Produkcja wybrała najjaśniejsze i najbardziej rozpoznawalne elementy poszczególnych odsłon, po czym zaproponowała je graczom, niekoniecznie wcześniej miksując. Raczej podając na osobnych talerzach. Najnowszy Resident to trochę jakby dwie gry.
Nową postacią jest Grace, młoda agentka FBI, która wprowadza nas w przygodę i sama ją poznaje, choć w jej przypadku można mówić o przeznaczeniu, bo matka kobiety była jedną z ocalałych z Racoon City. Teraz to właśnie córka jest na celowniku sprawców całego zła. Prowadząc Grace mamy do czynienia z nawiązaniem na przykład do siódmego Residenta; mniej tu strzelania i otwartej walki, więcej skradania się i kombinowania, nieco więcej strachu, bezradności, co gra umiejętnie podkreśla. Przez większość czasu młoda agentka ma przyspieszony oddech, trzęsą jej się ręce, ma doświadczenie z bronią, ale nie na tyle duże, żeby powalić zombiaka z biodra, często musi ratować się ucieczką, bo amunicji i innych rzeczy brakuje. To zdecydowanie straszniejszy fragment Requiem, kiedy zanurzamy się w mikroświat, którego granice w pierwszej chwili wytyczają mury i drzwi pewnej willi dostosowanej do opieki nad chorymi, co oczywiście jest tylko przykrywką do rzeczywistych, niecnych celów. Dużo tu szaleństwa, zombiaki zachowują się, jakby śmierć nie mogła do końca przerwać ich codzienności. Na wpół rozłożony lokaj dba o oszczędność prądu i gania za włączonymi światłami, chory włóczy się ze stojakiem na kroplówki, pokojówka pucuje łazienki, które toną we krwi. To potęguje nastrój groteski. Są też większe, potężniejsze stwory, które Grace musi omijać z daleka. Szczególnie pierwszy; zdeformowana, potężna kobieta czy dziewczyna, robi ogromne wrażenie i jest idealnym trzęsieniem ziemi na początek. "Stworasy" dopasowane do okoliczności są idealnie, bo tu też nastrój rozkładu kontrastuje gdzieniegdzie z wyszukanymi wnętrzami, ozdobne wykończenia ze szpitalnym przybrudzonym chłodem obramowanym jednak już atomami zepsucia i zużycia. Nic tu nie jest jednoznacznie czyste i sterylne. Trochę jak drogi dywan, na który ktoś wylał sok, którego nie da się usunąć. Dywan piękny, ale poplamiony i po pewnym czasie zaczyna śmierdzieć i niszczeć.
Z drugiej strony mamy Leona - znanego już od lat bohatera serii. Kiedy Grace schodzi ze sceny, wchodzi on - takie roszady są co jakiś czas. Z tym, że w tym przypadku, to Leon rozdaje karty częstując zombiaki gorącym ołowiem albo daniem na zimno w postaci toporka. Na deser - kop z solidnego buta, który najczęściej do końca zaspokaja apetyt przeciwników na ból. Leon też komentuje swoje wyczyny w typowo hollywoodzkim stylu, przy czym ta broń akurat ładowana jest ciarkami żenady, choć to raczej celowy zabieg, żeby nieco rozładować atmosferę, bo podczas rozgrywki "kowbojem" strachu jest znacznie mniej, a dużo więcej strzelania i walki. Taka zmiana bohaterów to bardzo ciekawy zabieg, który sprawdza się wyśmienicie, daje oddech po nieco dusznych przygodach Grace, z drugiej strony, pozwala nieco spowolnić tempo, jak Leon się już nastrzela i namacha toporkiem. Oczywiście Leon i Grace spotykają się po drodze, działają równolegle, choć w dużej mierze niezależnie.
Mechaniki walki, craftingu czy przekradania się pomiędzy wrogami to również sprawdzone, wykorzystywane wcześniej metody, których doświadczyliśmy nie raz i nie dwa. Każdy, kto grał we wcześniejsze Residenty poczuje się jak w domu. Opuszczonym, gnijącym, wietrzonym okrzykami konających ludzi i upiornymi rykami mutantów domostwie, gdzieś na uboczu, gdzie trzaskające okiennice mówią dobranoc, a piwnica to coś znacznie więcej, niż miejsce trzymania weków. Ale miłośnicy Residentów rozsiądą się wygodnie z błogą miną, bo wszystko tu do siebie pasuje i jest idealnie zbalansowane - momenty straszne przeplatane z tymi wypełnionymi akcją, doskonałe lokacje, które pozwalają na krycie się nas, ale też kolejnych koszmarów, przeciwników, szczególnie tych głównych, jak odrysowanych z jakiegoś kina B lat 90. i 80., ale przez to wcale nie mniej strasznych czy gorzej skonstruowanych. Po prostu wzorowanych na tej stylistyce, ale też z pociągnięciami, które ich udoskonalają i czynią jeszcze bardziej złowieszczymi, bo nawet w momentach, które gdzie indziej byłyby śmieszne, tu robi się niepokojąco.
Graficznie - jest całkiem w porządku, choć raczej na poziomie ostatnich części czy remake'ów, jakie dostaliśmy w ręce. Dźwiękowo - rewelacja - to jest klasa zombie sama w sobie, aktorzy też świetnie odnajdują się w swoich rolach. Grace wypada bardzo wiarygodnie i choć może trochę irytować na początku nieporadnością czy jakąś "fajtłapowatością", to jest doskonałą, nadającą głębi grze bohaterką.
Zdarzają się absurdy, z którymi trudno się pogodzić - dlaczego tu na przykład nikt nie próbuje korzystać z telefonu, żeby wezwać pomoc albo posiłki? Stacjonarny jest na co drugim biurku. Czemu nie mogę przeskoczyć metrowych barierek? I tak dalej. Ale też jest to część poetyki tej serii. No i nie radzę nowym zaczynać przygody od Requiem - za dużo tu nawiązań do poprzednich części. Pozostali - no nie ma na co czekać.
Ja też już kończę, bo chcę wrócić do grania. To najbardziej residentowy Resident od dawna. A poprzeczka przecież wisiała bardzo wysoko. Daję 9/10.