W Paryżu 105 tysięcy osób demonstrowało przeciwko antysemityzmowi. Liczbę tę podały francuskie władze.
Do manifestacji w centrum stolicy wezwali przewodniczący obu izb parlamentu w reakcji na rosnącą liczbę antysemickich incydentów w kraju. Od miesiąca odnotowano ich ponad 1200 - czyli trzy razy więcej, niż w całym ubiegłym roku.
Marsz wyruszył z placu Inwalidów i przeszedł niedaleko gmachów Zgromadzenia Narodowego i Senatu. Wzięli w nim udział członkowie rządu, premier Elisabeth Borne, a także byli prezydenci Francji i przedstawiciele wszystkich klubów parlamentarnych, oprócz radykalnej lewicy. Na ulice wyszło wielu francuskich Żydów, którzy przyszli z flagami Francji i Izraela.
- Żydzi czują się zagrożeni. Ludzie boją się - powiedział Polskiemu Radiu Jonas, żydowski student, który przyszedł na demonstrację w jarmułce.
- Są miejsca, w których nie odważyłbym się w niej chodzić. To byłoby dla mnie zbyt niebezpieczne - przyznał.
Jonas tłumaczył, że antysemityzm jest odczuwalny na uczelniach, na ulicach oraz w mediach społecznościowych i w wypowiedziach niektórych polityków.
- Często słyszę, że Żydzi zastanawiają się, czy nie trzeba wyjechać z Francji. Czują się pewniej w Izraelu, mimo tego, co się tam dzieje - stwierdził Jonas.
O przyczynach rosnącego antysemityzmu mówił inny uczestnik demonstracji - 60-letni mieszkaniec Paryża Christophe.
- Trzeba umieć nazywać rzeczy po imieniu. Świat islamski, w większości nietolerancyjny, nie chce narodu żydowskiego. We Francji mamy do czynienia z tego typu zjawiskami, bo mamy niestety niekontrolowaną imigrację - ocenił rozmówca Polskiego Radia.
Christophe opowiadał, że często słyszy od swoich synów, którzy są żołnierzami, iż Żydzi są w coraz większym niebezpieczeństwie.
- Jeden z nich codziennie musi patrolować w Strasburgu w pobliżu żydowskich szkół, na których pojawiają się antysemickie graffiti. On wie jakie to jest zagrożenie - tłumaczył Christophe.
Demonstracje przeciwko antysemityzmowi odbyły się też w 70 innych miastach. Wzięło w nich udział około 80 tysięcy Francuzów.
Marsz wyruszył z placu Inwalidów i przeszedł niedaleko gmachów Zgromadzenia Narodowego i Senatu. Wzięli w nim udział członkowie rządu, premier Elisabeth Borne, a także byli prezydenci Francji i przedstawiciele wszystkich klubów parlamentarnych, oprócz radykalnej lewicy. Na ulice wyszło wielu francuskich Żydów, którzy przyszli z flagami Francji i Izraela.
- Żydzi czują się zagrożeni. Ludzie boją się - powiedział Polskiemu Radiu Jonas, żydowski student, który przyszedł na demonstrację w jarmułce.
- Są miejsca, w których nie odważyłbym się w niej chodzić. To byłoby dla mnie zbyt niebezpieczne - przyznał.
Jonas tłumaczył, że antysemityzm jest odczuwalny na uczelniach, na ulicach oraz w mediach społecznościowych i w wypowiedziach niektórych polityków.
- Często słyszę, że Żydzi zastanawiają się, czy nie trzeba wyjechać z Francji. Czują się pewniej w Izraelu, mimo tego, co się tam dzieje - stwierdził Jonas.
O przyczynach rosnącego antysemityzmu mówił inny uczestnik demonstracji - 60-letni mieszkaniec Paryża Christophe.
- Trzeba umieć nazywać rzeczy po imieniu. Świat islamski, w większości nietolerancyjny, nie chce narodu żydowskiego. We Francji mamy do czynienia z tego typu zjawiskami, bo mamy niestety niekontrolowaną imigrację - ocenił rozmówca Polskiego Radia.
Christophe opowiadał, że często słyszy od swoich synów, którzy są żołnierzami, iż Żydzi są w coraz większym niebezpieczeństwie.
- Jeden z nich codziennie musi patrolować w Strasburgu w pobliżu żydowskich szkół, na których pojawiają się antysemickie graffiti. On wie jakie to jest zagrożenie - tłumaczył Christophe.
Demonstracje przeciwko antysemityzmowi odbyły się też w 70 innych miastach. Wzięło w nich udział około 80 tysięcy Francuzów.

Radio Szczecin