Przez trzy dni dryfował po Bałtyku na tratwie zbudowanej z baniaków po wodzie i drewnianych palet. Za żagiel służyła mu stara plandeka. W środę wieczorem mężczyznę uratowali strażnicy graniczni. Tłumaczył, że z powodu rodzinnych kłopotów wyruszył w rejs donikąd.
Zdesperowany "żeglarz" to 24 - latek ze Szczecina. Tratwę skonstruował ze śmieci, które znalazł w niemieckim Ückeritz. Stamtąd wypłynął. Na morzu zauważyła go załoga kutra, ale mężczyzna nie chciał pomocy. Rybacy powiadomili straż graniczną.
Funkcjonariusze znaleźli szczecinianina około 21. Dryfował w odległości kilkunastu kilometrów od Świnoujścia. Jego tratwa już się rozpadała, a on był wycieńczony, ale mimo to nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Strażnicy wciągnęli go na pokład swojej łodzi. Powiedział im, że do samotnego rejsu zmusiła go sytuacja rodzinna.
Funkcjonariusze znaleźli szczecinianina około 21. Dryfował w odległości kilkunastu kilometrów od Świnoujścia. Jego tratwa już się rozpadała, a on był wycieńczony, ale mimo to nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Strażnicy wciągnęli go na pokład swojej łodzi. Powiedział im, że do samotnego rejsu zmusiła go sytuacja rodzinna.

Radio Szczecin