Dla niemal każdego z nas, to my sami jesteśmy najważniejsi. Stawiamy siebie w centrum własnego świata, bo przecież rzeczywistość poznajemy wyłącznie przez pryzmat własnych myśli, emocji i zmysłów. Czujemy się też wyjątkowi. Nikt nie chce być „zwykłasem”, kimś przeciętnym. W psychologii wiąże się to z potrzebą znaczenia, uznania oraz budowania silnego poczucia własnej wartości. Współczesna kultura, a zwłaszcza media społecznościowe, dodatkowo to napędzają, sugerując, że „zwykłe” życie jest porażką. Nie chodzi też o to, aby dygać w jednakowych mundurkach jak za czasów Mao Zedonga.
Niemniej jestem już zmęczony obrazkowym światem, wystawianym przez mniej lub bardziej bliskich znajomych w witrynach Instagrama czy Facebooka. Nudzą mnie niesamowitości „podróżników” z YouTube’a. Kolejny film czy obrazek jest jak następna porcja łakoci – już nie możesz, ale sięgasz; już cię mdli, a tu podsuwają pod nos kolejną dawkę. Tłumy Polaków po zagranicznych wakacjach wcale nie zmieniły się w kulturoznawców ani nie stały się bardziej obyte. Pisałem już o tym w felietonie „Podróżować jest bosko”. Tylko napomknę jeszcze, że to kompulsywne podróżowanie, z odhaczaniem miejsc typu „TU BYŁEM”, jest często zaliczaniem punktów tylko dlatego, że tak wypada. Zaliczaniem, bo tak dyktuje Instagram.
Bardziej czuję apoteozę życia jak w piosence Świetlików „Filandia” ze sławetną melorecytacją Bogusława Lindy. To utwór pełen wdzięczności o tym, że nie ma lepszej chwili niż ta obecna, wszak: „Nigdy Bóg nie będzie tak blisko, tak czuły i dobry jak teraz”. Ludzie, którzy przeżyli łagry, zsyłki czy więzienia, tęsknili za taką „Filandią” – za prozą życia, za normalnością.
Nie wchodząc w szczegóły ani tym bardziej nie porównując się z męczennikami – miałem kiedyś epizod pobytu w niemieckim areszcie. Przez ten krótki czas bardzo szybko zatęskniłem za zwykłymi, prozaicznymi elementami mojego dnia: za zapachami, dźwiękami. Za powietrzem.
Francuski pisarz Philippe Delerm napisał kiedyś książeczkę, a właściwie zbiór 34 krótkich esejów zatytułowanych „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”. Ta pozycja to manifest zachwytu nad codziennością. Swoją drogą, ta książka i jej autor zainspirowali reżysera słynnego filmu „Amelia”.
My tymczasem w tej zwykłości dnia ładujemy w siebie bodźce niecodzienne, zamieniając je w codzienność. Faszerujemy się łakociami współczesnego świata aż do zemdlenia. Zwykły spacer, ale w słuchawkach. Prasowanie – przed telewizorem. Rower – z muzyką. Nawet kolejka w sklepie musi być czymś wypełniona. Jak mamy poczuć i zauważyć ów „łyk piwa”, skoro podczas „picia” oglądamy trzy filmy, odpowiadamy na wiadomości i słuchamy podcastu?
Kiedyś w „Prorocku”, a dokładniej we wrześniu 2024 roku, poprowadziłem audycję „Working Class Hero” – nazwę żywcem zaciągnąłem z utworu Johna Lennona. To było spotkanie o robotnikach, pracownikach, normalnych ludziach, ale opowiadane przez pryzmat pracy. W dzisiejszym wydaniu audycji sięgam po utwory o przeciętnych postaciach, jakie mijamy wokół siebie i jakimi sami jesteśmy. Z naszymi marzeniami, problemami, mikro-sukcesami i dużymi porażkami.
Najbardziej sprawdza się tu repertuar Bruce’a Springsteena, chłopaka z New Jersey, w którym to New Jersey wciąż siedzi, a on w nim. Dosłownie. „Boss” to absolutny fundament i najważniejszy przedstawiciel heartland rocka. W zasadzie to właśnie jego twórczość z przełomu lat 70. i 80. zdefiniowała ten gatunek na całym świecie. Czuje on jak mało kto zwykłość życia we wszelkich jego przejawach.
