Pro-rock
Radio SzczecinRadio Szczecin » Pro-rock
Cudzesy | fot. Maciej Papke
Cudzesy | fot. Maciej Papke
Ponad dekadę temu przygotowałem przewrotną audycję Prorock. Zagrałem – skupcie się – najmniej lubiane przeze mnie utwory z moich ulubionych płyt. Mamy przecież ulubionych wykonawców, ich ulubione albumy, a na nich ulubione kompozycje. Nie oszukujmy się, mamy też te mniej lubiane, a niektóre z nich w ogóle nielubiane, pomijane przy odsłuchu. Pamiętam, że wśród słuchaczy pojawiło się wtedy wiele oburzonych głosów – że to niedorzeczne, że to absurdalny pomysł na audycję. Właściwie trochę głupi. Były emocje. Na marginesie dodam, że wtedy nieco więcej osób udzielało się na Facebooku pod wpisami dotyczącymi programu.

Do dziś zastanawiam się, skąd wzięły się tamte emocje. Może moje wybory burzyły czyjś muzyczny światopogląd, a być może czasem po prostu boimy się przyznać przed samymi sobą, że coś nam nie pasuje? Z biegiem lat odkrywamy, że to, co wcześniej nam się podobało – muzyka, sztuka, ludzie, zjawiska, wybory życiowe – było ułudą, nieprawdą. Nasze decyzje były często wymuszone przez innych – rodziców, przyjaciół, system, środowisko. Odkrywamy, że część rzeczy, które uważaliśmy za własne, wcale nie musiała być naszym autentycznym wyborem. Dotyczy to zazwyczaj, jak wspomniałem, muzyki, sztuki, autorytetów, przyjaźni, poglądów, a nawet drogi życiowej.

I nie zastanawiam się tutaj, czy w ogóle istnieje autentyczne „ja”, skoro od dzieciństwa kształtują nas język, kultura i relacje. Nie o to akurat chodzi. Z muzyki młodości można po prostu wyrosnąć. Choćby dlatego, że i sami artyści wyrastają ze swej twórczości czy też znikają z horyzontu zdarzeń. Dochodzimy do momentu, w którym potrafimy przyznać przed samym sobą: to jest słaba płyta, ten film nigdy mi się nie podobał.

No właśnie. Powracam wciąż (obecnie już rzadziej) do oglądania Gwiezdnych Wojen – to taka moja mała przypadłość. Wracam do pierwotnej trylogii, zaczynającej się od Epizodu IV. Nie jestem natomiast zdolny do włączenia prequeli, czyli epizodów I–III. Teraz już wiem, że oglądając je kiedyś w kinie, wmawiałem sobie poniekąd, że mi się podobają. Nie, nie podobały mi się aż tak bardzo. Jest jeszcze parę filmowych obrazów, znacznie „poważniejszych” niż Star Wars, które do mnie nie przemawiają. To tak zwane klasyki, którymi zachwycają się moi znajomi. Wiem jednak, że w głębi duszy im się nie podobają, ale nie przyznają się do tego, bo przecież „Słowacki wielkim poetą był”. Niektórzy piją wina, które im nie smakują, bo wciąż myślą, że trenują swoje kubki smakowe. Jeszcze inni spotykają się ze znajomymi, chociaż jest to dla nich męczące. Uważają jednak, że wypada się pomęczyć, bo tak trzeba. Czasami nawet nie do końca sobie uzmysławiamy, że dręczymy się jakąś relacją czy spotkaniem. A to uwiera jak zrolowana skarpetka w ciasnym bucie. Często bronimy własnej biografii nie dlatego, że była dobra, ale dlatego, że trudno nam zaakceptować koszt pomyłki.

W jednym z niedawnych felietonów zatytułowanym „O fotografii” wspominałem o książce Susan Sontag pod tym właśnie tytułem. Od 12 lat próbuję przez nią przebrnąć. Podejść było już pięć. Ostatnio znów chwyciłem za tę pozycję. Zacząłem od początku i zajechałem nieco dalej niż zakładka pozostawiona trzy lata temu. I znów się zatrzymałem. Nie wciąga mnie wybitność tego dzieła. Męczę się nadal, choć czytana na wyrywki, otwierana na chybił trafił, smakuje o wiele lepiej.

I nie podpowiem Wam, co robić, jak żyć. Czy robić teraz remanent życia i sprawdzać termin przydatności niektórych jego aspektów. Niestety nie mam jednoznacznej puenty tych rozmyślań, żadnego epilogu. W tej chwili szukam po prostu łagodnego przejścia, jakiejś konkluzji, która poprowadzi nas do tematu tego wydania audycji Prorock. A są nim covery.

Nad tym muzycznym zagadnieniem pochylałem się w Prorocku już kilkukrotnie i zawsze z innego punktu widzenia – a właściwie słyszenia. Może więc taka fastryga do tego felietonu: czasem cover, ponowne wykonanie jakiegoś utworu, okazuje się lepsze niż oryginał, nawet jeśli ten oryginał był dotąd naszą ulubioną wersją. Bywa tak, że zaciekle bronimy pierwowzoru, choć podświadomie czujemy, że cover jest lepszy. Może być taki ścieg?

W samym Prorocku pójdę jeszcze dalej – zagram piosenki, o których mogliście nawet nie wiedzieć, że są coverami. Słyszymy się w sobotę, 24 października o godzinie 20:00.
Koncert Madisa w Szczecińskiej Filharmonii | FB/Madis Fot. Tomasz Seidler-Kumor
Koncert Madisa w Szczecińskiej Filharmonii | FB/Madis Fot. Tomasz Seidler-Kumor
Prorock zagrany koncertowo | Do posluchania do 18 listopada
Byłem na koncercie. Nie zdarza się to tak często, jakbym sobie tego życzył – mało jest wydarzeń, które interesują mnie na tyle, abym za nie zapłacił. A płacić trzeba całkiem srogo, szczególnie za zagranicznych artystów. Mało jest też koncertów w Szczecinie, które w ogóle wyciągną mnie z domu lub przeorganizują mój dzień. Jestem już poniekąd zmanierowany. Z racji pracy w Radiu Szczecin bywam – zawodowo lub przy okazji – na wielu różnych wydarzeniach odbywających się w naszym Studiu Koncertowym S-1. Przy okazji, bo czasem po prostu jestem w pracy, a na żywo muzyka płynie po korytarzach naszej rozgłośni.

Koncerty, które odbywają się poza Szczecinem i są w kręgu moich zainteresowań, zazwyczaj skutecznie zniechęcają mnie finansowo. Weźmy czerwcowy występ Guns N' Roses. Najtańszy bilet, który umiejscawia mnie na samej krawędzi naszej galaktyki, kosztował 400 zł. Scena z tej odległości ma wielkość pudełka od zapałek. Można wbić się na płytę za 500 zł. Boczne trybuny to prawie 800 zł, o miejscach bliżej sceny nawet nie wspomnę.
Niech będą te trybuny. Koncertem zainteresowana jest cała nasza męska piątka: ja – ojciec-Prorock – z czterema synami. Matematyka samych biletów jest prosta. Doliczmy dojazd w te i we wte – najniższa krajowa nie wystarczy. I jeszcze kup im hot doga po drodze. Kolejny przykład: AC/DC – najtańszy, odległy od sceny bilet kosztuje 750 zł. Dziękuję, postoję.

Tak, można też pójść na koncert samemu. I tu dochodzimy do sedna, do samego rdzenia ambarasu – do wspólnego przeżywania. W świecie według Prorocka ma ono trzy różne postacie.

