Giermasz
Radio SzczecinRadio Szczecin » Giermasz » RECENZJE
The Blood of Dawnwalker
The Blood of Dawnwalker
Jak myślicie, jak długa jest droga od średniowiecznego rycerskiego zakonu do krwiożerczej bestii żywiącej się ludzką krwią i lubującej się w dręczeniu niewinnych ludzi? Ano, w zasadzie jedno pokolenie. Serio!

Grę do recenzji otrzymaliśmy od dystrybutora, firmy Cenega.
Recenzja The Blood of Dawnwalker [PC]

Vlad II Dracul należał do Zakonu Smoka, powołanego między innymi do walki z Imperium Osmańskim. Natomiast jego synem był Vlad III Dracula, którego świat później poznał jako Vlada Palownika. I jak już możecie domyślić się po przydomku, mógł z powołania być młodym entuzjastą stosowania egzekucji i szerzenia terroru, nabijając ludzi na pal. Srogo, prawda? Miejmy nadzieję, że chociaż mała część z tych opowieści jest wynikiem ówczesnej propagandy.

Vlad co prawda nie był żadnym wampirem, Wrakirem ani żadnym innym komarem, ale w Rumunii bywa przedstawiany jako brutalny władca broniący Wołoszczyzny przed Osmanami. 400 lat później Bram Stoker wykorzystał owianą złą sławą nazwę „Dracula” dla swojego literackiego wampira. Później znany i lubiany przez nas Hollywood zrobił z niego nieśmiertelnego pasjonata tworzenia z ludzi swojej trzody chlewnej.

A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście zwykłą, biedną rodziną, starającą się wiązać jakoś koniec z końcem. Żyjecie tak sobie z pracy na roli i połowu ryb. Nie robicie nikomu krzywdy. Sąsiadowi zawsze mówicie dzień dobry, gdy się z nim mijacie na polnej dróżce. Może nie macie w piwnicy skarbca ze złotem i wiszących diamentów nad kominkiem, ale macie siebie. Kochacie się, szanujecie, tulicie i ogólnie tak sobie żyjecie, ciesząc się z tego, co macie. Wasza osada, skąpana w blasku pięknego słońca za dnia i świecąca jasnym światłem księżyca odbijającego się w tafli jeziora, przyjaźnie spogląda na wasze rozpromienione twarze. Oczywiście na tym świecie pewne jest tylko to, że jedyną stałą jest zmiana i nie zawsze jest to zmiana na lepsze.

I tak nad waszą osadę Svartrau wiatr przyciąga ciemne chmury zwiastujące ulewne deszcze i niestety, jak się później okazuje, epidemię dżumy. Ludzie zaczynają chorować i umierać na ulicach krainy Vale Sangora, zapychając lecznice i zarażając coraz to większe grupy ludzi. Władze nie mają wyjścia i muszą podjąć ważne, choć mało popularne decyzje o zatrzymaniu rozszerzania się zarazy poprzez pozbawianie życia osób zarażonych. Znamy już takie sytuacje z historii i wiemy, jak się one zwykle kończą.

Choroba nie omija niestety również i waszej rodziny. Młodsza siostra Lunka niestety, ale zapada na dżumę, a wy wraz ze swoją rodziną staracie się zrobić absolutnie wszystko, aby ją uratować. Leków, cóż, jest jak na lekarstwo, więc los raczej wam nie sprzyja. W dodatku na progu waszej izby pojawiają się królewscy strażnicy, pełniący jakże mało chwalebne zadanie, jakim było likwidowanie wszystkich, którzy mają na twarzy krosty i pryszcze. Uciekacie więc ze swoją schorowaną siostrą w siną dal, aby uniknąć królewskiego topora zawieszonego na jej szyi. Niestety, ale los kolejny raz z was raczył zadrwić i sprawił, że królewscy pielęgniarze was doganiają i niestety dopadają.

I tak, gdy już zapłakani zaczynacie godzić się ze swoim marnym losem, nagle wokół was pojawia się najpierw czarny dym, a zaraz po nim jacyś ludzie. Królewscy rozdawnicy naostrzonej szczepionki zaczynają umierać w tajemniczych okolicznościach. Pomyśleliście sobie w pierwszej chwili, że szczęście wreszcie do nas uśmiechnęło! I kiedy tak z radości aż chcecie podskoczyć, znów zderzacie się ze ścianą. Wasi wybawcy to wampiry, które żywią się ludzką krwią. Upatrzyły sobie waszą krainę na swoją krwistą hodowlę ludzkich dusz. A ich przywódca, Brencis, leczy waszą siostrę z przeraźliwej choroby i ogłasza się nowym władcą waszej krainy.