O ile Springsteen pisał o robotnikach z New Jersey, o tyle John Mellencamp stał się jednym z głosów rolniczego i małomiasteczkowego serca Ameryki – Midwestu. Urodził się i wychował w stanie Indiana. To kronikarz zanikającej tradycji i ludzi, których można by nazwać everymanami. Jest jednym z najbardziej radykalnych i bezkompromisowych przedstawicieli heartland rocka.
W tym zestawieniu nie może zabraknąć także Boba Segera. On również tworzy we wspomnianym stylu, śpiewając o nostalgii, realiach życia klasy robotniczej (blue-collar), przemijaniu czasu oraz blaskach i cieniach miłości. Jego teksty, pisane z perspektywy zwykłego człowieka, cechują się niezwykłą bezpośredniością.
Właściwie każdy z tych artystów mógłby swoją twórczością wypełnić całe wydanie „Prorocka”. Każdy dostałby po godzinie, a i tak byłoby nam za mało. Uwierzcie. Warto też wspomnieć o country. Muzyka country i heartland rock to najbliżsi krewni. Łączy je opowieść o codziennym życiu, ciężkiej pracy, dumie z pochodzenia i małych miasteczkach. Różni je przede wszystkim perspektywa i język muzyczny.
To są historie, które dzieją się za oceanem, ale czujemy je jak swoje. Codzienność ze swoim wachlarzem zdarzeń ma wszędzie podobne szablony i foremki. Choć mamy w Polsce twórczość, która brzmieniowo jest daleko od heartland rocka, to pod względem społecznym i tekstowym odegrała moim zdaniem dokładnie taką rolę, jak Springsteen, Seger czy Mellencamp w Ameryce. Mam na myśli polski hip-hop lat 90. i dwutysięcznych. Surowy, pozbawiony lukru głos młodzieży, po trochu głos klasy robotniczej w czasach głębokiego kryzysu ekonomicznego.
I choć hip-hopu w tym wydaniu „Prorocka” nie będzie, to przeprowadzę Was przez brzmienia zwykłych zdarzeń, utrapień i momentów nadziei. Jako Prorock rzeczę Wam – radujcie się tym, co zwykłe, codzienne, oczywiste i niezauważalne, a jednak będące.
Życzę Wam i sobie, aby ta zwykłość nie była przygniatana pomrukami Złego.
Zatem – szanujmy czas, który nam pozostał.
Niemniej jestem już zmęczony obrazkowym światem, wystawianym przez mniej lub bardziej bliskich znajomych w witrynach Instagrama czy Facebooka. Nudzą mnie niesamowitości „podróżników” z YouTube’a. Kolejny film czy obrazek jest jak następna porcja łakoci – już nie możesz, ale sięgasz; już cię mdli, a tu podsuwają pod nos kolejną dawkę. Tłumy Polaków po zagranicznych wakacjach wcale nie zmieniły się w kulturoznawców ani nie stały się bardziej obyte. Pisałem już o tym w felietonie „Podróżować jest bosko”. Tylko napomknę jeszcze, że to kompulsywne podróżowanie, z odhaczaniem miejsc typu „TU BYŁEM”, jest często zaliczaniem punktów tylko dlatego, że tak wypada. Zaliczaniem, bo tak dyktuje Instagram.
Bardziej czuję apoteozę życia jak w piosence Świetlików „Filandia” ze sławetną melorecytacją Bogusława Lindy. To utwór pełen wdzięczności o tym, że nie ma lepszej chwili niż ta obecna, wszak: „Nigdy Bóg nie będzie tak blisko, tak czuły i dobry jak teraz”. Ludzie, którzy przeżyli łagry, zsyłki czy więzienia, tęsknili za taką „Filandią” – za prozą życia, za normalnością.
Nie wchodząc w szczegóły ani tym bardziej nie porównując się z męczennikami – miałem kiedyś epizod pobytu w niemieckim areszcie. Przez ten krótki czas bardzo szybko zatęskniłem za zwykłymi, prozaicznymi elementami mojego dnia: za zapachami, dźwiękami. Za powietrzem.
Francuski pisarz Philippe Delerm napisał kiedyś książeczkę, a właściwie zbiór 34 krótkich esejów zatytułowanych „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”. Ta pozycja to manifest zachwytu nad codziennością. Swoją drogą, ta książka i jej autor zainspirowali reżysera słynnego filmu „Amelia”.