Wymiar pierwszy: Wewnętrzna, indywidualna ekscytacja

Kiedy jestem na jakimś wydarzeniu lub wyprawie bez mojej atomowej rodziny, odbiór rzeczywistości zawsze jest ułomny. Towarzyszy mu nuta smutku, że najbliżsi tego nie współodczuwają. Tak bywało na samotnych koncertach – fajnie, ale to niepełna radość. Zachłannie czerpię z muzyki, ale pod sceną jest jakoś samotnie. Prawdziwą wartość ma dopiero wspólnotowy odbiór z najbliższymi czy przyjaciółmi.

Drugi wymiar: Koncert to rytuał i transformacja

Drugi wymiar przeżywania to szerszy krąg wspólnoty. To wszyscy inni, którzy przybyli w to samo miejsce. Przyjechali z różnych stron, wskoczyli w t-shirty z logo zespołu lub z okładką płyty na piersiach i plecach. Zrobili fryzury, upodobnili się do swoich idoli. Z nimi też rodzi się więź. Obcy, ale swoi. Podobnie wyjście z żoną i dziećmi to radość szersza, cementująca relacje.

Na koncercie przeżywa się i odbiera całe to promieniowanie ze sceny razem z innymi ludźmi. O ile płyt słucha się w samotności – szczególnie współcześnie, na słuchawkach – o tyle koncert pozwala doświadczyć muzyki całym ciałem i duszą. Basy drżą w klatce piersiowej, wyzwala się energia tłumu, kiedy tysiące obcych sobie osób w tym samym ułamku sekundy czuje dokładnie to samo.

Zrzucamy napięcie po dniach pracy, budujemy społeczność ludzi, którzy w danym momencie czują i myślą podobnie. Koncert to jedno z niewielu miejsc, gdzie setki rąk jednocześnie podnoszą się w tym samym geście. To świecki, wspólny rytuał. Ludzie nie płacą dziś za to, by usłyszeć piosenki – od tego mają Spotify. Płacą za to, by zobaczyć siebie nawzajem reagujących na te piosenki.

A zaraz po tym pojawia się kolejna perspektywa, która mnie intryguje: czy przeżywanie na koncercie to wektory o przeciwnych zwrotach?

Trzeci wymiar: Koncert to żywioł i synergia

Czym koncert jest dla artysty? Tu przeżycia są wektorami o tym samym kierunku, ale przeciwnych zwrotach. Zazwyczaj. Bywałem bowiem na występach, gdzie muzyk lub zespół po prostu przyszli do pracy, profesjonalnie odhaczyli swoje, ale synergii zabrakło.

Najczęściej jednak artysta jest jednocześnie dawcą i biorcą. Daje nam ze sceny moc dźwięków, świateł i energię płynącą ze swoich umiejętności. Ale i on czerpie. Karmi się tłumem. Bierze energię od nas – widzów i słuchaczy. Nasze emocje promieniują w stronę sceny. Perfect też o tym śpiewał: Tysięczny tłum / Spija słowa z mych ust/ Kochają mnie (…) w gardłach rodzi im się śpiew.

Czujecie to, prawda? Te emocje tuż po utworze, po całym występie. Oklaski, krzyki. Ja gwiżdżę – żona mnie za to karci, ale to przecież gwizd aprobaty prostego chłopaka z Niebuszewa. A potem ten wykon w nas rezonuje. Choć najpierw dopada nas „koncertowy zjazd”, czyli tak zwany syndrom Post-Concert Depression. Gasną światła, artysta wraca do swojego busa, a my do zatłoczonego tramwaju. Lądujemy (artysta i my) w tej samej, szarej rzeczywistości z dzwonieniem w uszach – nagle odcięci od potężnego źródła dopaminy.

Ostatnio byłem na koncercie z synami. I z żoną, która oczywiście prosiła, abym w emocjach nie gwizdał. Artysta wystąpił w szczecińskiej Filharmonii, a nazywa się Madis. To twórca szeroko pojętej muzyki elektronicznej, el-muzyki. Jego styl to świetne połączenie klasycznej elektroniki w stylu Berlin School z nowoczesnymi brzmieniami progressive trance, synthwave czy ambientu.

Było mnóstwo soczystych dźwięków, dymu, świateł i laserowa harfa. Ponad dwie godziny muzyki czasu i przestrzeni. Działało tam wiele wektorów energii. Zadowolenie było widać po obu stronach sceny, jakbyśmy razem dokonali jakiegoś wielkiego dzieła – wspólnej pracy i ucztowania zarazem.

To po ile mówicie są te bilety na Rush w Krakowie i Sabaton w Łodzi w przyszłym roku?

A koncertowych kawałków – nie tylko z rockowym zacięciem – posłuchacie w najbliższym „Prorocku” w sobotę, 17 października o godzinie 20:00. Maciej Papke, zapraszam.
O fotografii | fot. Maciej Papke
O fotografii | fot. Maciej Papke
Prorocka o fotografii możesz posłuchać do 12 listopada
Taki tytuł wymyśliłem sobie do najbliższej audycji Prorock – „O fotografii”. Oczywiście bezwstydnie go zgapiłem z kultowej pozycji napisanej przez Susan Sontag, amerykańską intelektualistkę oraz wybitną badaczkę kultury i fotografii. I wiecie co? Mam wrażenie, że o wiele łatwiej będzie mi znaleźć muzykę do tego programu i pozszywać słowem poszczególne utwory, aniżeli napisać coś sensownego o samej fotografii jako przejawie ludzkiej działalności.

Nie oznacza to wcale, że fotografia jest mi obca czy nieznana. Wręcz przeciwnie. Jestem jej łakomym odbiorcą, a czasem bywam też rzemieślnikiem, wytwórcą i – nazwijmy to górnolotnie – piekarzem tejże. Dlatego dziś pytam za Garry’m Winograndem: komu potrzebny jeszcze jeden fotograf? Albo raczej, trawestując te słowa: komu potrzebny jeszcze jeden tekst o fotografii?

A swoją drogą gorąco polecam dokument filmowy Garry Winogrand: All Things Are Photographable (2018, reż. Sasha Waters Freyer), w którym padają te słowa. Choć można je usłyszeć też w innym znakomitym filmie – Everybody Street (2013, reż. Cheryl Dunn). W tym drugim dokumencie weterani fotografii ulicznej bezlitośnie, ale i z dużym humorem punktują współczesny Nowy Jork. Wspominają, że kiedyś na ulicy spotykało się trzech innych fotografów i wszyscy się znali. Dziś, w erze cyfrowej i w dobie smartfonów, każdy na Manhattanie ma aparat.

To właśnie tam wybrzmiewa gorzka refleksja o kryzysie nadprodukcji obrazów: „Komu potrzebny kolejny fotograf, kolejne zdjęcie, skoro sfotografowano już wszystko i każdego?”. Tamten film powstał trzynaście lat temu (ten felieton piszę w Roku Pańskim 2026). I pomyśleć, że już wtedy wizualne bodźce nas przytłaczały.

Obecnie przyrost zdjęć jest po prostu nieobliczalny. Prócz codziennych, bezwiednych pstryknięć niknących w pamięci smartfonów, mamy na portalach i w tak zwanych social mediach wysyp fotek przypominający ziarenka piasku. To już prawdziwa Sahara obrazów. Nie powiem – te kadry są całkiem ładne, często intrygujące, wymuskane, zaskakujące i robione idealnie pod algorytmy Instagrama czy publiczkę. Gdzieś pomiędzy nimi dryfuje jednak bimbalion najzwyklejszych, powtarzalnych ujęć. Choć trzeba oddać sprawę sprawiedliwości – miejscami bywają one uderzająco Egglestonowskie lub skrojone w surowym stylu Stephena Shore’a.

