A więc jest mroczno, ponuro i chwilami przygnębiająco. Atmosfera jak z filmu katastroficznego, kiedy wszyscy działają nieco sennie, aż nagle zagłąda wywołuje skrajne reakcje. E-Day przenosi nas do momentu, kiedy Szarańcza zaczyna atakować. Marcus Fenix, Dom i nowi bohaterowie, których poznacie mniej więcej w tym samym czasie budzą się nieco z ręką w nocniku, kiedy na ulicach pojawiają się potężne, wypełnione czerwonym światłem kratery, z których wyskakują monstra. Opowieść przenosi nas do momentu, kiedy Szarańcza pierwszy raz daje o sobie znać. Nasi bohaterowie rzuceni w sam środek tego piekła próbują jednocześnie przeżyć, dowiedzieć się co się dzieje, ratować cywili i zacząć pełnić służbę. Faktycznie - wypada to bardzo autentycznie, szczególnie początek nowych Gearsów jest intensywny, od razu wciąga w mocną akcję i daje przedsmak tego, że mamy do czynienia z inwazją i początkiem wojny.
Stylistyka E-Day stawia na grę szarością i cieniem, w których jaskrawe barwy często oznaczają niebezpieczeństwo. Duża część lokacji wygląda jak obrazy, które niestety znamy z telewizji; ruiny, zniszczone samochody, ciała i inne miejsca, które noszą odcisk buciora wypełzającego z głębin chaosu. Jest klimatycznie, acz estetycznie -w tym sensie, że grafika robi bardzo dobre wrażenie i pasuje mrokiem do historii, której jesteśmy uczestnikami. Nawet w miejscach, które powinny być azylem - wesoło nie jest, jakby nastrój towarzyszący bohaterom i NPCom miał też swoje odbicie w szacie wizualnej. E - Day to wysoka półka pod tym względem.
Fantastyczny poziom trzyma też znak rozpoznawczy Gearsów, którym seria się szczyci od samego początku. Wymiana ognia, ukrywanie się za przeszkodami, model przeładowania, na który też mamy wpływ i jego wycyrklowanie poprawia skuteczność - te wszystkie elementy są dopieszczone i pozwalają jeszcze lepiej wsiąknąć w atmoferę. Szczególnie, kiedy przeszkoda, za którą musimy się wcisnąć jest mała i nasza postać dosłownie kładzie się na plecach wtulając głowę w osłonę - tu można solidnie odczuć atmosferę osaczenia. Tym bardziej, że niektóre z barier po prostu rozpadają się pod ostrzałem, co jeszcze dynamizuje rozgrywkę. Nie wiem czy nie za dużo jest amunicji. Jej ilości są wręcz absurdalne. Ani razu chyba nie przejmowałem się jakąś pojemnością magazynka. Prawie zawsze w przypadku braków wystarczyło skoczyć za róg, tam na pewno trafił się jakiś zapas, jak nie do jednej broni, to do drugiej. Nieco brakowało mi tego stresu związanego z ograniczonymi zapasami. Sama broń natomiast - to też topka, sporo rodzajów do wyboru, każda z opcją modyfikacji, no i jesteśmy świadkami tego, jak powstaje legendarna piła na lancerze, która na początku trochę pachnie prowizorką jak z filmów o zombie, gdzie ludzie sięgają po wszystko co jest pod ręką. I to świetnie pasuje, w końcu mamu klimat wojny i improwizacji. Same wystrzały czy egzekucje rannych wrogów - świetne, mocniej ręce na padzie zaciskałem, bo aż bałem się odrzutu. Muzycznie też jest - pom pom pom - doskonale - pompatycznie, dramatycznie, trochę heroicznie i amerykańsko - tak jak powinno być w sumie. Urozmaicenie wrogów też całkiem przyjemne - nie można specjalnie narzekać na nudę, choć na początu wg mnie przydałoby się więcej urozmaiceń, bo pierwsze fale zdążyły nieco spowszednieć zanim pojawiły się nowe potwory.
Nieco gorzej jest ze sztuczną inteligencją, o ile nasi towarzysze broni, to jeszcze jako tako, tak NPC bywają dramatycznie samobójczy i frustrujący. No dobra, powiedzmy, że są rozhisteryzowani z powodu działań wojennych. Było też kilka błędów graficznych, jak wiszące w powietrzu elementy zniszczonego wyposażenia. Mamy również nieco wątków fabularnych, które mają wprowadzić trochę takiej dramatycznej powagi, część wypada fajnie, część wydaje mi się nieco na siłę i jako trochę zapychacz fabularny. Poza tym jednak E - Day to jasny punkt na historycznej mapie serii. Chcę jeszcze i wiem, że fani też chcą jeszcze. Mam nadzieję, że będziemy czekać krócej niż ostatnio. 8,5 na 10.