Może zresztą też pamiętacie taką mieszankę przygody i akcji głęboko zanurzonej w lovecraftorskiej mitologii? Pradawane kulty, szaleństwo, trochę gotyckiego klimatu, wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać po produkcji, która czerpie pełnymi garściami z twórczości "Samotnika z Providence". Oczywiście miała swoje problemy, ale koniec końców zapewniała całkiem solidną dawkę rozrywki w niezłym klimacie, a jej siłą był detektywistyczny sznyt - rozwiązywanie zagadek, łączenie faktów i poszlak, a potem dedukowanie właściwego przebiegu badanych wydarzeń. Następca wybiera poniekąd własną drogę, nie rezygnując jednak z niektórych przetartych szlaków. Nadal sceną dla tego spektaklu jest tytułowe zalane miasto, bohaterowie są jednak zupełnie nowi i sposób narracji również wygląda, jakby autorzy na chwilę wstali od stołów i próbowali znaleźć nowy pomysł na opowieść zachowując jej groteskowe ramy.
Początek, który ma nas wprowadzić w fabułę to jak jakiś Indiana Jones; akcja okraszona nieco przetartym humorem, filmowe nawiązanie, a później dość brutalne przeniesienie do lovecraftowskiej wersji Wenecji, gdzie w każdej zalanej ulicy coś może odgryźć nam głowę albo choćby solidnie wystraszyć. Osią wydarzeń są starania głównego bohatera o wybudzenie ukochanej z tajemniczej śpiączki, której przyczyny są oczywiście nadprzyrodzone. A do tego przyda mu się sporo broni, ale też - może pamiętacie zmagania umysłowe z "jedynki", o których wcześniej wspomniałem - no to też jeszcze więcej broni. Tym razem twórcy w dużym stopniu odeszli od zacięcia wymagającego myślenia. Mamy tu też do czynienia z zagadkami, natomiast są one rzadsze i mniej rozbudowane niż w poprzedniczce. Osobiście uważam, że to strata i spłycenie gry, która właśnie dzięki takiemu podejściu była na swój sposób wyjątkowa, do tego odejście od prostej strzelaniny według mnie bardziej odpowiadało klimatom z Lovecrafta, który zdecydowanie częściej kojarzy się z umysłowymi wyzwaniami, przemyśleniami i łączeniem faktów. No cóż licentia poetica, tym niemniej szkoda. Na pocieszenie - podkreślę - te zagadki, które zostały - czy to w głównym wątku, czy pobocznych - sprawiają wrażenie przemyślanych i dają sporo frajdy, choć nie są raczej trudne.
No, skoro walka gra tu pierwsze skrzypce, to jak prezentują się starcia z przeciwnikami? W porównaniu do poprzedniej części, gdzie potyczki przypominały bierki łopatami, to faktycznie - tu jest lepiej. Niezły wybór broni, fajne działanie, przy czym niemal kompletny brak starć w zwarciu. Znaczy - niby można, ale nie wiem czy coś źle robiłem, czy tak po prostu jest - nie umiałem jej kompletnie przełożyć na jakiekolwiek efekty. Zawsze kończyło się to dla mnie tragicznie. Co do zasady jednak - aspekt strzelania oceniam na plus. Na pewno w porównaniu do części pierwszej, natomiast to akurat żadna sztuka.
Po mieście i poszczególnych lokacjach w Sinking City 2 poruszało mi się bardzo dobrze, trochę żałuję, że aspekt motorówki nie został jakoś bardziej wyeksploatowany, ja tu widzę całe pole możliwości, choćby do jakichś dodatkowych animacji, ale może w "trójce...". Konstrukcja miasta, projekty, opustoszałe budowle, ładnie się wszystko wpisuje w świat przedstawiony. Do tego co jakiś czas trafiamy na bezpieczny pokój, gdzie nic nam nie grozi i jakoś to jest tak skonstruowane, że faktycznie czuje się jakąś przyjemną ulgę przestępując jego próg. Może i ograne, ale tu wykonane bardzo fajnie.
Mam bardzo mieszane uczucia w sprawie Sinking City 2. Właściwie to bardzo przyjemnie spędziłem czas, nie liczyłem nawet na nic więcej, jako survival horror sprawdza się dość dobrze. Nie liczyłem na nic więcej, ale liczyłem na coś trochę innego. Gra straciła odrobinę swojego ducha przez rezygnację z głównej mechaniki poprzedniej odsłony. Żałuję, ale i tak można tu dobrze się bawić. 7/10.