Statystyki są bezwzględne. W ciągu sekundy na świecie powstaje obecnie 60 tysięcy zdjęć. Co sekundę! W ciągu doby daje to oszałamiającą liczbę ponad 5 miliardów obrazów. Dzień w dzień. I oczywiście gigantyczna większość z nich wykonywana jest za pomocą telefonów komórkowych.

Sam fotografuję od „kiedyś tam”. Przeszedłem wszystkie klasyczne etapy techniczne: od diapozytywów (slajdów), przez chemię, ciemnie, powiększalniki i negatywy, aż po żmudny dobór papieru fotograficznego. Wychowałem się w świecie fizycznych albumów. Do dziś trzymam na półkach te ciężkie woluminy z poprzedniej epoki, skrywające portrety z zamazanymi twarzami – zamazanymi często także w mojej własnej pamięci.

Zatem fotografuję.

Choć obecnie sam już nie wiem, po co to robię. Dla satysfakcji? Chyba wciąż tak. Nadal jednak zastanawiam się, który moment tego całego przedsięwzięcia jest tak naprawdę kulminacyjny. Czy praca nad tematem i szukanie odpowiedniego kadru? Czy sam fizyczny moment naciśnięcia spustu migawki? A może dopiero późniejsza selekcja i nadawanie zdjęciom ostatecznego kształtu w cyfrowej ciemni? Wspomniany Garry Winogrand miał absolutną obsesję na punkcie samego procesu fotografowania. To fascynujący przypadek twórcy, który celowo odkładał wywoływanie klisz na później. Uważał, że samo robienie zdjęcia jest o wiele ciekawsze niż gotowa odbitka. Mawiał, że czeka z wywołaniem filmu rok lub dwa, aby zyskać niezbędny dystans emocjonalny i oceniać złapany kadr w sposób całkowicie obiektywny.

No tak, ale on fotografował analogowo. Chwytał chwilę w 1/125 sekundy, a ten zatrzymany obraz pozostawał w stanie utajonym przez wiele miesięcy. W chwili swojej nagłej śmierci w 1984 roku Winogrand pozostawił po sobie około 2500 niewywołanych rolek filmu oraz kolejne 6500 wywołanych, ale nigdy nieobejrzanych (co wiemy po całkowitym braku stykówek). Do tego doszły tysiące zaległych slajdów. Łącznie zostawił blisko 400 000 klatek, których sam nigdy nie zobaczył na własne oczy.

Wracam więc do nas – współcześnie fotografujących – z prostym pytaniem. Skoro fotografujemy tak potwornie dużo, to dlaczego właściwie to robimy? Może pytanie Winogranda było źle postawione? Może wcale nie chodzi o to, czy światu potrzebny jest kolejny fotograf. Może trzeba zapytać wprost: po co człowiekowi w ogóle potrzebne jest jeszcze jedno zdjęcie?

Zatem fotografuję i wciąż czerpię z tego satysfakcję, ale bezpowrotnie umknął mi gdzieś głębszy cel tej działalności. Sam nie wiem... Pasja powinna mieć chyba jakiś wyraźny azymut, a ja swój gdzieś zgubiłem. Zagubiłem się w tej fotografii jak Kazik w wielkim mieście.

Po raz kolejny łączę w swojej audycji muzykę i obraz. Tak było przy programach poświęconych kultowym okładkom płyt, tak będzie i tym razem. Nadchodzący Prorock będzie opowieścią o fotografii. Może o próbie zatrzymania czegoś, czego zatrzymać się przecież nie da – młodości, uciekającej chwili, a czasem miłości?

Fotografia bywa specyficznym sposobem patrzenia na świat – chłodnym, czysto obserwacyjnym, jak w utworze The Camera Eye grupy Rush. A czasem staje się bolesnym śladem czyjejś urwanej historii, jak w piosence Sean Flynn zespołu The Clash.

Jeszcze nie wiem, jaki odcień fotograficznej pasji ostatecznie wybrzmi na antenie. Może opowiem bardziej o samym intymnym obcowaniu z aparatem aniżeli o słynnym, bressonowskim „decydującym momencie”?

Sprawdźcie to sami w sobotę, 10 października o godzinie 20:00 w Radiu Szczecin.

----------

O fotografii pisałem też w felietonie: Tańcząc w kuchni. Fotograficzna matrioszka
Sprawdź sobie!
Więcej czadu!
Więcej czadu!
Posuchaj Prorocka "Pump up the volume!" Masz czas do 3 listopada
Moi synowie wrócili właśnie z Łodzi, z koncertu. Występował tam niejaki A$AP Rocky. Dwa dni z rzędu, bo tylu było chętnych. Nie wiecie, o kogo chodzi? Znacie jakiś utwór?

To jedna z najpopularniejszych i najbardziej wpływowych postaci we współczesnym hip-hopie, a także kreator mody na całym świecie. Na dodatek jego partnerką jest słynna Rihanna. Wiem też, że grywa w filmach. Niestety, nie zawsze rozpoznam go na zdjęciach. Jeszcze słabiej idzie mi z muzyką – wybaczcie mi, dzieci.

Dziatki moje, trzydzieści lat temu nosilibyście więcej dopasowanego dżinsu, długie włosy i glany, cockney'e na nogach. Słuchałbym w domu solówek, gitarowych pojedynków i dialogów, słuchałbym podwójnej stopy na perkusji. Czasem dla odmiany jakiś hard rock, a nawet blues – wiadomo, jedna rodzina.

Ostatnio przeglądałem zapis sławetnego koncertu zespołu Perfect ze Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie z 1987 roku. Był to pierwszy w historii polskiej muzyki tak wielki koncert rockowy zorganizowany na stadionie. Występ zgromadził ponad 40 tysięcy widzów. Amerykański „The Washington Post” określił go mianem największego i najbardziej odważnego koncertu rockowego w Polsce. Nagłośnienie i oświetlenie zwożono z całego kraju – pożyczano głośniki oraz reflektory z teatrów. Wydarzenie bez precedensu! I tak patrząc na ten występ – zapisany przez TVP w koszmarnej jakości – poczułem, że Perfect był dla tych ludzi zgromadzonych na stadionie tym, czym dziś są A$AP Rocky, Drake czy Kendrick Lamar.

Brnę dalej... Nie rozpoznam, który z nich właśnie uskutecznia występ przez moje domowe Hi-Fi, obsługiwane przez synów. Ale to są ich rytmy. Ich głos pokolenia. Powtórzę: kiedyś byłby to koncert rockowy lub punkowy.

Oczywiście, Rock and roll can never die, jak śpiewał Neil Young. Zresztą rzeczony wcześniej Perfect wyartykułował to podobnie – ma w swoim dorobku piosenkę o niemal identycznym przesłaniu, zatytułowaną „Nie ma mogiły dla rock and rolla”.

Ale akcenty przesunęły się gdzie indziej. Subkultury, także te muzyczne w Polsce, wygładziły się, różnią się niuansami. Wizualne rozpoznanie i klasyfikowanie przychodzi z trudem. Może to nie oni przestali się różnić? Może to ja przestałem widzieć różnice? Przestałem mieć do nich klucz.

Niemniej synowie edukują mnie muzycznie – czasem mimowolnie – a ich emocje i radość z koncertów są na tym samym poziomie i mają tę samą gęstość, co moje wrażenia z „moich” koncertów. Ogólnie oni są bardziej do przodu w tej sztafecie. Od etapu prenatalnego wchłaniali muzykę, którą im serwowałem, mają zatem szersze spektrum i większą rozpiętość poznawczą. Oni znają moją muzykę o wiele lepiej niż ja ich wiksę. Posypuję głowę popiołem z winyla.