No pięknie. I tak w zamian za utrzymywanie was w zdrowiu i szczęściu żąda od was daniny w postaci waszej własnej krwi. Co miesiąc spotykacie się w kościele na specjalnej ceremonii, na której to wampirzy monarchowie piją z waszych ciał wasz czerwony płyn niczym wino ze złotych kielichów. I takie to macie życie. Wyobraziliście to sobie?

Coen wraz ze swoją rodziną z gry „The Blood of Dawnwalker” od polskiego studia Rebel Wolves, wydanej przez Bandai Namco Entertainment, nie musiał sobie tego wyobrażać, bo to właśnie jego historia.

Wraz z tempem rozwoju rozgrywki przychodzi moment, w którym to kończymy prolog wprowadzający nas do świata gry. I tu przychodzi moment, w którym ludzie postanawiają się zbuntować przeciwko tyranii krwiopijców i wszczynają bunt, który niestety kończy się bardzo brutalnym niepowodzeniem, prowadzącym między innymi do krwawych czystek na mieszkańcach wioski. Wskutek tych działań Brencis, czyli główny antagonista, przemienia nas w jednego z wampirów. I aby to doprecyzować, w grze istota zwana wampirem została przemianowana jako Wrakir. Słońce, tak jak to ma miejsce przy klasycznej pijawce, jaką znamy z popkultury, dość mocno szkodzi naszym potworkom. Srebro również bywa ich słabością, ale za to krzyże i czosnek używają jako przedmioty podręczne do ozdoby i przyprawiania potrawki z ludzi. I tutaj też należy zaznaczyć, co też jest bardzo istotne dla fabuły, to ich krew posiada właściwości lecznicze, dzięki czemu są w stanie stale utrzymywać przy życiu swoją wierną trzodę. Optymistycznie, prawda?

Przemiana naszego głównego bohatera nie wychodzi jednak Brencisowi tak, jak to sobie wyobrażał. Nie została ona tak jakby zakończona. Doprowadziło to do tego, że jako protagonista, zamiast stać się Wrakirem, to staliśmy się tym tytułowym Dawnwalkerem. Oznacza to, że za dnia pozostajemy pięknością jako człowiek, a nocą zaś szkaradą, w której to przyjmujemy postać wampira. Rosną nam kły, pazury i takie tam. Pijemy z ofiar krew, leczymy nią swoje zranione ciało i ogólnie tak budzimy strach na osiedlu.

Grę, jak się okazuje, tworzyła w głównej mierze ekipa pracująca przy takich tytułach jak „Wiedźmin 3” czy „Cyberpunk”, ale to już pewnie wie przytłaczająca większość z was. Ta informacja była wykrzykiwana jeszcze przed tym, jak ukazał się sam tytuł. Dlatego też nie będę się jakoś na ten temat specjalnie wypowiadał.

Pierwsze, co uderzyło mnie najbardziej w tej grze, to coś, czego jeszcze nie widziałem wcześniej w grach RPG tego typu. Do tej pory, choćby w takim Wiedźminie, mieliśmy sytuację, w której to najczęściej główny wątek fabularny był przez większość graczy porzucany na korzyść zadań pobocznych lub innych przyjemności, jak między innymi granie w słynnego już Gwinta.

Tutaj do gry został wprowadzony upływ czasu. Oznacza to, że każde zadanie zabiera nam czas w grze. Nie jest to oczywiście czas rzeczywisty, jaki mamy w świecie realnym, ale jest nie mniej istotny. Każde zadanie, zarówno te fabularne, jak i poboczne, mocno wpływa na upływ właśnie tego czasu.

Aby móc przybliżyć to dokładnie, to muszę raz jeszcze powrócić do rozgrywki w tym uniwersum. Po tym, jak zostajemy przemienieni w kuzyna Draculi, przywódca Wrakirów porywa naszą rodzinę w celu skonsumowania ich na najbliższej ceremonii, na której to chce ogłosić się królem naszej krainy. Jakby picie krwi ze swoich poddanych już mu nie wystarczało. Ta uroczystość, jak się dowiadujemy, ma odbyć się za równy miesiąc. Jak już pewnie się domyślacie, mamy dokładnie 30 dni na wyciągnięcie naszych bliskich z rąk tego szablozębnego krwiopijaka. I te 30 dni to nie żart. W grze naprawdę mijają te dni. Co prawda od chodzenia po tej krainie bez celu i zbierania wszystkiego, co popadnie, czas nam nie mija, ale już zadania główne i te poboczne znacząco uszczuplają nasz wolny czas. Mamy więc deadline, w którym to musimy zmieścić się z całą naszą rozgrywką. I muszę przyznać, że dodaje to pewnej pikanterii do odczuć związanych z grą, gdyż oznacza to, że za jednym przejściem gry nie jesteśmy w stanie wykonać wszystkich zadań, jakie mamy dostępne. I muszę powiedzieć, że działa to zdecydowanie na korzyść, gdyż naprawdę czuje się wagę naszych decyzji.

