Jest to kolejna gra z cyklu, który roboczo nazwałem „Nintendo wypycha swoje wszystkie sztandarowe serie na nowy sprzęt”. Szybko wyliczając: Mario Kart dostaje nową wersję, Mario Party - duże uaktualnienie, Donkey Kong i Kirby też dostali trochę miłości, nawet doszło do odświeżenia znanych i lubianych tytułów spod znaku Super Mario Galaxy. I fakt, może tenisowe przygody tej ekipy nie cieszą się taką popularnością, jak inne spin-offy z uniwersum, jednak te też mają kilkudziesięcioletnią historię.
Do dyspozycji w Mario Tennis Fever dostajemy 38 postaci, oczywiście nie od razu, ale nie zdziwi was pewnie, jak powiem, że jest to największa liczba w historii serii. Poza zmiennymi statystykami postaci kolejnym czynnikiem, który trzeba mieć na uwadze, to efekty, które dają nam rakiety tenisowe. Po naładowaniu się dostajemy do dyspozycji Fever Shot, którego konsekwencje mogą nam pomóc w zdobywaniu punktów. Albo i utrudnić, jeżeli przeciwnik zdoła odbić piłeczkę na naszą stronę kortu. Jakie power-upy na nas czekają? Między innymi rażące prądem kule, ogniki rozsypane na części placu gry czy wspomniane wcześniej wyrastające wulkany.
Do dyspozycji dostajemy kilka trybów gry, gdzie poziom odpięcia wrotek jest zróżnicowany. Od szybkich meczów, przez turnieje, po tryb z wyzwaniami, nazwany Trial Towers i kompletnie zmieniający warunki tryb Mix It Up. Do tego jest tryb, w którym zamiast sterowania guzikami, machamy Joy-Conem, który pełni rolę rakiety. Jest jeszcze kampania fabularna, tutaj jednak mam pewne zarzuty. Nie jest ona długa, a mimo tego ma się uczucie, że jest przegadana. Ani fabularnie niczym nas nie zaskoczy, ani nie rozbawi dialogiem, a sam system wplatania minigierek, niczym w Mario Party, nie porywa. Fabuła to tutaj góra kilka godzin, a może to i lepiej, że nie napompowano tego sztucznie jeszcze bardziej.
Mario Tennis to seria, która raczej trzyma się na uboczu swoich bardziej popularnych sióstr. Najnowsza jej odsłona bardziej nadaje się do gry z kimś na kanapie, niż w samotności i to jest chyba jej największa wada. Po tym, jak już odblokuje się wszystko, co można, zaczyna brakować czegoś, co przyciągnie do grania w pojedynkę. Z zachowaniem proporcji, mam z tym podobne uczucia, jak z Mario Party – sam raczej nie odpalam, ale na imprezie działa idealnie. Ale na pewno nie jest to zły tytuł, jak zresztą wspominałem – Nintendo raczej się nie myli. Nie będzie to raczej niczyja gra pierwszego wyboru, ale z czystym sercem 7.5 na 10 się należy.