Ale łączy nas radość z muzyki. Łączy nas też to, że lubimy czasem nasycić pokój tłustym basem albo gitarowym unisono. Pump up the volume!
W tym wydaniu audycji, która dobrze rokuje, zagram tak, abyście mogli podkręcić trochę ognia na wzmacniaczu i wypełnić przestrzeń dźwiękami w większości o gitarowej proweniencji.

Zapraszam – Prorock w Radiu Szczecin w sobotę 3 października o godzinie 20:00.

Jak to śpiewał Perfect w utworze „Nie ma mogiły dla rock and rolla”?

„Kiedy mówią ci, że już pogrzeb był,
pokazują świeży piach,
Bracie, nie daj się złapać na ten gryps,
ta muzyka ciągle trwa!”

__________________________________________________
Dopisek autora:
Wiksa lub wixa – słowo to pierwotnie oznaczało dobrą imprezę w stylu techno lub bardzo energetyczną muzykę. Choć pokolenie późnych „Z” określało tak ogólnie każdą muzykę, a czasem po prostu totalne szaleństwo lub obciach. Teraz, w 2026 roku, zapewne to słowo jest już niemodne i nieaktualne. Nie wiem. Wstydzę się synów zapytać.

Pump up the volume! - zwrot zapożyczyłem od filmu znanego u nas pod tytułem "Więcej czadu" z Christianem Slaterem. Film z 1990 roku. Film taki trochę dla Radiowca.


Poczytajcie też o tym jak uczyłem się słuchać muzyki - Na skali, szpuli, płycie i kasecie



Już za chwilę - Szczecin po południu.
Już za chwilę - Szczecin po południu.
posluchaj tego Prorocka. Masz możliwość do 27 października 2026
23 września zaczęła się astronomiczna jesień. Właśnie wtedy przypadła jesienna równonoc – moment, w którym dzień i noc były niemal równe. A to oznacza, że od tamtej chwili światło przegrywa z ciemnością i ubywanie dnia nagle przyspiesza. Co roku jestem tym zaniepokojony i niepocieszony.

Na nic te wasze książki pod kocykiem z gorącą herbatką, bo tak naprawdę to jakiś wzorzec przeżywania jesieni z Sèvres. Rzeczywistość będzie taka, że wstanę w ciemnicy, w ciemności podążę do pracy, a jak z niej wyjdę, to też będzie już ciemno. Ciemność, widzę ciemność! Do tych książek i parującej herbatki dokupcie od razu chusteczki higieniczne – dopiero wtedy zestaw będzie pełny. I przestańcie mnie oszukiwać z tym czytaniem. Wiem, jak to się skończy. Będziecie dzierżyć pilota od telewizora, zaliczając kolejne seriale i przeplatając to scrollowaniem telefonu.

Oczywiście będę wyłuskiwał z dnia każdy lumen, luks i foton, aby oszukać przeznaczenie. A nie będzie łatwo. W naszym regionie dni zachmurzonych jesienią jest średnio 45, przy zaledwie kilkunastu częściowo słonecznych. W zimie jest jeszcze gorzej: 60–65 dni zachmurzonych i ledwo 4–8 dni słonecznych. Zatem nie próbujcie wyjeżdżać mi tu z „polską złotą jesienią”, bo to kwestia zaledwie kilku dni.

To może chociaż grzyby albo inna aktywność w terenie? Owszem, tylko weźcie kalosze i kurtki przeciwdeszczowe. W województwie zachodniopomorskim jesienią (od września do listopada) notuje się średnio około 39 dni z opadami. Oznacza to, że statystycznie deszcz pada przez niemal 45% dni tej pory roku. Najs.

Jesień to nie jest wyłącznie hygge. Może w 10% uda nam się utrzymać tę duńską filozofię. Pochwalam i zalecam ten styl życia, niestety mało sprawdza się on w kraju nad Odrą. I Wisłą. Nie chciałbym jednak żyć w trybie „aby do wiosny”, bo czekając na ten lepszy, jasny i mniej wilgotny czas, tracę z życia pół roku. A czekanie zabija.

I co mam dla Was zagrać w dzisiejszej audycji na początek tej pory roku? „November Rain”? „Autumn Leaves”, czy może „Indian Summer”? Pisząc do Was te słowa – jeszcze dwa dni przed rozpoczęciem astronomicznej jesieni – wciąż nie mam gotowej listy utworów na sobotę, 26 września.

Myślę jednak dalej... Aby do jesieni.

Na audycję Prorock zapraszam w sobotę 26 września o godzinie 20:00
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
posluchaj tego Prorocka. Masz możliwość do 20 października 2026
Dla niemal każdego z nas, to my sami jesteśmy najważniejsi. Stawiamy siebie w centrum własnego świata, bo przecież rzeczywistość poznajemy wyłącznie przez pryzmat własnych myśli, emocji i zmysłów. Czujemy się też wyjątkowi. Nikt nie chce być „zwykłasem”, kimś przeciętnym. W psychologii wiąże się to z potrzebą znaczenia, uznania oraz budowania silnego poczucia własnej wartości. Współczesna kultura, a zwłaszcza media społecznościowe, dodatkowo to napędzają, sugerując, że „zwykłe” życie jest porażką. Nie chodzi też o to, aby dygać w jednakowych mundurkach jak za czasów Mao Zedonga.

Niemniej jestem już zmęczony obrazkowym światem, wystawianym przez mniej lub bardziej bliskich znajomych w witrynach Instagrama czy Facebooka. Nudzą mnie niesamowitości „podróżników” z YouTube’a. Kolejny film czy obrazek jest jak następna porcja łakoci – już nie możesz, ale sięgasz; już cię mdli, a tu podsuwają pod nos kolejną dawkę. Tłumy Polaków po zagranicznych wakacjach wcale nie zmieniły się w kulturoznawców ani nie stały się bardziej obyte. Pisałem już o tym w felietonie „Podróżować jest bosko”. Tylko napomknę jeszcze, że to kompulsywne podróżowanie, z odhaczaniem miejsc typu „TU BYŁEM”, jest często zaliczaniem punktów tylko dlatego, że tak wypada. Zaliczaniem, bo tak dyktuje Instagram.

Bardziej czuję apoteozę życia jak w piosence Świetlików „Filandia” ze sławetną melorecytacją Bogusława Lindy. To utwór pełen wdzięczności o tym, że nie ma lepszej chwili niż ta obecna, wszak: „Nigdy Bóg nie będzie tak blisko, tak czuły i dobry jak teraz”. Ludzie, którzy przeżyli łagry, zsyłki czy więzienia, tęsknili za taką „Filandią” – za prozą życia, za normalnością.

Nie wchodząc w szczegóły ani tym bardziej nie porównując się z męczennikami – miałem kiedyś epizod pobytu w niemieckim areszcie. Przez ten krótki czas bardzo szybko zatęskniłem za zwykłymi, prozaicznymi elementami mojego dnia: za zapachami, dźwiękami. Za powietrzem.

Francuski pisarz Philippe Delerm napisał kiedyś książeczkę, a właściwie zbiór 34 krótkich esejów zatytułowanych „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”. Ta pozycja to manifest zachwytu nad codziennością. Swoją drogą, ta książka i jej autor zainspirowali reżysera słynnego filmu „Amelia”.

My tymczasem w tej zwykłości dnia ładujemy w siebie bodźce niecodzienne, zamieniając je w codzienność. Faszerujemy się łakociami współczesnego świata aż do zemdlenia. Zwykły spacer, ale w słuchawkach. Prasowanie – przed telewizorem. Rower – z muzyką. Nawet kolejka w sklepie musi być czymś wypełniona. Jak mamy poczuć i zauważyć ów „łyk piwa”, skoro podczas „picia” oglądamy trzy filmy, odpowiadamy na wiadomości i słuchamy podcastu?

