Mapa świata, cały kontynent przed tobą. Wybierasz rasę, pierwsze terytorium i zaczyna się coś, co bardziej przypomina totalny podbój niż zwykłą strategię. To jest Warlords Battlecry II. Gra z 2002 roku stworzona przez australijskie studio Strategic Studies Group i wydana przez legendarne Ubisoft. To był czas, w którym strategie wyglądały zupełnie inaczej, ale ten tytuł wyprzedził swoje czasy. Większość gier dawała ci armię. Tutaj dostajesz bohatera, wokół którego kręci się cała rozgrywka. Bo to nie jest klasyczny RTS. To unikalny miks strategii czasu rzeczywistego i pełnokrwistego RPG. Tworzysz postać, rozwijasz ją przez dziesiątki bitew, zbierasz doświadczenie, wybierasz umiejętności i budujesz własny styl walki. Ten bohater zostaje z tobą na zawsze. Rośnie w siłę aż do 50 poziomu.
A kampania? Tu nikt nie prowadzi cię za rękę. Masz przed sobą Etherię, świat z własną mitologią i konfliktami, 67 terytoriów do zdobycia i jeden cel, przejąć wszystko. Każdy region to inne bonusy, inne surowce i inna przewaga. Ale uważaj, kiedy zaczniesz dominować, reszta świata połączy siły, by cię powstrzymać. To nie jest po prostu seria misji, to brutalna wojna o wpływy. Do wyboru masz aż 12 ras, ludzie, elfy, demony, nieumarli. Każda frakcja to zupełnie inne jednostki i inna filozofia walki. W czasach, gdy konkurencja dawała trzy, może cztery strony konfliktu, to robiło kolosalne wrażenie.
Ale sercem gry była twoja świta. Najlepsze jednostki nie znikały po bitwie. Mogłeś zabrać je ze sobą dalej. Nadawałeś im imiona, patrzyłeś, jak rosną w siłę razem z tobą. To tworzyło więź z armią, jakiej próżno było szukać w innych strategiach. Oczywiście Warlords Battlecry II nie jest bez wad. Technicznie bywa toporne. Już w dniu premiery dwuwymiarowa grafika wydawała się skromna przy wchodzącym wtedy 3D. Interfejs bywa przeładowany, a mikrozarządzanie w ferworze walki wymaga stalowych nerwów i ogromnej cierpliwości.
To gra kultowa, bo jako jedna z niewielu połączyła skalę wielkiej wojny z intymnym rozwojem jednej postaci. Pokazała, że to nie tysiące żołnierzy są najważniejsze, ale ten jeden dowódca, który ich prowadzi. Powrót dzisiaj ma sens, jeśli szukasz głębi. To nie jest gra na szybką sesję. To imperium, które buduje się powoli z każdą kolejną bitwą.
Warlords Battlecry II nie było największym hitem sprzedaży swoich czasów, ale było dowodem na to, że robiąc rzeczy inaczej, można przejść do historii.
A kampania? Tu nikt nie prowadzi cię za rękę. Masz przed sobą Etherię, świat z własną mitologią i konfliktami, 67 terytoriów do zdobycia i jeden cel, przejąć wszystko. Każdy region to inne bonusy, inne surowce i inna przewaga. Ale uważaj, kiedy zaczniesz dominować, reszta świata połączy siły, by cię powstrzymać. To nie jest po prostu seria misji, to brutalna wojna o wpływy. Do wyboru masz aż 12 ras, ludzie, elfy, demony, nieumarli. Każda frakcja to zupełnie inne jednostki i inna filozofia walki. W czasach, gdy konkurencja dawała trzy, może cztery strony konfliktu, to robiło kolosalne wrażenie.
Ale sercem gry była twoja świta. Najlepsze jednostki nie znikały po bitwie. Mogłeś zabrać je ze sobą dalej. Nadawałeś im imiona, patrzyłeś, jak rosną w siłę razem z tobą. To tworzyło więź z armią, jakiej próżno było szukać w innych strategiach. Oczywiście Warlords Battlecry II nie jest bez wad. Technicznie bywa toporne. Już w dniu premiery dwuwymiarowa grafika wydawała się skromna przy wchodzącym wtedy 3D. Interfejs bywa przeładowany, a mikrozarządzanie w ferworze walki wymaga stalowych nerwów i ogromnej cierpliwości.
To gra kultowa, bo jako jedna z niewielu połączyła skalę wielkiej wojny z intymnym rozwojem jednej postaci. Pokazała, że to nie tysiące żołnierzy są najważniejsze, ale ten jeden dowódca, który ich prowadzi. Powrót dzisiaj ma sens, jeśli szukasz głębi. To nie jest gra na szybką sesję. To imperium, które buduje się powoli z każdą kolejną bitwą.
Warlords Battlecry II nie było największym hitem sprzedaży swoich czasów, ale było dowodem na to, że robiąc rzeczy inaczej, można przejść do historii.

Radio Szczecin