Zacznijmy jednak od obietnicy, którą składa ta produkcja. Od naszych czasów minęło jakieś sto lat, a ludzie na tyle opanowali kosmiczną eksplorację, że rutynowo wysyłają misje badawcze na bardzo odległe planety. Nam przypada rola kapitana jednej z takich wypraw.
Jednych zasmuci (na przykład mnie), a drugich być może ucieszy fakt, że cała misja to komercyjna sprawa. Okazuje się, że korporacje nadal są w cenie w najbliższej przyszłości, a niezależnie od tego czy sprzedają hamburgery, sny o technologicznej potędze czy możliwość eksploracji kosmosu dążą do tego samego – zyski i władza nad rynkiem.
Nasz statek należy do największego gracza międzyplanetarnych wypraw – Yamada Exploration. Poza tym, że szybko zmienili pole działania i stali się rynkowym potentatem, niewiele wiemy o samej korporacji. Gdzieś w ekranach samouczka pobrzmiewa rys dobrze zorganizowanej, ale wyrachowanej organizacji, która najchętniej zastąpiłaby ludzi robotami.
Teraz mała przerwa faktograficzna – Gliese 433 to prawdziwy system. Jesteśmy od niego oddaleni o jakieś 30 lat świetlnych. Jego sercem jest czerwony karzeł – bardzo popularny typ gwiazdy w naszej galaktyce. To słabo świecące, mniejsze od naszego Słońca obiekty. Dotąd wokół Gliese 433 odkryliśmy trzy orbitujące planety. Czerwone karły nie są najlepszymi kandydatami by tworzyć planetarne systemy z dużą szansą na powstanie życia, ale wraz z wiekiem tworzą coraz lepsze warunki, które utożsamiamy z tworzeniem się żywych organizmów.
Wracając do fabuły – nasza ekipa pozostaje na skraju systemu, natomiast druga bada planety położone bliżej jego centrum. I jak możemy się spodziewać, spokojna misja zostaje przerwana. Dostajemy sygnał SOS i w pośpiechu lądujemy na planecie Aurora.
Tutaj rozkładamy bazę i wysyłamy łazika w teren by rozpoznać z czym mamy do czynienia. To dwie główne mechaniki gry – prosta rozbudowa naszego centrum dowodzenia, w którym możemy prowadzić badania i ulepszać pojazd. No i jazda łazikiem. Wygląd podobny do kultowego MAKO z Mass Effecta, ale jeździ się przyjemniej (do czasu). Na pokład możemy zabrać specjalistów z różnych dziedzin, którzy po natrafieniu na jakiś ciekawy obiekt – np. dziwne rośliny albo konstrukcje, będzie miał możliwość pobrania próbek, które następnie dostarczymy z powrotem do bazy. Podczas eksploracji możemy podejmować decyzje np. jakiego narzędzia użyć do wycięcia kawałka grzyba albo czy wykorzystać miejscowe dziwne minerały.
Łazik ma jednak ograniczoną baterię, a jej wyładowanie oznacza, że nasi badacze są pozostawieni na pastwę losu do czasu, gdy nie dotrze do nich drugi uruchomiony pojazd. Jednak nawet to nie chroni nas przed innymi zagrożeniami na powierzchni planety.
Brzmi super? No tak. Wszystko jest tutaj dość proste, ale tworzy naprawdę ciekawy klimat. Jest trochę fascynująco, ale też nieco opresyjnie. Planeta jest tajemnicza, pełna nieznanych form. Przez chwilę przywoływała atmosferę jaką buduje „Niezwyciężony” Lema. Przypomniała mi też absolutnie wybitną grę o eksploracji kosmosu – In Other Waters.
Niestety, szybko zderzyłam się z murem utworzonym przez problemy techniczne. Moja tolerancja na błędy jest dość wysoka. Irytowało mnie zacinanie się łazika, problemy z przeniesieniem badaczy do bazy czy znikające UI. Czasem musiałam wychodzić z gry i na nowo ładować zapis by przywrócić grę do jako takiego stanu. To wszystko jednak nic przy bugu, który mroził grę po czym cofał wszystkie moje postępy w zapisie gry. Stan save’a pokazywał np. 3 dzień ekspedycji, ale gra zaczynała się praktycznie od nowa. Biorąc pod uwagę, że gra stosuje politykę jednego zapisu jest to błąd kompletnie niewybaczalny.
Project Aurora nie dostaje ode mnie nic, nie byłam w stanie ocenić gry. Próbowałam co najmniej kilka razy i zawsze coś psuło się dokumentnie. Jeśli twórcy naprawią kiedyś błędy to może dam tej grze drugą szansę i wtedy poznacie moją ocenę. Na razie absolutnie odradzam.