Kiedyś w „Prorocku”, a dokładniej we wrześniu 2024 roku, poprowadziłem audycję „Working Class Hero” – nazwę żywcem zaciągnąłem z utworu Johna Lennona. To było spotkanie o robotnikach, pracownikach, normalnych ludziach, ale opowiadane przez pryzmat pracy. W dzisiejszym wydaniu audycji sięgam po utwory o przeciętnych postaciach, jakie mijamy wokół siebie i jakimi sami jesteśmy. Z naszymi marzeniami, problemami, mikro-sukcesami i dużymi porażkami.

Najbardziej sprawdza się tu repertuar Bruce’a Springsteena, chłopaka z New Jersey, w którym to New Jersey wciąż siedzi, a on w nim. Dosłownie. „Boss” to absolutny fundament i najważniejszy przedstawiciel heartland rocka. W zasadzie to właśnie jego twórczość z przełomu lat 70. i 80. zdefiniowała ten gatunek na całym świecie. Czuje on jak mało kto zwykłość życia we wszelkich jego przejawach.

O ile Springsteen pisał o robotnikach z New Jersey, o tyle John Mellencamp stał się jednym z głosów rolniczego i małomiasteczkowego serca Ameryki – Midwestu. Urodził się i wychował w stanie Indiana. To kronikarz zanikającej tradycji i ludzi, których można by nazwać everymanami. Jest jednym z najbardziej radykalnych i bezkompromisowych przedstawicieli heartland rocka.

W tym zestawieniu nie może zabraknąć także Boba Segera. On również tworzy we wspomnianym stylu, śpiewając o nostalgii, realiach życia klasy robotniczej (blue-collar), przemijaniu czasu oraz blaskach i cieniach miłości. Jego teksty, pisane z perspektywy zwykłego człowieka, cechują się niezwykłą bezpośredniością.

Właściwie każdy z tych artystów mógłby swoją twórczością wypełnić całe wydanie „Prorocka”. Każdy dostałby po godzinie, a i tak byłoby nam za mało. Uwierzcie. Warto też wspomnieć o country. Muzyka country i heartland rock to najbliżsi krewni. Łączy je opowieść o codziennym życiu, ciężkiej pracy, dumie z pochodzenia i małych miasteczkach. Różni je przede wszystkim perspektywa i język muzyczny.

To są historie, które dzieją się za oceanem, ale czujemy je jak swoje. Codzienność ze swoim wachlarzem zdarzeń ma wszędzie podobne szablony i foremki. Choć mamy w Polsce twórczość, która brzmieniowo jest daleko od heartland rocka, to pod względem społecznym i tekstowym odegrała moim zdaniem dokładnie taką rolę, jak Springsteen, Seger czy Mellencamp w Ameryce. Mam na myśli polski hip-hop lat 90. i dwutysięcznych. Surowy, pozbawiony lukru głos młodzieży, po trochu głos klasy robotniczej w czasach głębokiego kryzysu ekonomicznego.

I choć hip-hopu w tym wydaniu „Prorocka” nie będzie, to przeprowadzę Was przez brzmienia zwykłych zdarzeń, utrapień i momentów nadziei. Jako Prorock rzeczę Wam – radujcie się tym, co zwykłe, codzienne, oczywiste i niezauważalne, a jednak będące.

Życzę Wam i sobie, aby ta zwykłość nie była przygniatana pomrukami Złego.

Zatem – szanujmy czas, który nam pozostał.

Na audycję zapraszam w sobotę 19 września o godzinie 20:00

__________________
Zobaczcie przy okazji: „Zakorzenieni i dumni. Dlaczego nie zamienię piekarni na rogu na plażę w Tajlandii”. To też po trochu pochwała zwykłości.
The Beatles "Abbey Road". Zdjęcie to stało się jedną z najsłynniejszych i najczęściej imitowanych okładek w historii rocka.
The Beatles "Abbey Road". Zdjęcie to stało się jedną z najsłynniejszych i najczęściej imitowanych okładek w historii rocka.
Posłuchaj tej audycji. Dostępna do 12 października 2026

Mówi się, by nie oceniać książki po jej okładce. Nie do końca się z tym powiedzeniem zgadzam. Mam też świadomość, że sens metaforyczny tego porzekadła jest taki: wygląd bywa mylący. Prawdziwą wartość kryje to, co w środku – wnętrze, cechy charakteru czy faktyczna treść. Ale wracając do sensu dosłownego. Przypuszczam, że w tym powiedzeniu chodzi o to, że widząc ładną okładkę, dostajemy tylko ją, bo treść już będzie licha i marna. Może też być odwrotny kierunek wektora – najzwyklejsza okładka z autorem i tytułem może kryć bogactwo treści.


Taka historyjka.


Kiedyś za dzieciaka poszedłem wysypać śmieci. Po drodze do śmietnika przyfrunęła do mnie zadrukowana kartka. Kartka z jakiejś książki. Strony 78 i 79. Stałem tak w połowie drogi, czytając z zaciekawieniem. Poczułem, że trop prowadzi w okolice kubłów. Nie myliłem się. W śmietnikowym smrodzie zmieszanym z duszącym chlorem poniewierały się strony tej książki. Pozbierałem wszystkie, znalazłem znaczną część z okładką i obwolutą. To była „Wyspa Robinsona” Arkadego Fiedlera z okładką Tadeusza Grabiańskiego. Skarb. I książkę tę można było oceniać po okładce w dwójnasób właśnie.


Podobnie jest z okładkami płyt.


Gdy pojawiły się nieśmiało w sklepach i księgarniach muzycznych płyty kompaktowe, można było je przeglądać, wertując palcami przez kratki uniemożliwiające ich wyciągnięcie. Było to lekko irytujące. W sąsiednim Berlinie płyty były na regałach jak w księgarni, ułożone alfabetycznie. Dowolność przeglądania i odsłuchiwania. Nie stać mnie było wtedy za bardzo na wytęsknione pozycje, dlatego przeglądałem te z napisem low price czy też Tiefpreis. I to był punkt wejścia. Kolejnym było poszukiwanie czegoś, co znam, a dalej kierowałem się właśnie okładką. Jedynie dla komiksowej okładki kupiłem płytę „Strange Affair” formacji Wishbone Ash. Tak odkryłem ten zespół, który w różnych okresach swej działalności grał w różnorakich stylach i klimatach.


Oczywiście, najbardziej przyciągały i nadal cieszą wzrok okładki znanych i lubianych. Dla mnie choćby okładki Jeana-Michela Jarre'a: „Oxygene” z oskalpowanym globem ziemskim i spoglądającą czaszką spod skóry naszej planety albo „Equinoxe” — tu znów podglądają nas niczym przez lornetki dziwne, niebieskawe postaci w równych rzędach. Pink Floyd ze swoją „Ciemną stroną księżyca” – minimalistyczny trójkątny pryzmat, przez który przechodzi biały promień światła, rozszczepiając się po drugiej stronie na kolorowe spektrum tęczy. Żyletkowa grafika „British Steel” Judas Priest albo okładka kultowego albumu „Unknown Pleasures” zespołu Joy Division z 1979 roku z graficznym zapisem fal radiowych z pierwszego odkrytego pulsara (gwiazdy neutronowej) o nazwie CP 1919. Albo przeamerykańska okładka „Born in the U.S.A.” Bruce'a. Mogę zrobić listę 30, 50 szat graficznych płyt dobrych, uznanych za kultowe. Bo okładka ma znaczenie. I wy też macie taką listę, przypuszczam, że w tym zestawie będzie spory zbiór wspólny.


