowe wysiłki.
Bo czasem nie trzeba wygrać piętnastu rund. Wystarczy, że po długiej przerwie znów chce się założyć buty i wyjść z domu. Albo wsiąść na trenażer.
Jeżeli chcecie usłyszeć rzeczoną playlistę, zapraszam na audycję Prorock w sobotę 7 listopada o godzinie 20:00.
Tu chodzi o godność. Jest tu walka, ale przede wszystkim walka o szacunek do siebie samego. Rocky to życiowy rozbitek. I ma tego świadomość. Kiedy nadarza się okazja na walkę życia wie, że chce "tylko przeżyć 15 rund". Nie chce być "kolejnym pętakiem z dzielnicy". To film o odzyskiwaniu utraconej godności. To historia o samotności i potrzebie bliskości. Jego dziewczyna - Adrian również żyje na marginesie społecznego świata. Jest wycofana i nieśmiała. Oboje są odrzuceni przez społeczeństwo i potwornie samotni. Jednak są dla siebie i się uzupełniają - „wypełniają luki”, jak to określił Rocky.
Jest w tym filmie mit, właściwie dwa – American Dream i motyw drugiej szansy. American Dream balansuje tutaj na granicy cynizmu. Druga szansa, którą dostaje Rocky nie jest przecież wynikiem sprawiedliwego awansu. To kaprys mistrza, który szuka widowiska. Rocky musi tę szansę okupić morderczym treningiem.
Mamy w tym filmie także aspekt relacji uczeń – mistrz. W tej relacji jest motyw drugiej szansy jaka zarysowała się przed trenerem Mikiem.
Ten dwugodzinny seans to chyba wzór-konspekt dla opowieści 'od zera do bohatera'. Niemniej zwracam uwagę na następne części tej historii. I choć sequele mają mniej szczerości i neorealistycznej surowości pierwszej odsłony Rocky'ego, to kolejne dwa rozdziały historii jeszcze łapią trochę tego psychologicznego spojrzenia. Myślę nawet, że tego pogłębionego spojrzenia na bohatera jest o wiele więcej, niż przypisuje to popkultura dwóm kolejnym częściom. Gdybym miał to opisać po jednym zdaniu, to w Rocky II mamy psychologię syndromu oszusta i kompleksu niższości, a w Rocky III to anatomia pychy i lęku przed prawdą. Niemniej każda z tych części, razem i osobno, niesie przekaz, że warto podjąć walkę z przeciwnościami.
Dla aktywnych, uprawiających sport te filmy to bodziec do działania i wiary w swoje możliwości. Spoiwem, ale i środkiem dopingującym jest tu muzyka już od pierwszej części. Bill Conti, jego fanfary i „Gonna Fly Now" to muzyczna glukoza dla całej serii. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych zestawów nut motywacyjnych w historii popkultury. I choć w trzecim epizodzie otrzymujemy dodatkowo kopnięcie „Eye of the Tiger" zespołu Survivor, to i tak orkiestrowe tematy Contiego spajały wszystkie odsłony sagi. Wracały w najważniejszych, najbardziej poruszających momentach serii, w tym w Rocky Balboa z 2006 roku. Pamiętam moje ówczesne wzruszenie w kinie na koniec filmu. Zresztą teraz, po seansie z synami też drgnęło emocją.
O kulisach, powstawaniu filmu Rocky, o scenariuszu, Sylwestrze Stallone, który ten scenariusz stworzył, o tym że historia Balboi w swym rysie przypomina życie Stallone, nie będę tu pisał. Za chwilę (20 listopada 2026 roku) na nasze ekrany wchodzi film biograficzny o początkach i kulisach powstania filmu Rocky - "I play Rocky". Tam znajdziemy te historie.
Rocky to film, po którym mi się chce. Być może po sześciotygodniowej przerwie wrócę do treningów rowerowych, żeby w 2027 roku być przygotowanym na kolejne ultramaratony. Zapewne podczas treningowych zmagań nie zabraknie w mojej głowie obrazów zdeterminowanego Rocky'ego Balboi. Pomoże mi w tym muzyka wybrana z sześciu klasycznych odsłon przygód boksera z Filadelfii. Być może playlista przygotowana do audycji Prorock stanie się także listą wspierającą moje treningowe wysiłki.
Bo czasem nie trzeba wygrać piętnastu rund. Wystarczy, że po długiej przerwie znów chce się założyć buty i wyjść z domu. Albo wsiąść na trenażer.
Jeżeli chcecie usłyszeć rzeczoną playlistę, zapraszam na audycję Prorock w sobotę 7 listopada o godzinie 20:00.

Radio Szczecin