Amerykanie wybiorą we wtorek swojego 45 prezydenta. Uwzględniając różnice czasowe, głosowanie potrwa w sumie aż 17 godzin.
W przypadku wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, oficjalne wyniki zwykle są znane tego samego dnia. Tym razem może być jednak inaczej. Sondaże wskazują, że
ostateczne wyniki mogą być do siebie bardzo zbliżone. Wtedy dojdzie do ponownego liczenia głosów. Tak było np. w 2000 roku.
Do lokali wyborczych przychodzą też mieszkający w USA Polacy.
- Zwykle głosowałam na demokratów, ale w tym roku to nie mam pojęcia, kogo wybrać - przyznaje jedna z Polek.
- Przez ostatnie cztery lata Obama nic dla nas nie zrobił. Nie ma np. obiecanych wiz - tłumaczy nasz rodak.
W komisjach wyborczych miasta Chicago pracuje 200 tzw. sędziów elekcyjnych, którzy porozumiewają się w języku polskim.
W USA wybory są przeprowadzane w systemie pośrednim. Sumuje się liczbę głosów elektorskich, które mają poszczególne stany. Im bardziej są one zaludnione, tym liczba ta jest większa. Najwięcej ma ich Kalifornia - 55, zaś Delaware czy Alaska tylko trzy.
W tym wypadku może dojść do paradoksu. Kandydat, który zbierze więcej pojedynczych głosów obywateli, może ostatecznie przegrać, gdyż jego konkurent będzie miał przewagę w regionach z większą ilością głosów elektorskich. To one decydują o wszystkim.
ostateczne wyniki mogą być do siebie bardzo zbliżone. Wtedy dojdzie do ponownego liczenia głosów. Tak było np. w 2000 roku.
Do lokali wyborczych przychodzą też mieszkający w USA Polacy.
- Zwykle głosowałam na demokratów, ale w tym roku to nie mam pojęcia, kogo wybrać - przyznaje jedna z Polek.
- Przez ostatnie cztery lata Obama nic dla nas nie zrobił. Nie ma np. obiecanych wiz - tłumaczy nasz rodak.
W komisjach wyborczych miasta Chicago pracuje 200 tzw. sędziów elekcyjnych, którzy porozumiewają się w języku polskim.
W USA wybory są przeprowadzane w systemie pośrednim. Sumuje się liczbę głosów elektorskich, które mają poszczególne stany. Im bardziej są one zaludnione, tym liczba ta jest większa. Najwięcej ma ich Kalifornia - 55, zaś Delaware czy Alaska tylko trzy.
W tym wypadku może dojść do paradoksu. Kandydat, który zbierze więcej pojedynczych głosów obywateli, może ostatecznie przegrać, gdyż jego konkurent będzie miał przewagę w regionach z większą ilością głosów elektorskich. To one decydują o wszystkim.

Radio Szczecin