Rzecz jasna są też dzieła fajansiarskie, a skrywające w sobie bardzo zacną i dobrą muzykę. Popatrzcie na kicz „Lovesexy” Prince’a — przedstawia ona całkowicie nagiego Prince'a pozującego w zmysłowej pozie na tle gigantycznego, sztucznego kwiatu orchidei. Muzyczna petarda w złym opakowaniu. Pomińmy słabe okładki, bo to historie na osobny materiał. Warto jeszcze wspomnieć rodzimy Kult, który z okładki potrafił zrobić coś w rodzaju antyreklamy. Zamiast uwodzić estetyką, ich grafiki potrafiły intrygować, drażnić, czasem wręcz odstręczać. Jakby mówiły: nieważne, co jest na okładce. Posłuchaj tego, co jest na płycie.


Okładka nie mówi nam, jaka jest książka czy płyta. Ale może sprawić, że po nią sięgniemy. A kiedy już po nią sięgniemy, może zostać z nami na długo.


Osobną kulturą okładek były wkładki do kaset magnetofonowych. Szczególnie do tych kaset przegrywanych, kopiowanych. Zamawiało się pocztą, opłacając gdzieś w Polskę za pobraniem i dostając zazwyczaj czarno-białą wersję oryginału. Ale i tak smakowało, cieszyło. Zresztą pisałem o tym naście lat temu w tym wpisie. O analogowym świecie, także kaset, możecie poczytać [tutaj].


Mój Wujek Heniek z odpowiednim szacunkiem odsłuchiwał płyty winylowe. Pamiętam, że pełnią tego nabożeństwa było ustawienie okładki na widoku, tak aby zaistniała pełnia wydarzenia. Dziś muzykę w moim domu zapodaje streamer – współczesne hi-fi. Na swoim ekranie podczas odtwarzania – czy to CD, czy też czegoś z serwisu streamingowego – wyświetla okładkę płyty. Bardzo mnie to kręci i satysfakcjonuje.


W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje, posłuchamy utworów z płyt, których okładki z czasem stały się równie słynne jak muzyka, którą kryją.


Prorock w sobotę o godzinie 20:00. Maciej Papke, zapraszam.
_________________________________________________

Kilka słów o autorach okładek


Autorem okładki „Oxygene” jest Michel Granger. Najpierw powstała ta ilustracja, później zaś zachwyt młodego muzyka Jeana-Michela Jarre’a i zakup praw do tegoż obrazu. Artyści zaczęli współpracować. Grafika „Equinoxe” też jest autorstwa Michela Grangera.

Odnośnie albumu „Unknown Pleasures” zespołu Joy Division. Okładka przedstawia zapis pierwszych stu odczytanych pulsów gwiazdy. Została zeskanowana z „Cambridge Encyclopedia of Astronomy”, a następnie odwrócono w niej kolory. Ilustrację wybrał perkusista, Stephen Morris.

Autorem „Lovesexy” Prince’a jest uznany reżyser i fotograf mody Jean-Baptiste Mondino – twórca całkiem dobrych okładek, teledysków. Lista wideoklipów i okładek to zacne portfolio.

Natomiast wspomniany Tadeusz Grabiański, ten od okładki książki „Wyspa Robinsona”, to znakomity polski artysta grafik, plakacista, ilustrator książek i serii wydawniczych. Zilustrował ponad 100 książek z klasyki polskiej i obcej. Projektował też znaczki pocztowe. Ogólnie to chciał być pilotem, ale niedoskonałość wzroku nie pozwoliła iść tą ścieżką. Swoje lotnicze ciągoty wyilustrował w książkach o tematyce lotniczej, np. Janusza Meissnera: „Żądło Genowefy”, „L jak Lucy”, „Pierwsze kroki”, „Niebieskie drogi”, Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, Stanisława Skalskiego „Czarne krzyże nad Polską”.


Na progu mej kuchni — tańcząca para w swej kuchni.
Na progu mej kuchni — tańcząca para w swej kuchni.
Przy wejściu do mojej kuchni powiesiłem dawno temu kilka fotografii. Jedna z nich to czarno-biała reprodukcja zdjęcia Elliotta Erwitta „Spain, Valencia, 1952, Robert and Mary Frank”. Jest w tej fotografii szczerość i prawdziwość zwyczajnej sytuacji. Oto para, młode małżeństwo w tanecznym uścisku, zostaje uchwycona w chwili pełnej emocji. Fotograf zrobił zdjęcie na pograniczu podglądactwa, ale i reportażu. Wyrazistość tej sceny jest spotęgowana kadrem wewnętrznym – framuga drzwi wciąga widza w intymny świat bohaterów. Autentyczność fotografii jako zatrzymanej chwili wzmacnia przekoszony, skrzywiony kadr. Tak, to zdjęcie można było wyprostować w ciemni, ale wtedy utraciłoby nuty, które sprawiają, że tak mocno do nas przemawia.

Do mnie przemówiło natychmiast. Kiedy to zdjęcie mnie zainteresowało, nie znałem chyba jeszcze twórczości Erwitta. Po prostu wybrałem do ramki urzekająco zwyczajny kadr. Jakim więc zaskoczeniem było dla mnie, gdy w 2002 roku ujrzałem trzeci solowy album Marka Knopflera, zatytułowany „The Ragpicker's Dream”, na okładce którego wykorzystano właśnie fotografię „Spain, Valencia, 1952, Robert and Mary Frank”. Wrażliwość muzyka idealnie przecięła się tu z wrażliwością fotografa.

Nie jest to jednak jedyny przykład, kiedy znane zdjęcie staje się okładką płyty. 6 maja 1937 roku na lotnisku w Lakehurst w stanie New Jersey do lądowania, a właściwie cumowania, podchodzi niemiecki sterowiec firmy Zeppelin Company – LZ 129 Hindenburg. Kiedy wydaje się, że wszystko przebiega normalnie, wielkie cygaro nagle staje w płomieniach. Ten moment uchwycił amerykański fotoreporter Sam Shere. Zrobił to zdjęcie „z biodra” aparatem Speed Graphic, ponieważ nie miał czasu spojrzeć w wizjer. To był ułamek sekundy. Widok zatrważający, ale i monumentalny. 32 lata później to ikoniczne zdjęcie trafiło na debiutancką płytę angielskiego zespołu rockowego Led Zeppelin. Album okazał się tak mocny, jak obraz zdobiący jego okładkę.

W historii muzyki znam jeszcze jeden przypadek, kiedy reporterska fotografia przedstawiająca tragedię w płomieniach staje się oprawą graficzną krążka. Listopad 1992 roku przyniósł nową energię początku lat 90. Formacja Rage Against the Machine wydała swój debiutancki album zatytułowany po prostu „Rage Against the Machine”. To było uderzenie, czysty lewy sierpowy – włącznie z grafiką. Na okładce uwieczniono historię z 11 czerwca 1963 roku z Sajgonu. Podczas protestu buddystów z niebieskiego samochodu Austin Westminster wysiada dwóch mnichów. Jeden z nich siada na jezdni, drugi polewa go cieczą z kanistra. Siedzący w pozycji lotosu to Thích Quảng Đức. Odmawia mantrę i przykłada zapałkę do brzucha. Jego samospalenie było dramatycznym sprzeciwem wobec prześladowań buddystów w Wietnamie Południowym. Ten przerażający protest uchwycił amerykański fotoreporter Malcolm W. Browne.

Innym przykładem wykorzystania istniejącej fotografii jest „Czerwony sufit” z 1973 roku autorstwa Williama Egglestona, jednego z najważniejszych fotografów amerykańskich. Zdjęcie znane jako „The Red Ceiling” przez samego autora uważane jest za jedno z jego najtrudniejszych i najpotężniejszych dzieł. Osobiście nie potrafię docenić tego kadru z należytą uwagą, zdecydowanie bardziej wolę inne obrazy tego artysty. Doceniła go jednak grupa Big Star, która w 1974 roku na okładce swojego drugiego albumu „Radio City” umieściła właśnie ten fotogram Egglestona.

