Członek komisji Jerzego Millera, badającej przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem uważa, że MAK nadal próbuje bagatelizować niedociągnięcia Rosjan, które miały miejsce na lotnisku w Smoleńsku oraz w trakcie prac Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego.
Marek Żylicz podkreślał w rozmowie z IAR, że MAK upiera się przy swoich racjach. "Jest to odpowiedź żałosna - dowodził profesor - bo właściwie upiera się MAK przy swoich ustaleniach i przy tych błędach, które mu wytknęliśmy oraz nie wyjaśnia wątpliwości".
Aleksiej Morozow szef komisji technicznej MAK na konferencji w Moskwie oświadczył między innymi, że obecność pułkownika Nikołaja Krasnokutskiego na wieży w Smoleńsku była obowiązkowa a analiza jego rozmów nie wykazała, by wywierał jakąś presję na kontrolerów. Zarazem Morozw uważa, że obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie Tu-154M mogła stanowić presję na załogę. Takie stawianie sprawy zdaniem profesora Żylicza jest odpowiedzią na polskie zarzuty związane właśnie z obecnością pułkownika Nikołaja Krasnokutskiego na wieży w Smoleńsku.
Profesor Żylicz tego rodzaju odpowiedzią MAK-u nie jest zaskoczony ani rozczarowany. "Nie wyobrażam sobie żeby MAK, który nie jest instytucją niezależną, nagle stał się instytucją obiektywną" - podkreślał Marek Żylicz.
Profesor Żylicz wyraził nadzieję, że teraz obie strony zbliżą swoje stanowiska i po przekazaniu przez stronę rosyjską dowodów, których nam jeszcze brakuje, uda się wypracować wspólne wnioski.
MAK stwierdził dziś, komentując polski raport o katastrofie smoleńskiej, że załoga TU-154 podejmowała niewłaściwe decyzje. W raporcie Millera stwierdzono, że decyzje były słuszne, ale mylące były komunikaty z wieży kontrolnej.
MAK powtórzył też między innymi, że polska załoga nie podjęła decyzji o przejściu na drugi krąg w trakcie zniżania lotu pod Smoleńskiem. Nie zdecydowała więc o odejściu od lądowania, a jedynie robiła wszystko, by się nie zderzyć z przeszkodą.
Aleksiej Morozow szef komisji technicznej MAK na konferencji w Moskwie oświadczył między innymi, że obecność pułkownika Nikołaja Krasnokutskiego na wieży w Smoleńsku była obowiązkowa a analiza jego rozmów nie wykazała, by wywierał jakąś presję na kontrolerów. Zarazem Morozw uważa, że obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie Tu-154M mogła stanowić presję na załogę. Takie stawianie sprawy zdaniem profesora Żylicza jest odpowiedzią na polskie zarzuty związane właśnie z obecnością pułkownika Nikołaja Krasnokutskiego na wieży w Smoleńsku.
Profesor Żylicz tego rodzaju odpowiedzią MAK-u nie jest zaskoczony ani rozczarowany. "Nie wyobrażam sobie żeby MAK, który nie jest instytucją niezależną, nagle stał się instytucją obiektywną" - podkreślał Marek Żylicz.
Profesor Żylicz wyraził nadzieję, że teraz obie strony zbliżą swoje stanowiska i po przekazaniu przez stronę rosyjską dowodów, których nam jeszcze brakuje, uda się wypracować wspólne wnioski.
MAK stwierdził dziś, komentując polski raport o katastrofie smoleńskiej, że załoga TU-154 podejmowała niewłaściwe decyzje. W raporcie Millera stwierdzono, że decyzje były słuszne, ale mylące były komunikaty z wieży kontrolnej.
MAK powtórzył też między innymi, że polska załoga nie podjęła decyzji o przejściu na drugi krąg w trakcie zniżania lotu pod Smoleńskiem. Nie zdecydowała więc o odejściu od lądowania, a jedynie robiła wszystko, by się nie zderzyć z przeszkodą.

Radio Szczecin