Sprawa mobbingu w Urzędzie Marszałkowskim trafiła na wokandę. Urząd pozwał były szef kancelarii Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego Marcin Badowski. W czwartek odbyła się pierwsza rozprawa w Sądzie Rejonowym w Szczecinie.
Według powoda Marcina Badowskiego mobbing od przełożonych pojawił się w momencie, gdy ten był jednym z inicjatorów powstania związku zawodowego w 2015 roku. Jak zeznał w czwartek przed sądem, wówczas miał do niego zadzwonić marszałek Olgierd Geblewicz i powiedzieć: "Co Ty mi tu ku*** za związki zakładasz".
Poza tym Badowski zarzuca przełożonym ośmieszanie, nękanie sprawami formalnymi i zaniżanie wynagrodzenia. Badowski został zwolniony z Urzędu w 2018 roku. Sąd jednak nakazał przywrócić go pracy, a przełożeni w urzędzie wyznaczyli mu nowe zadanie, z szefa kancelarii Sejmiku w Szczecinie oddelegowali go do filii w Koszalinie - do działu zasobów nieruchomościami.
Ile pan teraz dojeżdża do pracy kilometrów? - pyta reporter. - Pociągiem, prawie dwie godziny to jest około 150 kilometrów w jedną stronę - mówi Badowski.
Z kolei Urząd Marszałkowski reprezentuje Katarzyna Grodzka - Motak. Jak nas poinformowała przed rozprawą: "Jestem przekona, że żaden mobbing nie miał miejsca. Sprawę będzie rozpoznawał sąd - i w sposób staranny i kompleksowy dokona oceny materiału dowodowego, a da temu wyraz w orzeczeniu."
Mecenas Grodzka - Motak mówiła, że jedną ze spraw którą musiał w pracy wyjaśnić Marcin Badowski była sprawa opuszczenia miejsca pracy bez poinformowania przełożonego.
Powód odpowiadał, że źle się poczuł i od razu udał się do lekarza, a w związku z tym, że rozładował mu się telefon nie mógł natychmiast powiadomić pracodawcy.
I tu do akcji wkroczył sędzia prowadzący sprawę Marek Burzyński - musieli by państwo skutecznie zakwestionować zwolnienie lekarskie. Z akt sprawy wynika, że wielokrotnie weryfikowali zwolnienia lekarskie pana Badowskiego. Więc nie chce mi się rozmawiać na temat ewentualnej zasadności zwolnień lekarskich, w jakimkolwiek zakresie dlatego, że jest to bezprzedmiotowe. Jeżeli państwo nie zakwestionowali żadnego zwolnienia, nie zrobił tego ZUS, to nie ma o czym mówić. - tłumaczył sędzia Burzyński
Badowski domaga się od Urzędu m.in. 10 tysięcy złotych, ale jak nam powiedział "najważniejsza jest sprawiedliwość".
Poza tym Badowski zarzuca przełożonym ośmieszanie, nękanie sprawami formalnymi i zaniżanie wynagrodzenia. Badowski został zwolniony z Urzędu w 2018 roku. Sąd jednak nakazał przywrócić go pracy, a przełożeni w urzędzie wyznaczyli mu nowe zadanie, z szefa kancelarii Sejmiku w Szczecinie oddelegowali go do filii w Koszalinie - do działu zasobów nieruchomościami.
Ile pan teraz dojeżdża do pracy kilometrów? - pyta reporter. - Pociągiem, prawie dwie godziny to jest około 150 kilometrów w jedną stronę - mówi Badowski.
Z kolei Urząd Marszałkowski reprezentuje Katarzyna Grodzka - Motak. Jak nas poinformowała przed rozprawą: "Jestem przekona, że żaden mobbing nie miał miejsca. Sprawę będzie rozpoznawał sąd - i w sposób staranny i kompleksowy dokona oceny materiału dowodowego, a da temu wyraz w orzeczeniu."
Mecenas Grodzka - Motak mówiła, że jedną ze spraw którą musiał w pracy wyjaśnić Marcin Badowski była sprawa opuszczenia miejsca pracy bez poinformowania przełożonego.
Powód odpowiadał, że źle się poczuł i od razu udał się do lekarza, a w związku z tym, że rozładował mu się telefon nie mógł natychmiast powiadomić pracodawcy.
I tu do akcji wkroczył sędzia prowadzący sprawę Marek Burzyński - musieli by państwo skutecznie zakwestionować zwolnienie lekarskie. Z akt sprawy wynika, że wielokrotnie weryfikowali zwolnienia lekarskie pana Badowskiego. Więc nie chce mi się rozmawiać na temat ewentualnej zasadności zwolnień lekarskich, w jakimkolwiek zakresie dlatego, że jest to bezprzedmiotowe. Jeżeli państwo nie zakwestionowali żadnego zwolnienia, nie zrobił tego ZUS, to nie ma o czym mówić. - tłumaczył sędzia Burzyński
Badowski domaga się od Urzędu m.in. 10 tysięcy złotych, ale jak nam powiedział "najważniejsza jest sprawiedliwość".

Radio Szczecin