Ciekawostką jest też to, że aby stanąć twarzą w twarz z Brencisem, nie musimy tych 30 dni czekać. Możemy już na samym początku ruszyć ze szturmem na jego zamek. Jak można się domyślić, na obecnym poziomie rozwoju naszej postaci może być to arcytrudne zadanie do wykonania. Ale nie niemożliwe, albowiem gra przewiduje takie rozwiązanie.

Jedną z najważniejszych ról, jakie ma do wykonania mechanika gry „The Blood of Dawnwalker”, jest cykl dnia i nocy. Jak już wspomniałem wcześniej, za dnia jesteśmy człowiekiem i jako Homo sapiens wykonujemy zadania związane z brutalnym światem, w jakim to nam przyszło egzystować. Natomiast gdy nadchodzi noc, przemieniamy się w bestię i dalej wykonujemy zadania, ale już jako Wrakir. I oprócz walki mieczem mamy także do dyspozycji kły i pazury. Jak to na prawdziwego wampira przystało, leczymy swoje zdrowie poprzez wysysanie krwi ze swoich ofiar i przeciwników. Ofiarami mogą być szczury, zające, sarny, dziki i chciałoby się do tego dodać jeszcze kuny, jenoty, ogary, chrabąszcze i półborsuki, ale to już by była chyba zbyt daleko idąca przesada. Przeciwników zaś, zarówno tych ludzkich, jak i tych nieludzkich, można zabić wyssaniem z nich krwi lub oszczędzić i się tylko z nich napić, ale to już kto jak lubi. Nie oceniam. Grając zarówno w nocy, jak i w dzień, oprócz naszej postaci zmieniają się również drzewka umiejętności i wyposażenie ekwipunku.

Nasz protagonista korzysta też z takiego, jakby to było można powiedzieć, trybu skupienia. Jest to część elementu gry, w której to za pomocą tego właśnie trybu podświetlać możemy sobie ślady ukrytych przedmiotów, poszlak, jak i elementów otoczenia, które mogą być nam przydatne w naszych zadaniach. Mechanika ta raczej znana jest dla wszystkich, którzy choć raz w życiu ogrywali Wiedźmina. I tutaj mam pierwszą rysę na imersji. Gdy jesteśmy Wrakirem, to okej, mamy supermoc i jesteśmy w stanie widzieć więcej. Ale ten tryb z kolei działa także wtedy, gdy gramy jako człowiek. I tutaj chciałem zauważyć, że jako postać ludzka… No to nie mamy ponadnaturalnych zdolności skupiania się na przedmiotach. No chyba że jesteśmy akurat w toalecie, ale to lepiej pozostawmy na inną okoliczność.

Znacznie lepszym doznaniem w tej grze byłoby, gdyby ten tryb działał tylko w nocy i tylko wtedy, gdy się przemieniamy. Wyobraźcie sobie tę różnorodność zadań, jakie mielibyśmy do wykonania. W nocy prowadzilibyśmy śledztwo poprzez szukanie śladów, a w dzień moglibyśmy to podsumowywać i już jako człowiek zakańczać. Mogłyby być to jakieś sprawy, na przykład detektywistyczne. To by było coś!.

Ku uciesze starszych graczy, twórcy zabrali nam z rozgrywki minimapkę, która zwykle była umieszczona w rogu ekranu. Zastąpili ją, nazwijmy to, kompasem osadzonym na środku górnej belki monitora. Pokazuje on w prostej poziomej linii wskaźnik naszego położenia i cele, które chcemy zrealizować. Bardzo pozytywnie oceniam ten ruch i w mojej ocenie zdecydowanie bardzo podnosi to jakość doznań, jakimi jesteśmy poddawani w tej grze.

