Obostrzenia związane z epidemią w Meklemburgii-Pomorzu Przednim są zbyt surowe - oceniają goście audycji "Radio Szczecin na Wieczór".
- To element ukrytego naruszania przepisów europejskich, zwłaszcza strefy Schengen - powiedział mec. Marek Białkowski, prawnik mieszkający na co dzień w Niemczech. - Zupełnie tego nie rozumiem, przepisy wewnętrzne, które nakazują pojawienie się w określonych punktach medycznych, po przekroczeniu granicy, jeżeli nie wykonuje się prac są w mojej ocenie optymalne. Nie ma po co ich zaostrzać. Tutaj jest bardziej kwestia polityczna.
- My, jako grupa obywatelska, od wiosny czekaliśmy aż się tym temacie coś wydarzy -
mówi Grzegorz Chmielewski z grupy obywatelskiej "Freie Grenze - Wolne Granice". - Chodzi nam o to, żeby te granice zostały otwarte dla wszystkich. My zdajemy sobie sprawę z zagrożenia, natomiast najważniejsze dla nas jest to, o czym mówią politycy od lat. Zapraszają do zamieszkiwania po niemieckiej stronie, a w momencie podejmowania pracy, kiedy to już zaczyna funkcjonować, to ograniczają nas.
Test dla Polaków wjeżdżających do Meklemburgii kosztuje 20 euro, a dla pracowników transgranicznych - 10.
Problem dotyczy około 14 tysięcy Polaków mieszkających na terenie tego landu i kilku tysięcy Polaków dojeżdżających tam do pracy.
W weekend uruchomione zostały dwa punkty testowania na COVID-19 na zachodniopomorskich przejściach granicznych z Meklemburgią-Pomorzem Przednim. Dokładnie w Lubieszynie i w Ahlbecku na wyspie Uznam.

Radio Szczecin
