Dla mnie styczność z tym tytułem, to jak powrót do lat dwutysięcznych, ery świetności gier o sportach ekstremalnych. Wspomniany deskorolkowy Tony Hawk, rowerowy Dave Mirra Freestyle BMX, rolkowe Aggressive Inline. Choć tu jest ta duża szczypta szaleństwa, bo jednak robienie pociągiem flipów, grindów, wallride'ów czy manuali, to giereczkowa fantastyka. Ale to się sprawdza. Pomysł na to miało hiszpańskie studio Undercoders, które garściami czerpało z japońskiej kultury, filmów anime i tego azjatyckiego luzu. Akcja Denshattack! to dystopijna Japonia, gdzie maszynistka Emi Araki dostarcza ludziom przesyłki do domu, np. ramen. Pewnego dnia dowiaduje się, że są zawody na widowiskową jazdę pociągiem, ale też podziemne sieci gangów i buntowników, podejrzana megakorporacja Miraidō, z którą oczywiście trzeba walczyć.
Fabuła to tylko ładne opakowanie, do dynamicznej jazdy lokomotywą, której nie ima się grawitacja. Wszystko, co nauczyli nas w szkole na lekcjach fizyki, nie ma tu zbytnio racji bytu. Emi przemierza największe miasta Japonii, torami prowadzącymi przez nadmorskie klify, rozległe łąki, niebezpieczne wulkany i odcięte od świata metropolie, jak Osaka czy Tokio. Pełne jaskrawych kolorów i niesamowitych budowli. Każdy region to kolejne wyzwania do podjęcia.
Co do zasady podczas przemierzania trasy trzeba skupić się na kilku aspektach. Punktacji, czyli tricki i budowanie combosów, czasie przejazdu i wyzwaniach przygotowanych przez twórców. A to przejechać trasę bez wypadku, coś rozwalić, wykonać kilka konkretnych tricków, a przy okazji odnaleźć puszki z farbą i filmową taśmę. To wymusza granie po kilka razy na danym poziomie, bo zrobienie wszystkiego na raz jest naprawdę dużym wyzwaniem, w wielu przypadkach nieosiągalnym. Choćby z uwagi na fakt, że tory mają rozjazdy, a są też trasy alternatywne. Ale zabawa daje sporą satysfakcję, więc to nie problem.
Teraz wyobraźcie sobie, że bardzo szybko jedziecie lokomotywą. Na zakrętach robicie drifty, na przejazdach trąbicie, by szlaban został otwarty, pędząc na złamanie karku pociągiem skaczecie na kilkadziesiąt metrów, w powietrzu robicie znane z deskorolki tricki i obroty, jeszcze przed lądowaniem przeskakujecie na tory obok i lądujecie na manualu - czyli pojazd jedzie np. tylko na przednich kołach. A to wszystko w ciągu kilku sekund, przy dużej prędkości i szykując się do kolejnej hopki, która pojawia się prawie natychmiast. Wykonując ollie, tricki, grindy czy jadąc po ścianie, budujecie combosy by mieć jak największą punktację. Istne szaleństwo. A wszystko po to, by zostać legendarnym Denshattackerem. Mało? A co powiecie na walki z bossami - magiczne mechadziewczyny, ruchome zamki czy mechaniczne czerwie. Wypisz wymaluj zupełnie normalne japońskie anime.
Denshattack! jest wymagające, trzeba cierpliwości, refleksu, umiejętności budowania serii tricków, szybkiego myślenia i podejmowania decyzji. Tu nie można spokojnie się zatrzymać, pomyśleć, zaplanować, jak w starych grach o sportach ekstremalnych. Najlepsze jest to, że mimo niepowodzeń, wielokrotnego powtarzania tras, uczenia się niełatwych sztuczek, próby odnalezienia się na torach przy dużych prędkościach, gra się nie nudzi. Chce się powtarzać raz jeszcze i jeszcze i jeszcze. Jest zdobywanie nowych umiejętności, nowych malowań czy naklejek na pociąg, ale to dodatki do dynamicznej, szalonej wręcz jazdy bez trzymanki.
Twórcom idealnie udało się oddać klimat japońskiej popkultury, pełnej dziwactw i przejaskrawień. Przejechanie - dosłownie gry - zajmuje około 10 godzin, ale jeśli ktoś ma ambicje, by zdobyć same złote medale i zaliczyć wszystkie wyzwania, to życze powodzenia. Ja nie dawałem rady. Mimo to w Denshattack! bawiłem się wyśmienicie, bo pasuje mi tu wszystko, oprawa, muzyka, szalony pomysł na grę i cała otoczka. Ocena 8.5/10