HackHub w całości rozgrywa się na wirtualnym ekranie komputera. Interfejs przypomina linuksowy system, a aplikacje są parodiami znanych usług: wyszukiwarki, poczty, banku, komunikatorów. Brzmi statycznie? Też tak myślałem. A potem spędziłem w tej grze kilka godzin i przez większość czasu miałem poczucie akcji, presji i stawki, jak w thrillerze technologicznym. To jest paradoks HackHuba. Im mniej tu „gry w grze”, tym bardziej czujesz, że uczestniczysz w wydarzeniach, a nie tylko je odklikujesz.
Pierwsze zadanie jest genialnie proste. Nie ratujesz świata, nie hakujesz korporacji. Musisz zdobyć dostęp do internetu. Tak, korzystasz z telefonu jako hotspotu, instalujesz narzędzia w terminalu, wykonujesz zadanie dokładnie według wskazówek i kiedy atak się udaje, pojawia się pierwsza prawdziwa emocja: satysfakcja. Bo narzędzia, których używasz do „włamywania”, istnieją naprawdę i w grze robią dokładnie to, do czego służą w realnym świecie. I tu po raz pierwszy w mojej głowie pojawiła się myśl: czy ja w tę grę gram, czy naprawdę uczę się hakować?
W HackHubie muzyka robi więcej, niż się wydaje. To nie są utwory, które dominują. One pracują w tle, jak szum serwerowni albo wentylator w laptopie. Dynamiczne kawałki w Scoutify podbijają tempo podczas intensywnych zadań, uspokajają, gdy siedzisz nad analizą, i sprawiają, że nawet wpisywanie komend ma swój rytm. Do tego dochodzą dźwięki systemowe: kliknięcia, sygnały powiadomień, krótkie „piki”, które natychmiast informują, że coś się wydarzyło. Dzięki temu, mimo że patrzysz na pulpit, cały czas czujesz napięcie, bo to właśnie dźwięk robi tu robotę, której nie widać.
Dalej robi się coraz ciekawiej. Zakładasz konto mailowe, konto bankowe, a potem trafiasz na platformę zleceń stylizowaną na portal społecznościowy. Zlecenia są różne: sprawdzić serwer, ustalić właściciela domeny, odszyfrować wiadomość, odzyskać dane z FTP. Każde zadanie to mały proces, a nie jeden klik. I każde kończy się wypłatą, czasem skromną, ale uczciwie zarobioną. Problem w tym, że musisz ręcznie potwierdzić wykonanie zlecenia, wracając na platformę i klikając „ukończ”. Niby drobiazg, ale w praktyce rytm gry potrafi się przez to rozpaść i niestety będzie to wracać.
Im dalej trwa rozgrywka, tym pojawia się mniej podpowiedzi. Gra przestaje prowadzić za rękę. Zmiana ocen w systemie szkolnym to już nie jest „kliknij tutaj”. To jest: znajdź adres, sprawdź porty, użyj narzędzi, zdobądź dostęp do bazy, zaloguj się i zrób dokładnie to, czego klient oczekuje. I nawet jeśli po drodze trafiają się drobne wpadki jak dziwna skala ocen, gdzie zamiast trójki ktoś chce „93”, to nie psuje wrażeń. Wręcz przeciwnie: buduje wrażenie, że świat jest nieidealny, jak prawdziwe systemy komputerowe.
I w tym miejscu trzeba powiedzieć jasno: bez Handbooka ani rusz. HackHub ma wbudowany rozbudowany podręcznik. Nie suchą instrukcję, tylko żywy manual. Polecenia terminala, przykłady użycia, wyjaśnienia narzędzi, moduły, skrypty, kontekst. To dzięki niemu próg wejścia nie zabija ciekawości. A jednocześnie to właśnie on sprawia, że klimat pracy w systemie jest tak przekonujący. Czujesz się jak ktoś, kto uczy się w biegu, a nie jak gracz prowadzony za rękę.
I tu dochodzimy do największych problemów. Platformy społecznościowe w grze udają, że żyją, ale tylko częściowo. Możesz polubić post, ale nie możesz go skomentować ani udostępnić. Nie możesz też napisać własnego wpisu, mimo że pole do tego istnieje. Wyszukiwarka zawsze zwraca „brak wyników”. Trendy to martwe linki. Strony, które dostajesz w mailach, często działają tylko w terminalu, a w przeglądarce witają cię błędem 404.
I jeszcze jedno, szczególnie bolesne: kopiuj–wklej potrafi przestać działać. A w grze, gdzie przepisujesz adresy IP, loginy i hasła, to potrafi być po prostu masakra.
Mimo tych problemów HackHub potrafi zaskoczyć fabułą. Wątek dziennikarza szukającego zaginionej siostry to pełnoprawny thriller, który stopniowo zmienia ciężar całej rozgrywki. Na początku wszystko wygląda jeszcze „biznesowo”: zlecenia, zbieranie informacji, łączenie faktów. Ale bardzo szybko zaczynasz rozumieć, że to, co robisz w systemie, ma realne konsekwencje w świecie gry.
Pojawia się presja czasu. Rosną stawki. Zaczynasz grzebać w sprawach znacznie większych niż zwykłe zlecenie. Presja narasta, pojawiają się groźby, a czas zaczyna grać przeciwko tobie. I bez wchodzenia w spoilery, to jeden z tych momentów, w których zapominasz, że siedzisz przed pulpitem komputera. To historia, która daje prawdziwą satysfakcję, bo wynika bezpośrednio z mechanik gry, a nie z przerywników filmowych.
I w pewnym momencie zaczynasz łapać się na pytaniu: czy to nadal gra, czy już interaktywny thriller z elementami akcji? Bo to nie jest fabuła w cudzysłowie „do zaliczenia”. To fabuła, którą naprawdę się przeżywa.
Grałem na Windowsie 11, w rozdzielczości 1920 × 1080 pikseli, na zwykłej klawiaturze, przez kilkanaście godzin. Zero crashy, wydajność stabilna. Problemy są systemowe i projektowe, a nie sprzętowe. I pamiętajmy, to jest wczesny dostęp, więc jeszcze wiele może się tutaj zmienić.
HackHub jest dla ludzi, którzy lubią proces, a nie fajerwerki. Dla ciekawskich. Dla tych, którzy czerpią satysfakcję z rozumienia systemów i historii, które z nich wynikają. Ma bolączki, ma niedoróbki, momentami potrafi frustrować, ale daje coś rzadkiego, poczucie, że nie tylko grasz, ale naprawdę uczestniczysz w czymś więcej.
I kiedy po kilkunastu godzinach zadajesz sobie pytanie, czy to nadal gra, czy już intensywny kurs z fabularną stawką, to znaczy, że HackHub zrobił coś naprawdę bardzo dobrze.