Wcielamy się w Aavę, która ma tak naprawdę jeden cel - zostać pierwszą osobą, która stanie na szczycie niedostępnej i potężnej góry Kami. Na przeszkodzie stanie nam pogoda, głód, pragnienie, ale przede wszystkim nasza własna głowa. Bo główną mechaniką w Cairn jest wspinaczka. Powolna i metodyczna, bo kontrolować możemy każdą kończynę naszej bohaterki. To nie jest realistyczna wspinaczka, bo sposób poruszania się Aavy sprawia, że ci, co znają się trochę na ludzkiej biomechanice, nie mogą się zdecydować czy łapać się za głowę czy za doktorat o takim niezwykłym przypadku. Jednak to nie jest minus, bo zamiast realizmu dostajemy autentyzm, dzięki któremu mamy dostęp do doświadczeń, które rozmyłyby się przy hiperrealistycznej rozgrywce. Tak jak w prawdziwych górach, tak i tutaj, najtrudniejsze momenty przychodzą zazwyczaj zaraz przed następną półką, a największym wrogiem jest panika i chaotyczny pośpiech. I tak, możemy przygotować się najlepiej jak się da, napełnić wszystkie bukłaki wodą, a plecak jedzeniem, ale jeśli poniesie nas brawura, sparaliżuje strach albo rozsierdzi frustracja, to ostatnie dwa metry przed założeniem obozu zsuniemy się po ścianie i z krwawiącymi palcami, w deszczu i wietrze będziemy musieli decydować co zrobić zanim zabraknie nam sił. Jedyny minus, pomijając szalone ruchy kończyn Aavy, to czasami niejasne zasady, które rządzą tym czy udaje się nam utrzymać na skale czy nie.
Cairn to właściwie opowieść drogi. Traktuje tę drogę poważnie, fizyczne doświadczenie podróży i przemieszczania jest tutaj najważniejsze i gra pierwsze skrzypce. Jednak twórcy poszli o krok dalej i dodali też fabułę, która obfituje w filozoficzne rozmyślania. Co z ukochaną Aavy, która czeka na nią gdzieś w domu i żyje życiem podczas gdy nasza bohaterka jest, tak naprawdę, w innym świecie? Co z pieniędzmi, sponsorami? Po co właściwie się wspinać, po co ryzykować, wchodzić na kolejny szczyt i zdobywać kolejną ścianę? A między tym jeszcze wplątana jest cicha opowieść o synach i córkach góry, o ludziach, dla których była domem, o żyjących tam zwierzętach, o gwiazdach, o zorzach polarnych, o zapominaniu i o docenianiu.
A jakby tego było mało Cairn jest po prostu piękne pod każdym względem. Stylizowana grafika jest zachwycająca pomimo swojej prostoty. Interfejs jest czytelny, a poruszanie się po nim jest przyjemnością. Muzyka nie towarzyszy nam cały czas, wycisza się i daje przestrzeń by tylko słuchać wiatru i skały, ale jak już się pojawi to dodaje do przestrzeni. Uderza w medytacyjne tony, w ambienty, a nawet w elektroniczne klimaty, w których pobrzmiewa synth. Rysowane okna ładowania mają duszę, a całość jest poprowadzona i wyreżyserowana z dbałością, która sprawia, że nie mogę się doczekać by wrócić do Cairn, by wejść na Kami, a potem spróbować innych trybów, które oferują nam twórcy. Na pierwszy rzut oka widać, że Cairn to produkcja do cna francuska, zbudowana na wielkich tradycjach sztuk wizualnych, na komiksie, na animacji, na muzyce. Można się uczyć i inspirować.
Cairn prawie dosięga 10/10, bo w swojej kategorii jest wybitna, dopracowana i doszlifowana, ale daję 9/10, bo 10 dostanie jeśli nie wyjdzie mi z głowy nawet jak już przejdzie mi ten wstępny zachwyt. Bierzcie karabińczyki i idzie na Kami. Na pewno nie pożałujecie.