31 lat temu w Lesie Kabackim rozbił się samolot IŁ-62 M "Tadeusz Kościuszko". Maszyna leciała z Warszawy do Nowego Jorku.
W miejscu, w którym stoi krzyż i pomnik upamiętniający 183 ofiary katastrofy - odbyła się msza święta w ich intencji.
- Mój mąż był lotnikiem w załodze samolotu - mówi Sława Mierżyńska-Łykowska. - Przyrzekłam sobie, że będę walczyć jak lwica o pamięć tych blisko dwustu osób.
- Usłyszałam duży huk nad lasem - relacjonuje świadek wydarzeń. - Pełno dymu, szybko pojawiły służby. Widok był przeokropny. Połamane drzewa, ścięte jak zapałki. Nieprzyjemny zapach. Niektóre ubrania wisiały na drzewach.
Samolot wystartował z lotniska Chopina o 10:17. 23 minuty później doszło do awarii silników. Piloci zdecydowali o powrocie na Okęcie, ale maszyna straciła sterowność.
Palący się samolot, który stracił dwa silniki, spadł po ponad godzinie od startu, pięć kilometrów od lotniska. Dowodzący załogą kapitan Zygmunt Pawlaczyk i drugi pilot, major Leopold Karcher, do końca wykazali się opanowaniem i najwyższym profesjonalizmem.
Półgodzinna walka załogi o uratowanie samolotu zakończyła się porażką. Ostatnie słowa kapitana Pawlaczyka, które słyszeli kontrolerzy lotów na Okęciu o godzinie 11.12 brzmiały: "Dobranoc, do widzenia. Cześć, giniemy". Nagranie zarejestrowały "czarne skrzynki":
Przy próbie podejścia do lądowania na skraju Lasu Kabackiego - 5 km od lotniska - zderzyła się z ziemią. Była to największa katastrofa lotnicza w historii Polski.
- Mój mąż był lotnikiem w załodze samolotu - mówi Sława Mierżyńska-Łykowska. - Przyrzekłam sobie, że będę walczyć jak lwica o pamięć tych blisko dwustu osób.
- Usłyszałam duży huk nad lasem - relacjonuje świadek wydarzeń. - Pełno dymu, szybko pojawiły służby. Widok był przeokropny. Połamane drzewa, ścięte jak zapałki. Nieprzyjemny zapach. Niektóre ubrania wisiały na drzewach.
Samolot wystartował z lotniska Chopina o 10:17. 23 minuty później doszło do awarii silników. Piloci zdecydowali o powrocie na Okęcie, ale maszyna straciła sterowność.
Palący się samolot, który stracił dwa silniki, spadł po ponad godzinie od startu, pięć kilometrów od lotniska. Dowodzący załogą kapitan Zygmunt Pawlaczyk i drugi pilot, major Leopold Karcher, do końca wykazali się opanowaniem i najwyższym profesjonalizmem.
Półgodzinna walka załogi o uratowanie samolotu zakończyła się porażką. Ostatnie słowa kapitana Pawlaczyka, które słyszeli kontrolerzy lotów na Okęciu o godzinie 11.12 brzmiały: "Dobranoc, do widzenia. Cześć, giniemy". Nagranie zarejestrowały "czarne skrzynki":
Przy próbie podejścia do lądowania na skraju Lasu Kabackiego - 5 km od lotniska - zderzyła się z ziemią. Była to największa katastrofa lotnicza w historii Polski.

Radio Szczecin