Londyńska policja aresztowała pięć osób po antyimigranckiej demonstracji. Grupa zamaskowanych ludzi próbowała wtargnąć do londyńskiego hotelu, gdzie mieszkają azylanci. W wielu miejscowościach Zjednoczonego Królestwa trwają protesty przed podobnymi hotelami.
Zamaskowani mężczyźni pojawili się w West Drayton wczoraj (30 sierpnia) koło południa. Zniszczyli ogrodzenia wokół budynku. Podczas zajść rannych zostało dwóch policjantów.
Umieszczanie azylantów w hotelach zawsze było ostatecznością dla rządu. Większa liczba wniosków i opóźnienia w ich rozpatrywaniu sprawiły, że ostatnio częściej korzysta się z tego rozwiązania.
Protestów było więcej. Od Portsmouth, przez Skegness po Falkirk. "Chcemy odzyskać nasz kraj, boimy się o swoje bezpieczeństwo" - powtarzają demonstranci. "Migrantów można umieścić w starej bazie RAF. Nie muszą tu chodzić bez kontroli" - mówiła uczestniczka jednego z protestów.
Fala protestów rozpoczęła się, gdy jeden z migrantów z Epping niedaleko Londynu stanął przed sądem, oskarżony o próbę pocałowania czternastolatki. Etiopczyk zaprzecza. Mówił w sądzie: "nie jestem dzikim zwierzęciem". Samorząd w Epping poprosił sąd o zablokowanie umieszczania migrantów w hotelu. Sąd wyraził tymczasową zgodę. Ale brytyjski rząd odwołał się od wyroku i wygrał. Lewicowy gabinet chce skończyć z umieszczaniem migrantów w hotelach, ale chce to robić stopniowo, ponieważ do tego czasu trzeba znaleźć miejsca dla tych ludzi "Wyrok pomoże nam to zrobić w sposób spokojny i uporządkowany" - zapewnia posłanka lewicy Angela Eagle. Jednak dla wielu protestujących fakt, że rząd walczył o to, by hotel dalej przyjmował migrantów, to kolejny dowód na to, że elity ignorują ich obawy.
Protestom towarzyszą kontrdemonstracje, w obronie migrantów. Ich uczestnicy mówią, że złe emocje podsycane są przez grupy skrajnej prawicy. Wielu azylantów patrzy na protesty i nie ukrywa, że nie czuje się bezpiecznie.
Edycja tekstu: Kacper Narodzonek

Radio Szczecin