Spoiler - nie przeżyłam, zdesynchronizowało mnie w scenie otwarcia. No ale dostajemy w niej na twarz sztorm i bitwę morską, więc czuję się lekko usprawiedliwiona.
Później jest lepiej. Ci, którzy grali w pierwszą wersję i zainteresowali się Resynced, zapewne już wiedzą, że naszym bohaterem nadal jest pirat Edward Kenway, który trochę zbiegiem okoliczności, a trochę dlatego, że jest piratem, wplątuje się w odwieczny konflikt Asasyni kontra Templariusze. Chce na tym zarobić, po prostu. Przynajmniej na początku.
I powiem tak - dzieje się. Potyczki, walki, nowe znajomości, własna łajba, werbowanie załogi, rabowanie innych jednostek, próba odnalezienia legendarnego Obserwatorium.
Poza tym Kenway jest... inny. Szczególnie różni się od postaci z ostatnich monumentalnych części uniwersum asasynów - od Odyssey po Shadows. Nie umniejszając Kasandrze ani Eivor, jest jeszcze bardziej wyrazisty, jeszcze bardziej z niczym się nie patyczkuje, no po prostu taki, jaki pirat być powinien.
Ale warto też wspomnieć o postaciach pobocznych - tu należą się twórcom gry oklaski - może nie wszyscy bohaterowie zasługują na wzmiankę, ale są postaci, które od początku przyciągają uwagę, chociażby wydawały się trzecioplanowe. Zresztą, jeśli w pirackim świecie miało by się nie znaleźć charakternych bohaterów, to gdzie mieliby być?
Teraz trochę o tych nieszczęsnych statkach, pływaniu, bitwach morskich i całej reszcie. Przede wszystkim jest bardzo widowiskowo, ciekawie, a całkiem odnowiona w Resynced grafika robi ogromne wrażenie, to jest naprawdę świetnie zrobione. Sterowanie - zacne. Czy przeszła mi niechęć do wirtualnych statków? Nie. Ale i tak bawiłam się przednio.
Nieco o parkurze i walkach - mamy tu znaną z dawnych Asasynów metodę wspinania, czyli - po gładkiej ścianie się nie da. Trzeba znaleźć punkt zaczepienia. I to jest fajne. Walka? Nie ma tutaj wielkich komplikacji - oparta na kontrze, mamy też mocny atak i efektowne wykończenie. Wielkich fajerwerków tu nie uświadczymy.
Generalnie jest jednak zajmująco, no i przede wszystkim - pięknie. Trudno się nie zachwycić szczegółami, kolorami, cieniem i ruchem. Mistrzostwo. Ta gra mogłaby być supernudna, a ja i tak bym patrzyła na nią oczami jak spodki. Ale nudna nie jest i to jej wielka zaleta.
Rozumiem już, dlaczego wiele osób uznało Black Flag za swoją ulubioną wersję Asasyna.
Dam 10/10, bo nie mogę nic odjąć grze o piratach za to, że trzeba w niej sterować statkiem.