Na Białorusi zatrzymano kilka osób, które mogą mieć związek z wczorajszą eksplozją w mińskim metrze. Są obecnie przesłuchiwane - poinformował zastępca prokuratora generalnego Andrej Szwed. Nie ujawnił żadnych szczegółów. Wcześniej białoruskie MSW informowało, że sporządzono dwa portrety pamięciowe osób, które mogą mieć związek z wybuchem.
W eksplozji, do której doszło wczoraj po południu na peronie metra, zginęło 12 osób. 157 trafiło do szpitali, ponad 20 z nich jest w ciężkim stanie. Śmiertelne ofiary i ranni to Białorusini i Rosjanie. Inni obcokrajowcy nie ucierpieli.
Do Mińska przybyła już grupa rosyjskich lekarzy, którzy pomagają w leczeniu poszkodowanych. Przyleciało również dwóch funkcjonariuszy rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, którzy mają pomóc w wyjaśnieniu przyczyn tragedii. Jeszcze dziś w Mińsku spodziewana jest również grupa izraelskich ekspertów - kryminologów i lekarzy, którzy mają pomóc w pracy białoruskim specjalistom.
Białoruskie media, powołując się na źródła w resortach siłowych informują, że materiałem wybuchowym użytym w zamachu był prawdopodobnie proch - materiał rzadko wykorzystywany przez współczesnych terrorystów. Może to świadczyć o tym, że bomba była domowej produkcji. Z nieoficjalnych informacji wynika, że materiał wybuchowy znajdował się w dużej torbie pozostawionej przy ławce na peronie i został zdalnie zdetonowany. Ładunek był naszpikowany metalowymi kulkami i ostrymi przedmiotami, co zwiększyło jego siłę rażenia. Jego moc określono na równą co najmniej pięciu kilogramom trotylu.
Prokuratura Generalna Białorusi uznała, że było to zamach terrorystyczny. Prezydent Aleksander Łukaszenka na naradzie rządu powiedział szefowi KGB, że ten "osobiście odpowiada za wyjaśnienie sprawy". Łukaszenka dodał, że sprawcy chcieli zakłócić stabilizację na Białorusi. Jego zdaniem, zamachu mogli dokonać zarówno miejscowi ekstremiści, jak i terroryści z zagranicy. Tymczasem białoruska opozycja obawia się, że wybuch w metrze może zostać wykorzystany do ograniczenia swobód demokratycznych.
Na miejsce tragedii mieszkańcy Mińska przynoszą kwiaty i znicze. Metro częściowo wznowiło pracę. Nadal nie jeżdżą pociągi na pierwszej linii, na której leży stacja metra Kastrycznickaja-Oktiabrskaja, gdzie doszło do eksplozji. W metrze widoczne są wzmocnione patrole milicjantów, którzy sprawdzają torby pasażerów. W całej Białorusi zaostrzono środki bezpieczeństwa na ulicach, w komunikacji miejskiej, na lotniskach, dworcach kolejowych i autobusowych. Zwiększono też liczbę kontroli na granicach.
Z powodu powtarzających się pogłosek o rzekomych nowych wybuchach dyrekcje niektórych stołecznych szkół nie wypuszczają dzieci do domu. "Muszę iść po dziecko do szkoły. Bez rodziców nie wypuszczają dzieci" - mówi jedna z matek.
W białoruskim internecie pojawiły się informacje o rzekomych kolejnych wybuchach bomb w Mińsku. Służba prasowa białoruskiego MSW zaprzecza tym informacjom. Twierdzi, że to tylko plotki i że nie ma żadnych potwierdzonych sygnałów o nowych eksplozjach. Prokuratura Generalna zagroziła "surową odpowiedzialnością prawną" za rozsiewanie tego typu plotek.
W związku z tragedią do Mińska napływają kondolencje z całego świata. Jutro w stolicy Białorusi będzie obowiązywała żałoba.
Do Mińska przybyła już grupa rosyjskich lekarzy, którzy pomagają w leczeniu poszkodowanych. Przyleciało również dwóch funkcjonariuszy rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, którzy mają pomóc w wyjaśnieniu przyczyn tragedii. Jeszcze dziś w Mińsku spodziewana jest również grupa izraelskich ekspertów - kryminologów i lekarzy, którzy mają pomóc w pracy białoruskim specjalistom.
Białoruskie media, powołując się na źródła w resortach siłowych informują, że materiałem wybuchowym użytym w zamachu był prawdopodobnie proch - materiał rzadko wykorzystywany przez współczesnych terrorystów. Może to świadczyć o tym, że bomba była domowej produkcji. Z nieoficjalnych informacji wynika, że materiał wybuchowy znajdował się w dużej torbie pozostawionej przy ławce na peronie i został zdalnie zdetonowany. Ładunek był naszpikowany metalowymi kulkami i ostrymi przedmiotami, co zwiększyło jego siłę rażenia. Jego moc określono na równą co najmniej pięciu kilogramom trotylu.
Prokuratura Generalna Białorusi uznała, że było to zamach terrorystyczny. Prezydent Aleksander Łukaszenka na naradzie rządu powiedział szefowi KGB, że ten "osobiście odpowiada za wyjaśnienie sprawy". Łukaszenka dodał, że sprawcy chcieli zakłócić stabilizację na Białorusi. Jego zdaniem, zamachu mogli dokonać zarówno miejscowi ekstremiści, jak i terroryści z zagranicy. Tymczasem białoruska opozycja obawia się, że wybuch w metrze może zostać wykorzystany do ograniczenia swobód demokratycznych.
Na miejsce tragedii mieszkańcy Mińska przynoszą kwiaty i znicze. Metro częściowo wznowiło pracę. Nadal nie jeżdżą pociągi na pierwszej linii, na której leży stacja metra Kastrycznickaja-Oktiabrskaja, gdzie doszło do eksplozji. W metrze widoczne są wzmocnione patrole milicjantów, którzy sprawdzają torby pasażerów. W całej Białorusi zaostrzono środki bezpieczeństwa na ulicach, w komunikacji miejskiej, na lotniskach, dworcach kolejowych i autobusowych. Zwiększono też liczbę kontroli na granicach.
Z powodu powtarzających się pogłosek o rzekomych nowych wybuchach dyrekcje niektórych stołecznych szkół nie wypuszczają dzieci do domu. "Muszę iść po dziecko do szkoły. Bez rodziców nie wypuszczają dzieci" - mówi jedna z matek.
W białoruskim internecie pojawiły się informacje o rzekomych kolejnych wybuchach bomb w Mińsku. Służba prasowa białoruskiego MSW zaprzecza tym informacjom. Twierdzi, że to tylko plotki i że nie ma żadnych potwierdzonych sygnałów o nowych eksplozjach. Prokuratura Generalna zagroziła "surową odpowiedzialnością prawną" za rozsiewanie tego typu plotek.
W związku z tragedią do Mińska napływają kondolencje z całego świata. Jutro w stolicy Białorusi będzie obowiązywała żałoba.

Radio Szczecin