007 First Light opowiada o początkach najsłynniejszego agenta; jak zaczynał służbę w wojsku, w jaki sposób trafił do MI6, jak nabył też pierwszych szlifów bojowych. Twórcy poszli chyba najbardziej oczywistą i najlepszą, jeśli nawet nie jedyną możliwą drogą. To przygodówka w stylu Uncharted ze sporą liczbą elementów skradania, choć mocno uproszczonych.
Po bardzo intensywnym wstępie gra pozwala nam wkręcić się w międzynarodową intrygę. Oczywiście opowieść chwilami ociera się o granice prawdopodobieństwa, ale tego przecież oczekujemy po Bondzie; historii, w której pierwszeństwo nad logiką ma zabawa, scen akcji ocierających się o absurd, charakternych postaci, jeszcze charakterniejszych czarnych charakterów, szybkich samochodów i niezwykłych gadżetów. Tu jest to wszystko. Choć Bond jest jeszcze młody, dopiero kończy szkolenie, to już radzi sobie całkiem nieźle, powoli rozkręca się ze swoimi suchymi powiedzonkami, spiera się z mentorem, jest niepokorny, do tego ma całą paletę sprzętu szpiegowskiego - jest sławny zegarek z różnymi funkcjami, jeździ świetnymi furami i dość często strzela. No i jest na przykład Lenny Kravitz jako ekscentryczny gangster - psychopata, który kiedy akurat nie karmi kimś swoich krokodyli, to jest całkiem miłym człowiekiem. Bo krokodyle rzecz jasna muszą być. Albo rekiny.
Poza tymi oczywistościami, znajdziemy tu też nieco mniej rozpoznawalne bondowskie pieczątki, ale dzięki temu znacznie bardziej satysfakcjonujące dla miłośników filmowej serii. To m.in. poszczególne słowa, zdania czy gesty, które ewidentnie odwołują się do całej marki, jak i poszczególnych filmów - tych nowszych, ale i starszych. Twórcy puszczają oko do graczy, ale za każdym razem z szacunkiem i wyczuciem. Właściwie cała produkcja - z piosenką Lany del Rey w czołówce - mogłaby z powodzeniem stać się kolejną częścią cyklu filmowego.
Gdybym miał wskazać najsilniejszą stronę tego Bonda, to jest to reżyseria. Produkcja odpowiednio przeplata ze sobą wątki spokojniejsze - jak filmiki przerywnikowe czy kolejne wprowadzenia w misje, z tymi, które skupiają się na akcji i tych drugich rzecz jasna jest znacznie więcej. Samej akcji najsilniejszą stroną z kolei według mnie są walki. Ciosów czy łącznie kombinacji jest raptem kilka, ale tak dobrze wykonanych, że aż zęby bolą, kiedy złolowi przywracamy ustawienia fabryczne kolanem czy rzuconą butelką albo jego głową przybijamy mocniej obluzowane regipsy w ścianie. Strzela się też nieźle, choć rzadziej niż bije. Bond ma licencję na zabijanie, ale może z niej korzystać tylko wtedy, kiedy wróg już chce zrobić mu krzywdę i też sięga po takie ostre środki. Mamy tu system dynamicznej zmiany pistoletów czy karabinów - amunicji jest mało, więc podnosimy to, co opuścili nasi przeciwnicy, z którymi zdążyliśmy się już rozprawić. Bardzo miłym uzupełnieniem jest animacja, podczas której Bond nie schyla się, tylko niektóre z karabinów podrzuca sobie stopą prosto w dłonie. Pomysłowe jest też strzelanie w pistolety przeciwników, kiedy broń wypada im z rąk są przez moment zdezorientowani i ta chwila zazwyczaj wystarcza, żeby przeprowadzić zdalną operację na otwartej czaszce.
Oczywiście - co do zasady - jest też opcja minimalizowania wymiany ognia przez skradanie, choć tu raczej jest to wykonane... no, poprawnie acz skromnie. Można wskoczyć za jakiś płot czy skrzynię i trochę się pokitrać, ale widać, że nie tu leży środek ciężkości ciężkości rozgrywki, choć faktycznie - im mniej alarmów wywołamy - tym satysfakcja większa no i niekiedy dyskretne działanie jest koniecznością.
Przyjemnym rozwiązaniem są typowo szpiegowskie mechaniki, jak uderzenie w gadkę ze strażnikiem, który nas nakryje. Możemy go przekonać, że zabłądziliśmy, niekiedy trochę pogrozić i faktycznie czasem można się wykpić z tarapatów. Te elementy układają się w coś, co trudno porzucić na przykład w połowie misji. Albo nawet po niej, bo od razu ma się ochotę na kolejną.
Ale też - żeby nie było tak miło, Bond niekiedy ma pewne problemy. Na przykład ciała potrafią zastygnąć w jakiejś idiotycznej pozie - raz bandzior, którego znokautowałem właściwie usiadł przy biurku - tyle, że bez krzesła i plecami do blatu. Wrogowie bywają głupi jak stołowe nogi, zdarza im się utknąć przy jakiejś ścianie albo wpadać na siebie nawzajem. Graficznie moim zdaniem jest nieco nierówno. Niektóre elementy, jak część postaci, to pierwsza liga. Ale część wnętrz wygląda najwyżej przeciętnie.
Co w żadnym wypadku zabawy nie psuje. Bo pewnie tych niedociągnięć byłoby więcej, ale poszczególne rozdziały są tu tak dobrze skonstruowane, że nie pozwalają przejmować się drobnostkami. Są dobrze napisane postaci, są sceny, których nie powstydziłby się wysokobudżetowy blockbuster, są widoki na kolejną część. Ocena 8,5/10.