Walka też jest, powiedzmy, pewnym powiewem świeżości, pomimo tego, że na początku jakoś niespecjalnie przypadła mi do gustu. Jako gracz wybieramy stronę, z której wyprowadzamy cios, a podczas obrony odczytujemy kierunek ataku przeciwnika. Idealnie wykonana obrona pozwala nam na parowanie ciosu przeciwnika i natychmiastową ripostę. Nie jest niby to skomplikowane, ale liczy się tutaj głównie nasz refleks.

Z ciekawostek, na jakie się natknąłem, jest też to, że w jedną z postaci wcielił się były mistrz świata UFC Jan Błachowicz. Musiałem o tym wspomnieć głównie dlatego, że nasz rodzimy sportowiec miał już okazję debiutować w świecie innej gry, którą był Gothic 1 Remake, gdzie wcielił się w rolę Jana.

„The Blood of Dawnwalker” oferuje nam też kilka zakończeń i niektóre naprawdę potrafią wywrócić przysłowiowy stolik do góry nogami. Na to, jakie my będziemy mieli zakończenie, mają wpływ różne czynniki, zależne między innymi od tego, z kim się sprzymierzymy podczas rozgrywki. Istotne też jest to, w jaki sposób podejdziemy do antagonisty, czy będziemy działać sami i czy zdążymy dostać się do zamku przed upływem tych wspomnianych już przeze mnie 30 dni. Twórcy ubogacili to, dodając także zakończenia ukryte, które można już uruchomić znacznie wcześniej niż to, do którego prowadzi nas główna fabuła.

Graficznie? No cóż. Włączcie, przetrzyjcie ze zdumienia oczy i cieszcie się przepięknym, artystycznym wyglądem miast, budynków, gór, jezior, rzek, polan i lasów. Vale Sangora posiada naprawdę mocny i brudny charakter XIV-wiecznej Europy. Przeważa głównie drewniana zabudowa, błoto, zniszczone osady, zamki, liczne ślady zarazy, jaka to w tym okresie panowała. Pięknie też wypada różnica pomiędzy dniem i nocą. Doskonale widać, jak grafika współpracuje z mechaniką. Jednak muszę tutaj zaznaczyć, że nie wszystko złoto, co się świeci, że tak posłużę się przysłowiem. Niedoskonałości są widoczne chociażby podczas doczytywania elementów otoczenia i tekstur. Można dostrzec też nierówną jakość modeli i animacji, które napotykamy poza głównymi scenami. Mimo że gra bardzo ładnie wygląda na szerokich ujęciach, to przy bliższym oglądaniu postaci dość szybko dostrzegamy jej ograniczenia.

Za muzykę w „The Blood of Dawnwalker” odpowiada cały zespół kompozytorów, którym przewodzi Nikola Kołodziejczyk, który to też skomponował między innymi główny motyw gry. W zespole muzycznym są także Karolina Matuszkiewicz, Piotr Musiał i Mikołaj Stroiński. Ci dwaj panowie z kolei pracowali również przy muzyce do „Wiedźmina 3”. Więc jeśli podczas grania ktoś z was momentami miewał flashbacki z Novigradu, to już wiecie dlaczego. Główny motyw Dawnwalkera nagrała orkiestra AUKSO, a twórcy świadomie sięgali po brzmienia i instrumenty kojarzone z XIV-wieczną Europą i terenami u podnóża Karpat.

Muzyka podczas rozgrywki idzie w kierunku mrocznego, średniowiecznego fantasy, ale wykorzystuje też elementy inspirowane muzyką ludową. Podczas podróży słychać las, wiatr, zwierzęta, odgłosy osad i krzyki ofiar naszych zapijaczonych wampirzych przeciwników. Warto też zwrócić uwagę na różnicę dźwiękową pomiędzy Coenem człowiekiem a Coenem Wrakirem. Nocne zdolności, żywienie się krwią czy walka mają bardziej agresywną warstwę efektów. Możecie więc sprawdzić, czy tak samo jak w przypadku grafiki dźwięk daje wam poczucie, że po zmroku gracie w inną wersję bohatera. Został jeszcze dubbing, który tutaj, sam się zaskoczyłem, ale niestety nie zawsze dowozi. Miałem wrażenie, że niektóre głosy nie są do końca dobrze dobrane do postaci, do których byli przypisani.

Błędy w grze, no niestety, ale się zdarzają. Coen podczas mojej rozgrywki potrafił utknąć w budynku, jak i w lesie, gdy tak sobie maszerowałem pomiędzy kamieniami, a martwe postacie okazywały się niezwykle rozmowne jak na truposzków. Na mapie z kolei pojawiały się także robocze, czerwone kreski. Na szczęście studio Rebel Wolves dość szybko zabrało się za ich łatanie, co spowodowało, że problemy, choć jeszcze nie wszystkie, ale zaczęły znikać.

