Jedynka byłą taką niespodzianką. Nikt nie oczekiwał, a dostał oryginalną, kosmiczną strzelankę z humorem rodem z serialu Rick i Morty, niezwykłymi projektami postaci oraz lokacji no i znakiem firmowym, czyli mówiącymi broniami, które często są wulgarne i dźwigają większą część dowcipu całej produkcji. Justin Roiland – współtwórca telewizyjnego przeboju jest jednocześnie pomysłodawcą High on life i także brał udział w jej tworzeniu. Właśnie to zaskoczenie było chyba jedną z przyczyn sukcesu. Twórcy postanowili - słusznie w sumie - iść za ciosem i dość szybko (niespełna cztery lata) wrzucili na rynek dwójkę. Prawdę mówiąc - wolałbym, żeby trochę się wstrzymali i zaoferowali nieco bardziej dopieszczony produkt. Według mnie autorzy poszli na łatwiznę i zamiast zaoferować nam gruntowne zmiany po prostu dołożyli wszystkiego więcej. Choć oczywiście podstawy się nie zmieniły.
Niezły zwrot odwija fabuła na początku i to faktycznie całkiem fajny pomysł - ze słynnego łowcy nagród i głów nagle stajemy się wyrzutkiem, który to z myśliwego stał się zwierzyną i ma dwa cele - przeżyć oraz pomóc siostrze. Resztę sobie zobaczycie. Z plusów - no na pewno wciąż mamy do czynienia ze strzelanką z porażającą dynamiką, w której żyjące bronie wymagają nieco dostosowania strategii, a jednocześnie mają całkiem fajne tryby specjalne. Bywa, że kąśliwym czy wulgarnym komentarzem potrafią rozbawić (do tego jeszcze wrócę). Do tego nasz bohater dostaje nowy środek lokomocji - deskę - taką na kółkach. To akurat naprawdę nieźle wyszło - przydaje się podczas walki, bo umożliwia uniki na wszystkie strony, dodaje prędkości i do tego pozwala na tricki wiele metrów nad ziemią. Sama jazda jest bardzo przyjemna, coś jak granie w Spider Mana - właśnie dla bujania się na sieciach. Co do tej wspomnianej walki, to bywa z nią różnie. Z jednej strony jest bardzo dynamiczna, oferuje mnóstwo możliwości, z drugiej - broń nie daje właściwie żadnego poczucia strzału, nie czułem żadnej siły przy pociąganiu za spust. Jakbym świecił latarką. Wrogowie niby umierają widowiskowo, ale jest ich tylu, że po pewnym czasie przestaje to robić wrażenie. Nawet cios nożem to trochę jakbym bił kogoś drewnianą łyżką do zupy. Faktycznie jednak - ta dynamika, szybkość, wybuchy - to może się podobać. Graficznie też nie jest najgorzej, choć to wszystko co można powiedzieć na ten temat. Nie widzę to specjalne różnicy między dwójką, a pierwszą odsłoną, która liczy (choć wyszła - jak wspomniałem - dość szybko po "jedynce") już cztery lata i w dniu premiery nie była także żadnym przełomem.
To, co jednak mnie najbardziej boli, to humor. Jak opowiadałem Wam na początku - wg mnie autorzy postawili na dopchnięcie po korek wszystkich elementów, które pyknęły za pierwszym razem. No i każda przesada jest zła, bo o ile część dowcipów jest całkiem ok, to żaden jakoś nie sprawił, żebym roześmiał się w głos. Do tego jest ich za dużo i każdy kolejny gorszy od poprzedniego. Biłem się z myślami czy dużo stracę, jeśli całkowicie wyciszę telewizor. Gdyby to była inna produkcja, to machnąłbym ręką, ale to miał być jeden z fundamentów High on life 2, podobnie jak było w przypadku jedynki. A tutaj to ewidentnie zawodzi. I nieco podobne wrażenie mam z fabułą. Tak bardzo miała być nieprzewidwywalna, szalona i dziwna, że w pewnym momencie już bokiem mi te wszystkie meandry wychodziły. Ale też - nie chcę być niesprawiedliwym, bo jednak - spędziłem tu kilka miłych godzin i były momenty, że zastanawiałem się co będzie dalej. Tych momentów było mniej, niż chciałem, ale jednak się zdarzały. I ta myśl nie pozwalała mi kończyć rozgrywki. Trochę jak guilty pleasure, ale jednak. 6,5 na 10.