Jest to kolejna gra z zauważalnego trendu pod tytułem „wszyscy wiemy, że Ziemia jest już nie do odratowania, jedyne co możemy zrobić to szukać alternatyw”. Mimo wszystko Rivage, bo o tej grze mowa, dość optymistycznie zakłada, że w roku 2467 będzie jeszcze czas by te alternatywy miały jakiekolwiek znaczenie.
Bonjour, mówi do nas nasza asystentka (jakżeby inaczej) AI. Budzimy się w łóżku w naszej kabinie na stacji jako Miranda Vigneau, francuska lekarka i autorka książek sci-fi, jedna z 5 osób wysłanych na zbadanie potencjalnie przystosowanej do życia planety. Nie wiemy jednak co się stało z pozostałymi członkami załogi, a sami utkwiliśmy w pętli czasowej na stacji, która jest na granicy utraty mocy elektrycznej. No i jak pewnie się domyślacie – jakoś trzeba się z tej sytuacji wykaraskać, a przy okazji dowiedzieć się co właściwie stało się z naszymi współpracownikami.
Wszystko to będziemy robić pokonując serię zagadek. I teraz tak. Od razu podkreślam, że lubię zagadki logiczne, ale nie jestem też weteranką gatunku. Pierwsza godzina czy dwie w Rivage sprawiły mi dużą przyjemność. Otoczenie jest piękne, pełne ciekawych szczegółów i scenografii. Niektóre z zagadek wydały mi się ciekawe i pomysłowe. Natomiast im dalej w deszcz meteorów tym gorzej. Doszło do tego, że siadałam do tej gry tylko z recenzenckiego obowiązku. Pętla czasowa w Rivage służy właściwie tylko temu by móc rozpoczynać dzień ze świeżym pokładem energii. Na początku rozgryzanie tego czy starczy mi mocy by dotrzeć tam gdzie potrzebuję i np. obsłużyć jakąś maszynę jest nawet ciekawe, ale kilka godzin później zmienia się to w męczące liczenie „ile drzwi mogę otworzyć”. Widziałam opinie, że Rivage to taki zapętlony escape room w kosmosie,. I zgadzam się z tym całkowicie. Większość mechanik i zagadek jest tam, bo gracz musi coś rozwiązać, a nie dlatego, że ma to sens fabularny. Pierwszy przykład z brzegu – każdy członek załogi ma dostęp do coraz wyższych poziomów dostępu. Jako Miranda zaczynamy z poziomem 1 i musimy po kolei uzyskiwać kolejne karty, które pozwolą nam poruszać się po całej stacji.
Takich frustrujących dysonansów znajdziemy w Rivage więcej. Nie uważam oczywiście, że każda growa mechanika musi być w stu procentach wytłumaczalna w świecie realnym, ale jednak byłoby miło jakby tworzyły bardziej spójną całość.
Jednak to co przeszkadzało mi w Rivage najbardziej to scenariusz i postaci. Niestety, wydaje mi się, że kosmiczny potencjał został trochę zmarnowany, a niektóre punkty fabularne wykraczają daleko poza „niezwykłe i niewytłumaczalne zjawiska naukowe” i stają się prawie magią. Jeszcze może mogłabym to znieść jeśli którakolwiek z postaci byłaby naprawdę interesująca. Przez całą grę zastanawiałam się jakim cudem którakolwiek z tych osób uczestniczy w jednej z najważniejszych misji ludzkości. I zanim zapytacie, tak, potrafię sobie wyobrazić zgraję niekompetentnych karierowiczów, którzy dostali się tam tylko ze względu na spryt i znajomości, ale ta gra nie jest o tym. Wszystkie postaci są niedojrzałe, przerysowane, a ich akcje niezbyt zrozumiałe. Czułam się jakbym uczestniczyła w wyobrażeniu 12 latka o ważnej misji w kosmosie.
Twórcy przyznają się też do używania generatywnej sztucznej inteligencji podczas pracy na grą, ale podkreślają, że wszystko co widzimy w finalnej wersji jest stworzone przez człowieka. Zawsze to trochę równia pochyła, więc podchodzę do takich oświadczeń z pewną ostrożnością. Niestety, Rivage to dla mnie takie 6/10. Szkoda, bo liczyłam na fascynującą podróż w gwiazdy.