Oprócz tych mniej poważnych niestety zdarzały się też bardziej poważne błędy, jakimi były problemy z optymalizacją. Gra potrafiła przywiesić się na dłuższą chwilę i zablokować możliwość jej zapisu, a niektóre zadania z kolei nie pozwalały kontynuować fabuły.

Tytuł ten na świecie zrobił całkiem sporo solidnego szumu wokół siebie. Oczywiście uważam, że całkiem słusznie, bo powiedzmy, że gra jest warta grzechu. W trzy dni sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy, a studio już teraz rekrutuje w swoje szeregi głównego scenarzystę do kolejnej części sagi.

Pomimo że „The Blood of Dawnwalker” posiada jeszcze liczne błędy i spore niedociągnięcia, to ja oceniam ją bardzo pozytywnie. Dźwięk, obraz, fabuła i rozgrywka stoją na naprawdę światowym poziomie, co jeszcze bardziej budzi we mnie chęć zagrania w kolejne odsłony tej sagi. Gdyby uwzględnić wszystko naraz, to, co zostało tu powiedziane, to średnia punktowa oceny mogłaby się plasować w okolicach dziewiątki, bo to nie jest gra bez wad. Ale szczerze powiedziawszy, ja chcę temu tytułowi dać 10 i tak właśnie czynię. Daję 10, bo uważam, że ten tytuł właśnie na to zasługuje.
10/10
 

Zobacz także

2026-09-19, godz. 08:01 Onimusha: Way of the Sword [PlayStation 5] Nie sądziłem, że po ostatnim średnim remasterze dwójki z minionego roku będę miał wypieki przy kolejnej, już pełnoprawnej części serii Onimusha. Ale… » więcej 2026-09-19, godz. 08:01 Star Wars Zero Company [PlayStation 5] Star Wars: Zero Company nie zawodzi.Ma swoje problemy, ale one schodzą na dalszy plan. Dawno nie cieszyły mnie tak kolejne misje, jakie oferuje ta taktyczna… » więcej 2026-09-19, godz. 08:01 Orbitals [Switch 2] Gry oparte na kooperacji potrafią skraść moment w giereczkowej banieczce. Nie szukając daleko – It Takes Two czy Split Fiction od szwedzkiego studia Hazelight… » więcej 2026-09-12, godz. 08:01 The Blood of Dawnwalker - pierwsze wrażenia [PC] Wojny i plagi to moment, w którym w średniowieczu władzę nad światem przejmują wampiry. Przynajmniej według twórców The Blood of Dawnwalker. Patryk Srokowski… » więcej 2026-09-12, godz. 08:01 Defender of the Crown: The Legend Returns [PlayStation 5] Nostalgia to bardzo mocne uczucie, które wpływa na wyobrażenia graczy o grach dawno minionych. Ja tak miałem z Defender of the Crown, którego w młodości… » więcej 2026-09-05, godz. 08:01 Yet Another Zombie Survivors [PlayStation 5] Oni znowu to zrobili. Polskie Awesome Games Studio wydało kolejną swoją grę i ponownie stała się hitem. Tym razem mowa o Yet Another Zombie Survivors, czyli… » więcej 2026-09-05, godz. 08:01 Moonlighter 2: The Endless Vault [PlayStation 5] Pierwsza część okazała się sporym, pozytywnym zaskoczeniem, także w naszej redakcji. A dopiero co zadebiutowała jej kontynuacja - można już skreślić… » więcej 2026-09-05, godz. 08:01 1666: Amsterdam [wczesny dostęp PC] Myśleliście może kiedyś, aby rzucić to wszystko, co złe, i wyjechać do Holandii? Nie? A szkoda, bo to niezwykle interesujący kraj. Pełen tulipanów, wiatraków… » więcej 2026-08-29, godz. 08:05 Resonance: A Plague Tale Legacy [PlayStation 5] Miałem przyjemność grać we wszystkie trzy części serii A Plague Tale i uważam, że najnowsza jest najlepsza, Zdecydowanie inna, ale oferująca wciągającą… » więcej 2026-08-29, godz. 08:05 The Sinking City 2 [PlayStation 5] No nie jestem przekonany czy to był dobry ruch. Całkiem ciepło wspominam pierwsze Sinking City. Liczyłem na miłe chwile z "dwójką" i właściwie się nie… » więcej
12345