My tymczasem w tej zwykłości dnia ładujemy w siebie bodźce niecodzienne, zamieniając je w codzienność. Faszerujemy się łakociami współczesnego świata aż do zemdlenia. Zwykły spacer, ale w słuchawkach. Prasowanie – przed telewizorem. Rower – z muzyką. Nawet kolejka w sklepie musi być czymś wypełniona. Jak mamy poczuć i zauważyć ów „łyk piwa”, skoro podczas „picia” oglądamy trzy filmy, odpowiadamy na wiadomości i słuchamy podcastu?
Kiedyś w „Prorocku”, a dokładniej we wrześniu 2024 roku, poprowadziłem audycję „Working Class Hero” – nazwę żywcem zaciągnąłem z utworu Johna Lennona. To było spotkanie o robotnikach, pracownikach, normalnych ludziach, ale opowiadane przez pryzmat pracy. W dzisiejszym wydaniu audycji sięgam po utwory o przeciętnych postaciach, jakie mijamy wokół siebie i jakimi sami jesteśmy. Z naszymi marzeniami, problemami, mikro-sukcesami i dużymi porażkami.
Najbardziej sprawdza się tu repertuar Bruce’a Springsteena, chłopaka z New Jersey, w którym to New Jersey wciąż siedzi, a on w nim. Dosłownie. „Boss” to absolutny fundament i najważniejszy przedstawiciel heartland rocka. W zasadzie to właśnie jego twórczość z przełomu lat 70. i 80. zdefiniowała ten gatunek na całym świecie. Czuje on jak mało kto zwykłość życia we wszelkich jego przejawach.
O ile Springsteen pisał o robotnikach z New Jersey, o tyle John Mellencamp stał się jednym z głosów rolniczego i małomiasteczkowego serca Ameryki – Midwestu. Urodził się i wychował w stanie Indiana. To kronikarz zanikającej tradycji i ludzi, których można by nazwać everymanami. Jest jednym z najbardziej radykalnych i bezkompromisowych przedstawicieli heartland rocka.
W tym zestawieniu nie może zabraknąć także Boba Segera. On również tworzy we wspomnianym stylu, śpiewając o nostalgii, realiach życia klasy robotniczej (blue-collar), przemijaniu czasu oraz blaskach i cieniach miłości. Jego teksty, pisane z perspektywy zwykłego człowieka, cechują się niezwykłą bezpośredniością.
Właściwie każdy z tych artystów mógłby swoją twórczością wypełnić całe wydanie „Prorocka”. Każdy dostałby po godzinie, a i tak byłoby nam za mało. Uwierzcie. Warto też wspomnieć o country. Muzyka country i heartland rock to najbliżsi krewni. Łączy je opowieść o codziennym życiu, ciężkiej pracy, dumie z pochodzenia i małych miasteczkach. Różni je przede wszystkim perspektywa i język muzyczny.
To są historie, które dzieją się za oceanem, ale czujemy je jak swoje. Codzienność ze swoim wachlarzem zdarzeń ma wszędzie podobne szablony i foremki. Choć mamy w Polsce twórczość, która brzmieniowo jest daleko od heartland rocka, to pod względem społecznym i tekstowym odegrała moim zdaniem dokładnie taką rolę, jak Springsteen, Seger czy Mellencamp w Ameryce. Mam na myśli polski hip-hop lat 90. i dwutysięcznych. Surowy, pozbawiony lukru głos młodzieży, po trochu głos klasy robotniczej w czasach głębokiego kryzysu ekonomicznego.
I choć hip-hopu w tym wydaniu „Prorocka” nie będzie, to przeprowadzę Was przez brzmienia zwykłych zdarzeń, utrapień i momentów nadziei. Jako Prorock rzeczę Wam – radujcie się tym, co zwykłe, codzienne, oczywiste i niezauważalne, a jednak będące.
Życzę Wam i sobie, aby ta zwykłość nie była przygniatana pomrukami Złego.
Zatem – szanujmy czas, który nam pozostał.
---------------------------
Zobaczcie przy okazji: „Zakorzenieni i dumni. Dlaczego nie zamienię piekarni na rogu na plażę w Tajlandii”. To też po trochu pochwała zwykłości.

Radio Szczecin