W Majster Symulator wcielamy się w rolę młodzieńca, który w poszukiwaniu pracy zostaje pracownikiem na remontach. Po tym, jak nasz wątpliwej jakości nauczyciel ulega wypadkowi, „dziedziczymy” jego budowlany biznes. Stajemy się więc samoukiem (choć nie do końca), a wśród naszych nabytych umiejętności jest kładzenie płytek na oko czy rozrabianie farby z wodą. Wszystko po to, aby było taniej, żeby zysku w naszej kieszeni za zrobioną robotę było jak najwięcej.
Warstwa fabularna jest, ale nie oczekujcie wielkich zwrotów akcji, czy dylematów moralnych. Może poza tymi biorącymi się z robienia na 30 procent. Krążymy od zlecenia do zlecenia po to, aby odrestaurować nasz odziedziczony dom. Jak to na przełomie wieków – cwaniactwo nam w tym pomaga. Gładź czy płytki możemy przecież zabrać od naszych szanownych klientów, tylko trzeba pamiętać, które wiaderko nie jest chrzczone, przecież u siebie się robi jak u siebie. Wszystko jest okraszone humorem, który ma momenty, większość dialogów jednak próbuje i średnio wychodzi, czyli w sumie tak, jak nasze remonty. Pytanie tylko czy to celowo, czy nie. Nie o dialogi jednak chodzi, a o kiepskiej jakości renowacje. A te robi się dość intuicyjnie. Jeżeli ktoś grał w podobne symulatory – raczej bez problemu złapie rytm szybko. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, aby robić nie za dokładnie.
Oprawa graficzna jest taka, o jaką moglibyśmy osądzić tego typu symulator. Dość prosta, ale, niech będzie, wystarczająca. Jak to przy podobnych symulatorach czynności wszelakich. Bardziej od widoku zgrzyta mi jednak to, co w słuchawkach. Zarówno muzyka, jak i dialogi tworzone były z pomocą AI, co momentami widać aż za mocno. Te drugie mniej rażą, soundtrack jednak jest robiony jako dziwna sklejka muzyki z lat 90. ubiegłego wieku i, po prostu, nie brzmi za dobrze. Momentami również zgrzytnie coś technicznie i klatki spadają czy gra się zacina.
Jest tanio? Jest. Jest dobrze? Jest tanio. Tak to jest z tymi naszymi remontami w Majster Symulator. Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Jesteś fachowcem od roboty, nie od udanych remontów. Płytki trzymają się do odbioru przez klienta, a po to Bóg dał nam oczy, aby robić na oko. Szybciej wyrzucisz kanapę przez okno niż zniesiesz ją po schodach. Przycinasz na czasie i pieniądzach tak, żeby było akceptowalnie, ale nie bardziej, bo jak zrobisz dobrze, to jeszcze ci kolejna robota wpadnie. Więc jak z oceną? Trzeba wiedzieć, w co się pakujesz przy instalacji. Gra przepełniona polskimi nawiązaniami, które trafiają, bądź nie. Traktująca siebie niezbyt poważnie. Plasująca się bardziej po stronie komediowej. Więc jeżeli weźmiesz na to poprawkę, to nie zawiedziesz się, bo to właśnie taki tytuł. Fajerwerków nie będzie, ale pograć można z przyjemnością. Ode mnie – siedem i pół na dziesięć.