Nie ma absolutnie żadnych szans, by szkockie studio DMA Design, nawet w marzeniach, mogło zakładać, czym stanie się stworzona przez nich w 1997 roku gra Grand Theft Auto. Miała to być luźna produkcja o kryminaliście, który łamiąc prawo pnie się powoli po szczeblach przestępczej kariery.
Pierwsza część chyba najpopularniejszej serii akcję prezentowała z góry, co ograniczało widoczność, ale dawało inne możliwości i miało specyficzny klimat. Protagonista startował ze swoją karierą w jednym z trzech fikcyjnych miast, inspirowanymi Miami, Nowym Jorkiem i San Francisco. Zna je każdy fan serii: Vice City, Liberty City i San Andreas. Cel był jasny: zdobycie miliona punktów i wykonanie wyznaczonego wtedy zadania. A droga do tego dawała spore pole do popisu, bo Grand Theft Auto oferowała graczowi dużą swobodę.
Zlecenia wykonywane dla wyżej postawionych w hierarchii gangsterów, wpływały także na zdobywane zaufanie. Proste kradzieże, robota szofera, niszczenie mienia, dostarczanie "pożyczonych" samochodów w konkretne miejsce, zamachy, to dzień powszedni w pierwszym GTA. Ale punktowana była wszelka przestępcza czy niezgodna z prawem aktywność. Od kolizji na drodze, poturbowanie przechodnia czy funkcjonariusza, po kradzieże i sprzedaż samochodów. O pomocnej w tym dostępnej broni wspominać chyba nie muszę. Kwestią czasu był awans na człowieka od brudnej roboty, ku zadowoleniu mafii i gangsterów.
Po prawdzie fabuła była tu dodatkiem do swobodnej zabawy w przestępcę. I to podobało się graczom, choć wzbudzało też spore kontrowersje. Oceny były średnie i dobre, jednak sprzedaż pokazała, że GTA trafiło w gust fanów grania. Milion kopii w rok, w sumie 6 milionów w kolejnych trzech latach i decyzja twórców o powstaniu dodatku London 1969. Cała reszta to historia powstania jednej z największych marek w branży gier.
Pierwsza część chyba najpopularniejszej serii akcję prezentowała z góry, co ograniczało widoczność, ale dawało inne możliwości i miało specyficzny klimat. Protagonista startował ze swoją karierą w jednym z trzech fikcyjnych miast, inspirowanymi Miami, Nowym Jorkiem i San Francisco. Zna je każdy fan serii: Vice City, Liberty City i San Andreas. Cel był jasny: zdobycie miliona punktów i wykonanie wyznaczonego wtedy zadania. A droga do tego dawała spore pole do popisu, bo Grand Theft Auto oferowała graczowi dużą swobodę.
Zlecenia wykonywane dla wyżej postawionych w hierarchii gangsterów, wpływały także na zdobywane zaufanie. Proste kradzieże, robota szofera, niszczenie mienia, dostarczanie "pożyczonych" samochodów w konkretne miejsce, zamachy, to dzień powszedni w pierwszym GTA. Ale punktowana była wszelka przestępcza czy niezgodna z prawem aktywność. Od kolizji na drodze, poturbowanie przechodnia czy funkcjonariusza, po kradzieże i sprzedaż samochodów. O pomocnej w tym dostępnej broni wspominać chyba nie muszę. Kwestią czasu był awans na człowieka od brudnej roboty, ku zadowoleniu mafii i gangsterów.
Po prawdzie fabuła była tu dodatkiem do swobodnej zabawy w przestępcę. I to podobało się graczom, choć wzbudzało też spore kontrowersje. Oceny były średnie i dobre, jednak sprzedaż pokazała, że GTA trafiło w gust fanów grania. Milion kopii w rok, w sumie 6 milionów w kolejnych trzech latach i decyzja twórców o powstaniu dodatku London 1969. Cała reszta to historia powstania jednej z największych marek w branży gier.

Radio Szczecin