Wracając jednak do pierwszej fotografii i tańczących w kuchni bohaterów: kim właściwie jest Robert Frank ze zdjęcia Erwitta? To wybitny amerykański fotograf, przedstawiciel nurtu tzw. antymomentu z drugiej połowy XX wieku – fotografii, która nie szuka idealnego kadru, lecz pozwala mówić przypadkowi i niedoskonałości. Jedna z jego prac, „Tattoo Parlor / Freak Show Photos”, to sfotografowana ściana pełna zdjęć i reklam występów „freak show” w nowojorskim Hubert's Museum. Co ciekawe, w tym kolażu znajduje się fotografia autorstwa Diane Arbus – portret Hezekiaha Tramblesa. I uwaga, mamy tu niesamowitą fotograficzną matrioszkę: Robert Frank fotografuje ścianę, na której wisi zdjęcie Diane Arbus, a całość trafia na okładkę zespołu The Rolling Stones i ich legendarnej płyty „Exile on Main St.”!

Teraz zerkam na fotografię w progu mojej kuchni i słyszę muzykę. Fotografia, szczególnie ta reporterska, zatrzymuje konkretną chwilę. A potem może się zdarzyć, że muzyka zabiera ją z pierwotnego miejsca i czasu. Wtedy takie zdjęcie zaczyna należeć do historii fotografii i muzyki zarazem.

W tym wydaniu Prorocka posłuchamy utworów z płyt zawierających znane fotografie. Posłuchamy też utworów z albumów, których oryginalne okładki z czasem stały się słynnymi samodzielnymi zdjęciami – spójrzcie choćby na Pink Floyd i „Wish You Were Here”. Ale felieton o tym, jak fotogramy z okładek stały się autonomicznymi dziełami sztuki, to już zupełnie odrębna historia do napisania.

I uwaga: spotykamy się w sobotę, jak za starych dobrych czasów, o godzinie 20:00.

Audycja, która dobrze rockuje – Prorock, sobota, godz. 20:00.
Łapacze kurzu. Fot. Maciej Papke
Łapacze kurzu. Fot. Maciej Papke
Sprzątam. W ostatnich latach w mieszkaniu kurzy się jak nigdy wcześniej. Najbardziej siwieją regały z książkami i płytami kompaktowymi. Dwa razy w roku zarządzam potężną walkę z desantem roztoczy. Woluminy z regałów od sufitu po podłogę są sukcesywnie wydobywane na środek pokoju. Każdy z nich jest odkurzany, a wnęki biblioteczki przecieram substancją antystatyczną – to już prawdziwa wojna chemiczna. Wygięte półki tychże regałów przekładam wybrzuszeniem do góry. Podczas przekładania książek za każdym razem dziwi mnie, że niektóre pozycje wciąż czekają na przeczytanie. Wręcz zdają się pytać: „Przeczytasz mnie jeszcze?”.

Mój najstarszy syn, odwiedzając dom rodzinny, utyskiwał ostatnio, że choć rozumie posiadanie książek, to w domu jest trochę ciasno i warto by się ich pozbyć. Szczególnie tych, które już przeczytałem. Albo zamienić je na wersje elektroniczne, tak jak on to zrobił. To utylitaryzm jego pokolenia – mikrogeneracji na styku millenialsów i zetek. Jeszcze mu nie wyklarowałem, czym jest zjawisko zwane w języku japońskim tsundoku. Pokrótce – to kupowanie książek i odkładanie ich na później. Dodatkowo czasem tworzą się z nich małe wieże na stoliku nocnym i stosy tytułów na biurku, które czyta się naprzemiennie. Znacie to. Książki posiadam i kupuję poniekąd z myślą o przyszłości. Wierzę, że znajdę więcej czasu, spokojniejszy moment albo odpowiedni nastrój na konkretną historię. Z natury swej książki są cierpliwe – zaczekają.

Umberto Eco miał w Mediolanie zbiór 30 tysięcy książek. Z kolei w jego wiejskiej rezydencji biblioteka liczyła 20 tysięcy pozycji. Zdecydowanej większości z nich nie przeczytał, choć czytał nałogowo. Na temat swojej przypadłości tsundoku mówił tak: Są rzeczy, które po prostu warto mieć w zapasie, nawet jeśli korzystamy z nich rzadko. Jeśli potraktujemy książki jak lekarstwa, zrozumiemy, że lepiej mieć pełną apteczkę. Bo gdy dusza potrzebuje uzdrowienia, sięgamy po książkę – nie przypadkową, lecz tę właściwą na dany moment. Dlatego wybór jest tak ważny.

Eco dzielił swoich gości w bibliotece na tych reagujących powierzchownie, którzy pytali: „Ile z tych książek pan przeczytał?”, oraz na mniejszość rozumiejącą, że wartość tkwi w potencjale wiedzy czekającej na odkrycie. Obecność tytułów na moich półkach motywuje do myślenia i poszukiwań, nawet jeśli jeszcze do nich nie zaglądałem. Jest to dla mnie obietnica przyszłego doświadczenia. Widok nieprzeczytanych tomów przypomina mi, jak mało jeszcze wiem. Poza tym regał z książkami ma praktyczny wymiar – może i jest polem uprawnym dla kurzu, znakomicie jednak tłumi dźwięk, eliminując pogłos. W ich obecności jest po prostu przytulniej. A gdybym był youtubowym publicystą, mógłbym wymądrzać się na ich tle. Swoją kolekcję traktuję też czasem jako mikrobibliotekę podręczną. Często wolę coś sprawdzić i wynotować samemu, niż wyszukiwać w Google czy Wikipedii.

Filozof i ekonomista Nassim Nicholas Taleb – nie czytałem jeszcze jego bestsellerowego „Czarnego łabędzia” czy „Antykruchości”, to wciąż przede mną – napisał, że prywatna biblioteka nie jest po prostu dodatkiem podnoszącym ego, ale narzędziem badawczym. Im więcej wiemy, tym dłuższe są rzędy tego, co nieprzeczytane. Taki zbiór Taleb nazywa antybiblioteką. Nieprzeczytane książki uczą nas skromności wobec tego, czego jeszcze nie wiemy.

Istnieje jeszcze jeden aspekt wiążący się z fizycznymi książkami. Źródła internetowe do trenowania modeli sztucznej inteligencji już się skończyły. Internet przeczytał się sam wiele razy. Wobec tego potężne firmy technologiczne masowo skupują z antykwariatów i niszczą fizyczne książki, aby pozyskać czyste, wysokiej jakości dane treningowe dla AI. Jest w tym jakiś rodzaj barbarzyństwa rodem ze świata Matrixa. Maszyny odcinają grzbiety tomów, by szybko przepuścić luźne kartki przez przemysłowe skanery, po czym zniszczone egzemplarze trafiają na makulaturę. Co ciekawe, tego potwora interesują tylko książki wydane przed 2022 rokiem – te późniejsze mogą być już „skażone” przez AI. Sprawdziłem to – pośrednicy i giganci technologiczni nabywają miliony woluminów. Na przetrawienie i wydalenie.

Wracam do regałów.

