Milion 400 tysięcy podpisów zebrała NSZZ Solidarność, aby w Polsce przeprowadzić referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego do 67 lat. Podpisy trafiły do kosza, a ówczesny rząd Donalda Tuska podwyższył wiek emerytalny. Teraz w referendum będzie można odpowiedzieć na pytanie "Czy popierasz podniesienie wieku emerytalnego, w tym przywrócenie podwyższonego do 67 lat wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn?".
Wojciech Woźniak zbierał wtedy podpisy. - Kilkanaście razy. Braliśmy również udział w manifestacjach, które były w Warszawie pod Sejmem. I to były manifestacje naprawdę bardzo huczne, wielotysięczne. Efekt był taki, że nic to nie dało - wspomina Woźniak.
Ludzie chętnie podpisywali się pod tą petycją do Sejmu?
Ludzie bardzo chętnie się podpisywali pod petycją, ponieważ wielu ludzi pracuje bardzo ciężko. Są to prace bardzo odpowiedzialne i nikt nie wie tak naprawdę, jak będzie się czuł w wieku 67 lat, czy będzie mógł wykonywać swój zawód. Ludzie chętnie poszliby na emeryturę w wieku 65 lat, a jeżeli będą w stanie sił zdrowotnych i umysłowych pracować dalej, to ludzie chętnie pracują, ale już na zasadzie dobrowolności, nie na zasadzie przymusu.
Gdzie zbieraliście te podpisy?
Podpisy były zbierane jako Solidarność Pomorza Zachodniego w całym Szczecinie i województwie. Były zbierane w całej Polsce i to było chyba około miliona 400 tysięcy podpisów, które zostały przekazane właśnie premierowi Tuskowi.
Czy pana zdaniem, ludzie powinni pracować do 67. roku życia, czy krócej?
Uważam, że takie było hasło "pracować aż do śmierci". Uważam, że 65. rok to jest ten maks, do którego ludzie powinni pracować. Zresztą słyszymy w Europie, że robi się teraz już 4-dniowy tydzień pracy. Europa odbiega od tego, żeby podnosić wiek. We Francji oczywiście podniesiono wiek emerytalny, ale raz, że nie ma aż tyle pracy do wykonywania dla ludzi, a dwa, że po prostu muszą kiedyś ludzie odpocząć. 67. rok życia to już, nie oszukujmy się. Są ludzie, powiedzmy tak jak posłowie np. Platformy Obywatelskiej czy ucieczka do europarlamentu, gdzie człowiek specjalnie się nie narobi. Tam można siedzieć i do 75. roku życia czy nawet 80 i pobierać dobrą pensję. Trzeba jednak patrzeć na ludzi, którzy ciężko muszą pracować na każdą złotówkę i później wrócić do domu. Też mieć siłę do opieki nad swoimi dziećmi, na chociaż odrobinę komfortu we własnym domu.
Było panu przykro, że potem te pana podpisy trafiły do kosza?
Zawsze jest przykro, jeżeli człowiek wkłada tyle pracy, bo to były tysiące ludzi w całej Polsce zaangażowanych do zbierania podpisów. I szło to bardzo dobrze, ale chodziło o to, żeby władza zrozumiała, że nie po to ludzie się angażują w takie akcje społeczne, żeby podpisy były wyrzucane do kosza, bo milion czterysta tysięcy podpisów to jest naprawdę dużo osób pracujących, które taką petycję podpisują i które czegoś żądają i chcą, żeby władza ich słuchała. Niestety, przykre to, że społeczna inicjatywa, która jest tak na dużą skalę zostaje wyrzucona do kosza i nikt na to nie reaguje. Władza dochodzi do wniosku, że my rządzimy, nie musimy się liczyć z nikim. No i później efekty mieli takie, że ludzie policzyli się z nimi i ich już nie ma u władzy i pewnie długo nie będzie.
Ludzie chętnie podpisywali się pod tą petycją do Sejmu?
Ludzie bardzo chętnie się podpisywali pod petycją, ponieważ wielu ludzi pracuje bardzo ciężko. Są to prace bardzo odpowiedzialne i nikt nie wie tak naprawdę, jak będzie się czuł w wieku 67 lat, czy będzie mógł wykonywać swój zawód. Ludzie chętnie poszliby na emeryturę w wieku 65 lat, a jeżeli będą w stanie sił zdrowotnych i umysłowych pracować dalej, to ludzie chętnie pracują, ale już na zasadzie dobrowolności, nie na zasadzie przymusu.
Gdzie zbieraliście te podpisy?
Podpisy były zbierane jako Solidarność Pomorza Zachodniego w całym Szczecinie i województwie. Były zbierane w całej Polsce i to było chyba około miliona 400 tysięcy podpisów, które zostały przekazane właśnie premierowi Tuskowi.
Czy pana zdaniem, ludzie powinni pracować do 67. roku życia, czy krócej?
Uważam, że takie było hasło "pracować aż do śmierci". Uważam, że 65. rok to jest ten maks, do którego ludzie powinni pracować. Zresztą słyszymy w Europie, że robi się teraz już 4-dniowy tydzień pracy. Europa odbiega od tego, żeby podnosić wiek. We Francji oczywiście podniesiono wiek emerytalny, ale raz, że nie ma aż tyle pracy do wykonywania dla ludzi, a dwa, że po prostu muszą kiedyś ludzie odpocząć. 67. rok życia to już, nie oszukujmy się. Są ludzie, powiedzmy tak jak posłowie np. Platformy Obywatelskiej czy ucieczka do europarlamentu, gdzie człowiek specjalnie się nie narobi. Tam można siedzieć i do 75. roku życia czy nawet 80 i pobierać dobrą pensję. Trzeba jednak patrzeć na ludzi, którzy ciężko muszą pracować na każdą złotówkę i później wrócić do domu. Też mieć siłę do opieki nad swoimi dziećmi, na chociaż odrobinę komfortu we własnym domu.
Było panu przykro, że potem te pana podpisy trafiły do kosza?
Zawsze jest przykro, jeżeli człowiek wkłada tyle pracy, bo to były tysiące ludzi w całej Polsce zaangażowanych do zbierania podpisów. I szło to bardzo dobrze, ale chodziło o to, żeby władza zrozumiała, że nie po to ludzie się angażują w takie akcje społeczne, żeby podpisy były wyrzucane do kosza, bo milion czterysta tysięcy podpisów to jest naprawdę dużo osób pracujących, które taką petycję podpisują i które czegoś żądają i chcą, żeby władza ich słuchała. Niestety, przykre to, że społeczna inicjatywa, która jest tak na dużą skalę zostaje wyrzucona do kosza i nikt na to nie reaguje. Władza dochodzi do wniosku, że my rządzimy, nie musimy się liczyć z nikim. No i później efekty mieli takie, że ludzie policzyli się z nimi i ich już nie ma u władzy i pewnie długo nie będzie.

Radio Szczecin