Szczeciński żeglarz bierze udział w jednych z najtrudniejszych regat samotniczych na świecie - Mini Transat, krótko po starcie zgłosił problemy techniczne i musiał zawinąć do portu, aby naprawić uszkodzenia jachtu.
Zgodnie z regulaminem miał na to 3 dni - zdążył, teraz rozpoczęła się walka z czasem , aby w terminie pojawić się na starcie drugiego etapu wiodącego z Madery do Brazylii przez Atlantyk.
Podczas regat z żeglarzami nie ma kontaktu telefonicznego, więc dopiero po zawinięciu do portugalskiego portu Povoa de Varzim okazało się, że Kowalczyk ma uszkodzony kil jachtu. Do wypadku doszło w kompletnych ciemnościach - być może, gdyby noc była jaśniejsza, żeglarz stałby się odkrywcą nowego gatunku jakiegoś dużego morskiego stworzenia. - To było uderzenie w coś bardzo miękkiego, ale takiego, co zatrzymało łódkę. Musiało to być jakieś zwierzę, bo beczkę, kontener byłoby słychać - uważa Kowalczyk.
Wtedy rozpoczęła się walka, żeby zabezpieczyć uszkodzoną jednostkę i dotrzeć nią do portu. - Nurkowałem w zburzonym morzu przez pięć godzin, później powoli płynąłem do brzegu - opowiada śmiałek. - To były bardzo stresujące 4 dni ratowania jachtu i siebie.
- Pracownicy portugalskiego portu byli bardzo życzliwi, przyszli pomóc mi nawet w dzień świąteczny, teraz proszę o ściskanie za mnie kciuków - podkreśla Kowalczyk. - Walka z czasem, z oceanem, ze sobą, jest ogromny stres i napięcie, ale walczymy.
Start drugiego etapu regat 13 października, Kowalczyk ma przed sobą 600 mil żeglugi, aby dalej brać udział w Mini Transat, na Maderze musi zameldować się 12 października.
Podczas regat z żeglarzami nie ma kontaktu telefonicznego, więc dopiero po zawinięciu do portugalskiego portu Povoa de Varzim okazało się, że Kowalczyk ma uszkodzony kil jachtu. Do wypadku doszło w kompletnych ciemnościach - być może, gdyby noc była jaśniejsza, żeglarz stałby się odkrywcą nowego gatunku jakiegoś dużego morskiego stworzenia. - To było uderzenie w coś bardzo miękkiego, ale takiego, co zatrzymało łódkę. Musiało to być jakieś zwierzę, bo beczkę, kontener byłoby słychać - uważa Kowalczyk.
Wtedy rozpoczęła się walka, żeby zabezpieczyć uszkodzoną jednostkę i dotrzeć nią do portu. - Nurkowałem w zburzonym morzu przez pięć godzin, później powoli płynąłem do brzegu - opowiada śmiałek. - To były bardzo stresujące 4 dni ratowania jachtu i siebie.
- Pracownicy portugalskiego portu byli bardzo życzliwi, przyszli pomóc mi nawet w dzień świąteczny, teraz proszę o ściskanie za mnie kciuków - podkreśla Kowalczyk. - Walka z czasem, z oceanem, ze sobą, jest ogromny stres i napięcie, ale walczymy.
Start drugiego etapu regat 13 października, Kowalczyk ma przed sobą 600 mil żeglugi, aby dalej brać udział w Mini Transat, na Maderze musi zameldować się 12 października.

Radio Szczecin