Odkurzyłem też płyty kompaktowe z muzyką. Nawet żona, przecierając każde pudełko ze srebrnym krążkiem, zastanawiała się, czy skoro tyle muzyki jest w sieci, to warto trzymać płyty. Odpowiadam wszystkim: tak, warto. Bo muzyka w sieci – czyli gdzie? A płyta? W pudełku, z okładką, książeczką. To fizyczny, namacalny obiekt. W gruncie rzeczy istnieje ogromna różnica między posiadaniem muzyki a posiadaniem dostępu do niej. Moja kolekcja płyt to po prostu muzyczne tsundoku. Ograniczony wybór tytułów na półce paradoksalnie ułatwia decyzję. Nieodsłuchane CD na regale jest jak nieprzeczytana książka – to szansa, która czeka.

Obawiam się również, że kiedyś platformy streamingowe będą chciały pożreć fizyczne nośniki, tak jak AI pochłania książki. Kiedy płyty znikną ze sprzedaży, ceny streamingu zaczną rosnąć. Pojawi się też więcej reklam przed i po piosenkach, a niektóre tytuły i artyści padną ofiarą cancel culture. Wtedy znajdzie się paru partyzantów takich jak ja – z płytami, może nawet kasetami, którzy będą tworzyć rebelię, puszczając nuty nieprzychylne Bestii.

Pamiętajcie, drogie dziatki: streaming daje dostęp. Kolekcja daje historię.

Na koniec – czy podczas odkurzania znalazłem płyty nieodsłuchane? Tak, ale niewiele. Bardziej zdumiały mnie tytuły, o których zupełnie zapomniałem, że je posiadam. Może warto przedstawiać je po kawałku w Proroku? Co myślicie? W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje, usłyszycie trochę pozycji z płyt odkurzonych, ale i sporo nowości.

Prorock. Zapraszam w czwartek, 27 sierpnia o godzinie 19:00.

No i muszę jeszcze podesłać ten tekst najstarszemu synowi. Niech przeczyta to wszystko, bo nie chce mi się powtarzać.
Prorock etnomuzykolog
Prorock etnomuzykolog
Jest takie poczucie w Narodzie, że jesteśmy nacją rozśpiewaną. Biesiadnie rozśpiewaną. Ogólnie czujemy, że my Polacy lubimy i potrafimy śpiewać. Otóż nie. Nie potrafimy, ale chcemy lubić, a skoro nie potrafimy, to nie lubimy. Co my tam możemy razem zaintonować? Barkę. Albo Hej Sokoły.

W zależności od regionu i wieku ktoś zaintonuje Szła dzieweczka do laseczka. Zestaw okolicznościowy Sto lat i Gwiazdka pomyślności się nie liczą. Kolędy. Przy stole co prawda nie koniecznie, bo jakoś głupio, poza tym po pierwszej zwrotce trop się urywa. Pasterka, czy ogólnie kościół z wyświetlanym tekstem ratuje sytuacje, poza tym śpiewamy tam mocno zbiorowo i tłumnie.

Na tle innych państw Polacy wypadają jako naród o średnim poziomie spontanicznego rozśpiewania, plasując się pomiędzy kulturami o skrajnej ekspresji wokalnej, a narodami bardzo powściągliwymi.

Nie jestem socjologiem muzyki, ale czułem to podskórnie, a potem wygooglałem. Zgadza się.

Mamy barierę wstydu. Wychodzimy z założenia – w przeciwieństwie do Latynosów czy Filipińczyków, że śpiewać powinien ten, który potrafi. Nawet były redakcyjny kolega mawiał do podśpiewujących sobie: "Nie umiemy śpiewać, to nie śpiewamy". I z jednej strony to rozumiem, czyjeś fałszywe nutki, nietrzymanie tonacji może razić w ucho. Andrzeja raziło. Jest muzykiem.

Ja lubię sobie zanucić, pośpiewać i ze sthurowskim przekonaniem raz lepiej. Żona jednak utwierdza mnie, że jest to raz gorzej. Sama jednak jest przekonana, iż jej interpretacja Somewhere over the Rainbow, śpiewana w trzech tonacjach zaczynając od altu, to wykonanie à la Whitney Houston.

Skąd zatem autoprzekonanie nas Polaków o tym, że dużo śpiewamy i znamy masę piosenek? Bo tak było. Tak kiedyś było. Stąd śpiewniki harcerskie, wojskowe, kościelne, biesiadne, potem turystyczne. Uważam, że szkody poczynili w tej sferze także komuniści. Władza próbowała narzucać repertuar, a to sprawiło, że część wspólnego śpiewania utraciła spontaniczność. Ulubione utwory przodków śpiewano więc konspiracyjnie.

Jesteśmy narodem rozśpiewanym, ale w określonych ramach. Wszak masowo śpiewamy na koncertach (gdzie głos jednostki ginie w tłumie), podczas pielgrzymek, na weselach (zwykle po alkoholu) oraz we wspomnianych kościołach. Zmieniają też się czasy. Choćby utrata tradycji ogniskowych. Popularne w XX wieku wspólne śpiewanie przy gitarze, na rajdach studenckich czy harcerskich ogniskach, w ostatnich dekadach wyraźnie osłabło na rzecz konsumpcji muzyki z serwisów streamingowych. Huczy lub brzęczy głośniczek.

Miejsce na mapie też ma znaczenie – rozśpiewane kraje basenu Morza Śródziemnego mają łatwiej. Zresztą właśnie tam narodziły się podwaliny naszej filozofii, bo warunki bardziej dogodne – ciepło, winnice. Wino sprzyja wspólnym rozmowom, a leżąc wieczorem na trawie popijając wino, zastanawiano się po co te gwiazdy na niebie i co z tego wynika. A kiedy myślenie zmęczyło, można było zasnąć w miejscu filozofowania. Albo zanucić.

Na północy, w krajach nordyckich, skandynawskich, z winem nie było tak łatwo. Tam królowała potężna, hybrydowa mieszanka fermentowana z wielu składników jednocześnie – grog nordycki. Dawał kopa po zwojach mózgowych, nie sprzyjał filozoficznemu rozmyślaniu. Raczej pobudzał do bitki. No i rozmyślanie w szczerym polu groziło zamarznięciem. Dlatego pito w duchocie ichnich lepianek. Raczej darto mordy aniżeli śpiewano. Tak mi się zdaje. Zatem łatwiej też pośpiewać, gdy dni są dłuższe, noce ciepłe, trunek wspomoże, a nie otumani, gdzie towarzystwo jest przychylnie nastawione. Południowcom łatwiej to przychodzi. Serotonina i witamina D w zestawie słonecznym.

My Polacy jesteśmy pośrodku. I mentalnie i geograficznie. Doceniamy muzykę, śpiew. Choć mało pamiętamy piosenek, a jak już znamy to się krępujemy. Johann Wolfgang von Goethe zauważył (choć u nas przypisuje się to czasem Mickiewiczowi lub Moniuszce): „Gdzie słyszysz śpiew, tam wejdź, tam dobre serca mają. Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają”.

Dlatego śpiewajmy! Przy stole, przy ognisku, grillu, dzieciom, żonie, mężowi.

W tym wydaniu Prorocka posłuchacie m.in głosu i śpiewu Roberta Planta* na okazję jego urodzin. Jeżeli chcecie pośpiewać z Robertem i całą zgrają innych rockmanów, to włączcie Radio Szczecin w czwartek 20 sierpnia o 19:00.

Zapraszam na audycję która dobrze rockuje.

______________________________
* W 2006 roku piosenkarz został sklasyfikowany na 1. miejscu listy 100 najlepszych wokalistów metalowych wszechczasów według Hit Parader. Robert Plant śpiewa głosem tenorowym. Jego wokal w czasach Led Zeppelin charakteryzował się potężną skalą (od niskich dźwięków po wysokie oktawy), potężnym falsetem z otwartym gardłem, drapieżnym rockowym krzykiem oraz subtelnymi, bluesowymi frazami.
12345